Reklama

Od śmierci mojego męża minęło już dziewięć lat. W dwupokojowym mieszkaniu czas płynie teraz inaczej. Rano podlewam kwiaty, potem parzę herbatę w naszym starym imbryku i siadam w fotelu przy oknie. Czekam na telefon, ale milczy. Najbardziej boli mnie jednak to, że moja wnuczka przypomina sobie o mnie regularnie tylko pierwszego dnia miesiąca.

Wiedziałam, że przyjdzie

Tamtego dnia, jak w zegarku, zadzwonił dzwonek do drzwi. Był pierwszy dzień miesiąca.

– Babuniu! – Zuzanna wpadła do mieszkania z rumieńcami na twarzy. – Jak ja za tobą tęskniłam!

Uściskała mnie mocno, aż zapach jej perfum zmieszał się z wonią rosołu, który właśnie gotowałam. Postawiła na stole pudełko z ciastem.

– Upiekłam specjalnie dla ciebie. Pamiętasz, jak robiłaś takie z jabłkami?

– Pamiętam – uśmiechnęłam się. – Wtedy byłaś tak mała, że ledwo sięgałaś do blatu.

Usiadła obok mnie na kanapie, podwinęła nogi pod siebie, jak dawniej. Pytała o moje kolano, o sąsiadkę z naprzeciwka, o serial, który oglądam. Słuchałam jej głosu i chłonęłam każde słowo, jakby miało starczyć na cały miesiąc.

Po chwili jednak zaczęła zerkać na telefon. Ekran rozświetlał się co kilka minut.

– Na studiach teraz strasznie ciężko – westchnęła. – Opłaty rosną, książki drogie… A jeszcze wynajem pokoju.

Pokiwałam głową. Znałam ten ton.

– Mama mówi, że muszę sobie radzić sama, ale czasem naprawdę nie wiem, jak to wszystko spiąć – dodała ciszej.

Poczułam ukłucie w sercu. Wstałam, podeszłam do komody i wyjęłam przygotowaną wcześniej kopertę. Leżała tam od rana.

– Weź, Zuziu. To niewiele, ale może pomoże.

Jej twarz natychmiast się rozjaśniła.

Jesteś moją ukochaną babunią – szepnęła i przytuliła mnie mocniej niż zwykle.

Godzinę później zamknęłam za nią drzwi. W mieszkaniu zrobiło się cicho. Wiedziałam, że przez kolejne tygodnie telefon raczej nie zadzwoni. Siedziałam przy stole i patrzyłam na puste pudełko po cieście. Czułość miała u nas datę w kalendarzu.

Córka miała rację

Do Lidki zadzwoniłam dwa dni później. Długo zbierałam się na odwagę.

– Mamo, jestem w pracy, możesz szybko? – odezwała się, gdy odebrała.

– Postaram się. Chciałam zapytać o Zuzę.

Zapadła krótka cisza.

– Co znowu zrobiła? – w jej głosie zabrzmiało zmęczenie.

– Nic nie zrobiła. Była u mnie pierwszego w dniu emerytury. Jak zawsze...

Czyli dałaś jej pieniądze – stwierdziła sucho.

Zaskoczyło mnie to. Nie zapytała, czy dobrze się czułam, czy miło spędziłyśmy czas. Od razu przeszła do sedna.

– Lidziu, ona mówi, że ma ciężko. Studia kosztują…

– Mamo – przerwała mi – ty ją rozpuszczasz. Zawsze tak było. Najpierw cukierki przed obiadem, potem nowe buty, kiedy ja mówiłam, że nie trzeba. Teraz koperty pierwszego dnia miesiąca.

Poczułam, jak policzki robią mi się gorące.

– Chcę jej tylko pomóc.

– Ona jest dorosła. Musi nauczyć się planować wydatki. A ty… ty kupujesz sobie jej obecność.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać.

– Jak możesz tak mówić? – wyszeptałam. – To moja wnuczka.

– Wiem, ale nie możesz być dla niej bankomatem. Potem ma pretensje do mnie, że ja nie daję tyle co ty.

Oparłam się o ścianę. W głowie zaczęły krążyć obrazy sprzed lat – mała Zuzia śpiąca w moim łóżku, Lidka zmęczona po pracy, ja gotowa, by przejąć opiekę nad dzieckiem w każdej chwili. Czy wtedy też przekraczałam granice?

– Może rzeczywiście przesadzam – powiedziałam cicho.

– Mamo, ja nie chcę się z tobą kłócić, ale jeśli będziesz jej dawać pieniądze bez słowa, ona nigdy nie zrozumie, że relacje to nie kwestia pieniędzy.

Po zakończeniu rozmowy długo siedziałam w fotelu. W mieszkaniu było duszno, choć okno było uchylone. Myśli krążyły bez końca. Czy po śmierci męża tak bardzo bałam się pustki, że wypełniałam ją banknotami? Czy nauczyłam Zuzę, że miłość przychodzi w kopercie?

Nie dałam kasy wnuczce

Kiedy zbliżał się kolejny pierwszy dzień miesiąca, czułam napięcie, jakbym szykowała się na egzamin. Tym razem nie przygotowałam koperty. Emerytura wpłynęła na konto, ale jej nie ruszyłam. Powtarzałam sobie, że jeśli Zuza przyjdzie dla mnie, zostanie nawet bez dodatkowego wsparcia. Dzwonek zadzwonił punktualnie o siedemnastej.

– Babuniu! – Jej głos był jak zawsze jasny, lecz gdy weszła do środka, zauważyłam, że nie przyniosła ciasta. W ręku trzymała tylko telefon.

