„Wmawiałam sobie, że to tylko sąsiad. Jeden zimowy dzień zmienił między nami wszystko, ale czy na zawsze?”
„Dom obok był oświetlony. Właśnie, światło. Bezmyślnie włożyłam buty i wybiegłam, jak stałam. Na śniegu zostawiłam krzywe, chaotyczne ślady. Może miał agregat? Może wiedział, co robić? Nie chciałam iść. A jednak szłam. Zanim zdążyłam zapukać, drzwi się otworzyły. Stał w progu. Wysoki. Potargane włosy, trzydniowy zarost”.

Zima przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Góry w listopadzie zasypało śniegiem jak w styczniu — gruba warstwa bieli otuliła mój wynajęty drewniany domek i wyciszyła wszystko, łącznie z moimi myślami. I dobrze. Tego właśnie chciałam, uciekając z Warszawy: ciszy, spokoju i samotności. Po rozstaniu z Markiem miałam serdecznie dość ludzi, ich złudzeń i obietnic bez pokrycia.
Nie znałam nikogo w tej miejscowości. Wynajęłam domek przez internet — drewniany, z widokiem na las, z kominkiem, ciepłym kocem i miejscem, gdzie można było odreagować. Plan był prosty: przyjechać, zniknąć, odetchnąć. Od początku wiedziałam, że ktoś mieszka w domku obok. Świadczyły o tym światła w oknie, dym z komina, czasem zostawione ślady stóp na śniegu, choć nigdy nie zobaczyłam go z bliska. Nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. Mężczyzna w kapturze, z brodą, zamknięty w swoim świecie. Nie szukałam kontaktu. Nie potrzebowałam go jeszcze wtedy.
Czasem widywałam go przez okno, jak rąbie drewno albo wyprowadza psa. Zawsze sam. Bez słowa, bez uśmiechu. Wydawał się dokładnie takim człowiekiem, od jakiego teraz uciekałam — zimnym, zamkniętym, niedostępnym. Przypominał Marka, a może raczej to, kim Marek się stał w ostatnich miesiącach. Nie miałam siły na żadne znajomości. Nawet te sąsiedzkie. Ale zima nie pyta, czy jesteś gotowa. I pewnej nocy zmieniła wszystko.
Bezmyślnie włożyłam buty
— O nie… — syknęłam, gdy światło nagle zgasło.
Przez chwilę siedziałam na kanapie bez ruchu, czekając, aż prąd wróci. Nie wrócił. Za oknem szalała śnieżyca — niebo zlało się z bielą, wiatrołom tańczył na ścieżce, a cisza w domu wydawała się jeszcze bardziej absolutna. Sięgnęłam po telefon, ale zasięg był ledwo, ledwo. Latarka działała — to już coś. Włożyłam gruby sweter, narzuciłam kurtkę, wzięłam latarkę do ręki i stanęłam przy oknie.
Dom obok był oświetlony. Właśnie, światło. Bezmyślnie włożyłam buty i wybiegłam, jak stałam. Na śniegu zostawiłam krzywe, chaotyczne ślady. Może miał agregat? Może wiedział, co robić? Nie chciałam iść. A jednak szłam. Zanim zdążyłam zapukać, drzwi się otworzyły. Stał w progu. Wysoki. Potargane włosy, trzydniowy zarost. Ciemna bluza, w której wyglądał, jakby dopiero co wstał. I to spojrzenie, takie chłodne, oceniające.
— Coś się stało? — spytał sucho.
— Prąd... Zniknął. U mnie. — Podniosłam latarkę jak idiotka.
Skinął głową. Otworzył szerzej drzwi.
— Wejdź. Zimno.
W środku pachniało drewnem i kawą. Pies, czarny, z jasnymi oczami, uniósł łeb znad dywanu i warknął cicho. Mężczyzna uciszył go jednym słowem.
— Oskar — rzucił. — Pies to Riko.
— Klaudia — odpowiedziałam, wciąż nie zdejmując czapki.
Usiadłam niepewnie na krześle przy kominku. Ciepło biło od ognia, moje palce zaczęły drżeć. W końcu spojrzałam na niego — siedział naprzeciwko, trzymając kubek z herbatą. W ciszy.
— Dzięki, że mnie wpuściłeś — powiedziałam w końcu.
— Mógłbym być psychopatą — odparł bez emocji.
— Mógłbyś. Ale trudno.
Zaczęłam się rozgrzewać. Oczy Oskara były inne niż się spodziewałam. Spokojne. Zmęczone. A ja, zamiast się bać, poczułam spokój. I nie wiedziałam, czemu to takie dziwne.
Uśmiechnęłam się niezręcznie
Nie wiem, kiedy znów się tam pojawiłam. Może tydzień później? A może szybciej. Śnieg sypał nieprzerwanie, jakby chciał zasypać cały świat. Mój domek był coraz bardziej odcięty, a kontakt z cywilizacją teoretyczny. Prąd wrócił po dwóch dniach, ale rozmowa z Oskarem została w mojej głowie jak echo. Zaczęliśmy się mijać: na ścieżce, przy studzience, w sklepie oddalonym o pół godziny drogi. Oskar nigdy się nie uśmiechał. Ale czasem mówił „cześć”. I to wystarczało.
Któregoś dnia zapukał.
— Mam za dużo herbaty. — Podał mi słoik. — Nie pytaj.
— Jasne. Dziękuję... — Uśmiechnęłam się niezręcznie. — Może... chcesz wejść?
Wszedł. Usiedliśmy przy moim kuchennym stole, w milczeniu parząc zioła. Po raz pierwszy widziałam go z bliska w świetle dziennym. Był inny. Nie ładny, ale ciekawy. Miał rysy jakby po kimś, kto kiedyś się uśmiechał częściej.
— Długo tu mieszkasz? — spytałam.
— Dwa lata.
— I co... góry cię leczą?
— Nie. Ukrywają.
Zamarłam.
— A ciebie?
Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam na kubek.
— Uciekłam.
Kiwnął głową, jakby to wszystko tłumaczyło. Potem posłuchaliśmy muzyki — miał gramofon. Winyle. Stare jazzowe płyty. Siedzieliśmy razem, nie rozmawiając. Czasem zerkałam na jego dłonie: mocne, ale lekko rozedrgane. Jakby wszystko w sobie tłumiły.
Po powrocie zadzwoniłam do Anety.
— Coś się zaczyna — powiedziałam, patrząc przez okno.
— Klaudia... — Westchnęła. — On jest tylko ucieczką. Ty jesteś zraniona. Uważaj.
— Może. Ale jest cisza, Aneta. A ja w tej ciszy pierwszy raz od miesięcy nie wariuję.
— Ucieczka to nie zawsze droga do przodu.
Nie słuchałam jej. Każda rozmowa z Oskarem była jak mały wdech. Nie wiedziałam, dokąd to zmierza, ale czekałam na rozwój sytuacji. I to czekanie było niebezpiecznie przyjemne.
Zamurowało mnie
— Dlaczego nic o sobie nie mówisz? — zapytałam pewnego wieczoru, kiedy znów siedzieliśmy u niego.
Ogień trzaskał w kominku, kubki parowały, a śnieg za oknem zacierał wszystkie ślady. Oskar zamarł.
— Nie ma o czym mówić.
— To nieprawda. Każdy coś ma: rodzinę, przeszłość, jakieś... głupie marzenia.
— A ty? Masz? — Uniósł brwi. — Czy tylko pytasz, żeby coś ze mnie wydusić?
Zaskoczył mnie, ale nie uciekłam.
— Mam. Miałam narzeczonego. Zdradził mnie z koleżanką z pracy. W łazience firmowej. — Uśmiechnęłam się krzywo. — Tyle o mojej przeszłości.
— I to ci wystarcza, żebym ja też się otworzył?
— Nie oczekuję niczego. Po prostu... chcę cię poznać.
Wstał gwałtownie, jakby coś go paliło od środka. Podszedł do okna. Milczał.
— Nie chcę być czyimś projektem do naprawy — powiedział nagle. — Nie jestem ciekawostką. Nie potrzebuję zbawienia.
Zamurowało mnie.
— Oskar, ja cię nie...
— Ale próbujesz. Tylko że ja się nie nadaję. Nie jestem materiałem na bliskość, na rozmowy przy herbacie i wspólne święta. Nie nadaję się, rozumiesz?
Spojrzałam na niego. I nie widziałam tam złości, tylko strach.
— Nie musisz się tak bronić — powiedziałam cicho. — Ja też się boję.
Ale już mnie nie słuchał. Wyszedł do drugiego pokoju. Wróciłam do siebie bez słowa. Tego wieczoru też zadzwoniłam do Anety.
— Jestem idiotką — szepnęłam, pociągając nosem. — Myślałam, że... nie wiem. Że go rozumiem. Ale on mnie odepchnął. Tak ostro, jakby...
— Klaudia, wracaj do miasta. Na cholerę ci ten facet. To tylko iluzja.
— Może. Ale boli jak prawda.
Nie spałam całą noc. I pierwszy raz od dawna naprawdę zatęskniłam. Za czymś więcej niż ciszą.
Poczułam, że serce mi pęka
Otworzył mi dopiero po trzecim pukaniu. Włosy miał rozczochrane, sweter na lewą stronę, pod oczami cienie. Tak wygląda człowiek, który nie spał całą noc.
— Co chcesz? — mruknął. Głos miał niższy niż zwykle.
— Porozmawiać.
Chciał zamknąć drzwi, ale przytrzymałam je dłonią. Spojrzał na mnie długo, jakby oceniał, czy jestem warta tej rozmowy. Wpuścił mnie. W środku panował bałagan: porozrzucane ubrania, niedojedzone śniadanie, jedna szklanka z niedopitą whisky.
— Miałem telefon — rzucił, siadając na podłodze pod ścianą. — Od siostry. Ojciec nie żyje.
Usiadłam obok niego. Czekałam. Zbyt wiele razy sama słyszałam takie wieści, by je bagatelizować.
— Nie widziałem go dziesięć lat. — Oparł głowę o ścianę. — Dla niego byłem błędem. „Wychowaliśmy cię, ale się nie udało”. Taki miał tekst na wszystko. I wiesz co? Nie płakałem, jak mi to powiedziała. Tylko... poczułem ulgę. Że nie muszę już czekać, aż zadzwoni i powie, że jednak mnie kocha.
— Może nigdy nie umiał.
— Albo ja nie umiałem być taki, jak chciał.
Siedzieliśmy tak długo. Cisza między nami była jak dym: gęsta, trudna, ale potrzebna.
— Klaudia — odezwał się cicho. — Ja się boję. Że jak się do ciebie zbliżę, to potem znowu coś stracę. Że mnie zostawisz. Albo, co gorsze, zostaniesz, a ja cię zniszczę.
Poczułam, że serce mi pęka — z lęku, że mogę być dla kogoś tak ważna.
— Tu nie chodzi o naprawianie — powiedziałam. — Tylko o bycie obok. Jak chcesz, to po prostu... jestem.
Nie odpowiedział, ale po raz pierwszy położył głowę na moim ramieniu. I przez te kilka minut świat się nie rozpadł.
Wtedy opowiedziałam wszystko
Spakowałam się w dwadzieścia minut: plecak, laptop, ładowarka, trochę ciuchów. Nawet nie wyłączyłam lodówki. Wysłałam tylko Oskarowi krótką wiadomość: „Muszę wyjechać na kilka dni. Nie znikam. Potrzebuję przestrzeni”. Nie odpowiedział. I dobrze. Nie oczekiwałam niczego. Potrzebowałam oddechu: bo to, co się między nami działo, było jak lawina. Za szybko, za mocno, za głęboko.
W mieście czułam się jak obca. Hałas mnie drażnił, światła raziły. Aneta przyjęła mnie bez pytań.
— W końcu — mruknęła tylko. — Wiedziałam, że nie wytrzymasz tam długo.
— To nie miejsce. To... on.
— No właśnie. — Spojrzała na mnie ostro. — Co się stało?
Wtedy opowiedziałam wszystko. O tym, jak nagle stał się dla mnie kimś więcej. Jak bardzo mnie wciągnęła ta jego cisza, jak głośna potrafiła być. Jak zaczął mnie obchodzić. I jak bardzo się tego przestraszyłam.
— A on?
— On boi się mnie tak samo. Może bardziej.
Aneta długo milczała, a potem zapytała:
— Chcesz z nim być?
Nie odpowiedziałam od razu. Dopiero po chwili przyznałam, półgłosem:
— Tak. Ale nie wiem, czy umiemy.
— To może się nauczcie. Albo przynajmniej spróbujcie.
Po trzech dniach wróciłam w góry. Droga była biała i pusta. Mój domek był zamarznięty, ale znajomy. Położyłam plecak, nie zdejmując kurtki, i przeszłam przez śnieg do domku obok.
Zanim zdążyłam zapukać, drzwi się uchyliły.
Oskar stał w progu. Na widok mojej twarzy nic nie powiedział. Tylko się odsunął, robiąc mi miejsce.
— Nie wiem, na jak długo — szepnęłam.
— Wystarczy, że wróciłaś — odpowiedział.
I to było wszystko, czego wtedy potrzebowałam.
Klaudia, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Koleżanka zaprosiła mnie na sylwestra dla wyrzutków. Nie mogłam uwierzyć w to, co się tam działo jeszcze przed północą”
- „Żona pracowała, a i tak ciągle brakowało jej kasy. Potem zobaczyłem, na co przepuszcza wszystkie swoje oszczędności”
- „Moim postanowieniem na Nowy Rok jest całkowita zmiana życia. Zmienię podejście i faceta, wreszcie będę szczęśliwa”