– Dobrze wyglądasz – powiedziała, całując mnie w policzek. – Jak się czujesz?

– W sam raz na spacer, gdybyś miała ochotę – odpowiedziałam spokojnie.

Usiadłyśmy przy stole. Zaparzyłam herbatę. Rozmawiałyśmy o uczelni, o nowej koleżance z roku, o planach na wakacje. Zuzia była uprzejma, ale jej spojrzenie co chwilę uciekało w stronę komody, tej samej, z której zwykle wyjmowałam kopertę. Czułam, jak serce bije mi szybciej. Każda minuta wydawała się próbą sił.

– Babciu… – zaczęła w końcu, obracając łyżeczkę w filiżance. – Bo jest taka sprawa.

Nie odezwałam się, tylko patrzyłam na nią uważnie.

– W tym miesiącu mam trochę większe wydatki. Myślałam, że może… – zawiesiła głos.

– Zuziu – przerwałam łagodnie. – W tym miesiącu nie dam rady ci pomóc.

Jej ręka znieruchomiała.

– Jak to? – spytała ciszej.

– Sama mam kilka rachunków do uregulowania. I chciałabym trochę odłożyć. Nie jestem już młoda, muszę liczyć się z wydatkami.

Patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.

– Czyli nie możesz mi pomóc? – upewniła się.

– Nie w ten sposób.

Zapadła ciężka cisza.

– Myślałam, że zawsze mogę na ciebie liczyć – powiedziała w końcu, a w jej głosie zabrzmiała nuta chłodu.

Te słowa ukuły mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie.

– Możesz. Ale chciałabym, żebyś przychodziła do mnie nie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebujesz.

Wstała gwałtownie.

– To nieprawda. Przecież przychodzę, bo cię kocham.

– W takim razie zostań dziś na kolacji – zaproponowałam. – Bez rozmów o pieniądzach.

Spojrzała na zegarek.

– Nie mogę. Umówiłam się ze znajomymi.

Pocałowała mnie w policzek, tym razem szybko i bez czułości.

– Odezwę się – rzuciła na odchodne.

Zrozumiałam, że pierwszy raz od dawna nie czułam ulgi po jej wyjściu. Czułam stratę.

To była szczera rozmowa

Nie widziałam jej przez trzy tygodnie. Telefon milczał. Bolało, ale był to inny ból niż wcześniej. Zaczęłam wychodzić z domu częściej. Zapisałam się do klubu seniora, gdzie w środy graliśmy w scrabble. Śmiałam się tam szczerze, bez oczekiwania, że ktoś zaraz poprosi mnie o przysługę. Któregoś deszczowego popołudnia ktoś zapukał do drzwi. Nie był to pierwszy dzień miesiąca. Otworzyłam. Zuza stała bez makijażu, w zwykłej kurtce, z mokrymi włosami przyklejonymi do policzków. Nie trzymała żadnego pudełka.

– Mogę wejść? – zapytała cicho.

Wpuściłam ją bez słowa. Usiadła przy stole, splatając dłonie tak mocno, że zbielały jej knykcie.

– Babciu… – zaczęła, ale głos jej zadrżał. – Wiem, że ostatnio zachowałam się… źle.

Czekałam.

Przyzwyczaiłam się, że mi pomagasz. Traktowałam to jak coś oczywistego. Kiedy odmówiłaś, poczułam złość. Nie dlatego, że nie dałaś pieniędzy, tylko dlatego, że nagle przestało być tak, jak zawsze.

– A jak było zawsze? – zapytałam spokojnie.

Spuściła wzrok.

– Wygodnie. Wiedziałam, że przyjdę pierwszego i wszystko się jakoś ułoży.

Usiadłam naprzeciwko niej.

– Zuziu, bałam się samotności bardziej niż tego, że mnie wykorzystasz. Dawałam ci pieniądze, bo wtedy przychodziłaś. To był nasz cichy układ.

Podniosła na mnie oczy pełne wstydu.

– Nie chciałam cię wykorzystywać.

– Ale tak to wyglądało – odpowiedziałam łagodnie. – I pozwalałam na to, bo wolałam mieć cię przez godzinę w miesiącu niż wcale.

Coś się musi zmienić

Zapadła długa cisza. Deszcz bębnił o parapet.

– Kiedy wyszłam wtedy od ciebie – odezwała się w końcu – zrozumiałam, że jeśli nie przyjdę bez powodu, to znaczy, że naprawdę chodziło tylko o pieniądze. A ja nie chcę, żeby tak było.

Serce zabiło mi szybciej.

– Czego chcesz, Zuziu?

– Chcę przychodzić do ciebie w zwykły dzień. Pomóc ci z zakupami. Posłuchać, jak opowiadasz o dziadku. Nawet jeśli nie dostanę ani złotówki.

Patrzyłam na nią uważnie. Szukałam w jej twarzy tej małej dziewczynki, która zasypiała wtulona w mój sweter.

– Wiesz, czego ja chcę? – zapytałam.

Pokręciła głową.

– Żebyś zapukała do moich drzwi dziesiątego albo dwudziestego trzeciego bez żadnych oczekiwań.

Po jej policzku spłynęła łza.

Spróbujemy jeszcze raz? – wyszeptała.

Wyciągnęłam rękę ponad stołem. Ujęła ją ostrożnie, jakby bała się, że się cofnę. Zrobiłam herbatę, a potem razem obierałyśmy ziemniaki. Rozmawiałyśmy zwyczajnie – o jej zajęciach, o moich nowych znajomych z klubu. Bez napięcia, bez zerkania na komodę. Kiedy wychodziła, nie padło ani jedno słowo o finansach.

Helena, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama