Reklama

Wigilia od kilku lat wyglądała dla mnie tak samo. Bez choinki, bez prezentów, bez nikogo przy stole. Zostawałam sama w mieszkaniu, otulona kocem, z herbatą i światłem ulicznych latarni. W oknach innych domów widziałam święta – uśmiechy, zastawione stoły, dzieci biegające w piżamach z reniferami. Patrzyłam na to wszystko z zazdrością i pewnym przyzwyczajeniem. Przez chwilę pozwalałam sobie żyć życiem innych. W tym roku było podobnie, aż do momentu, kiedy w jednym z okien zobaczyłam kogoś, kto wcale nie wyglądał na szczęśliwego. I wtedy wszystko zaczęło wyglądać inaczej.

Podglądałam ludzi, jak co roku

Zawsze siadałam na parapecie, zawinięta w stary koc, który jeszcze pamiętał czasy mojej babci. Ustawiłam sobie idealny kąt – okno z widokiem na kamienicę po drugiej stronie ulicy, gdzie mieszkali ci wszyscy szczęśliwi ludzie niczym z telewizyjnych reklam. W ich mieszkaniach, co roku o tej samej porze, zapalały się te same światełka – ciepłe, żółte, rozbłyskujące w rytm kolęd.

W lewym narożniku pokoju pojawiała się choinka – co roku inna, ale zawsze idealnie ubrana. Dzieci – chyba dwójka, może trójka – biegały po salonie z piskiem. Kobieta w czerwonym swetrze przytulała wszystkich po kolei. Mężczyzna – wysoki, brodaty – wnosił półmisek z czymś gorącym i parującym. W tle mrugał telewizor, słychać było śmiech.

– Przynajmniej tam wszystko w porządku – mówiłam do siebie, sącząc letnią herbatę.

Moje mieszkanie było ciche. Nawet radio przestałam włączać, bo kolędy zbyt mocno przypominały o tym, czego mi brakowało. Nie miałam z kim połamać się opłatkiem, nie dostałam życzeń na żywo. Rodzina dawno się rozpadła, znajomi mieli swoje życia. Wigilia stała się dniem przetrwania – niczym więcej.

Zasunęłam nieco zasłonę, jakbym chciała się schować. I wtedy, pierwszy raz od lat, spojrzałam w inne okno – ciemne, samotne, zupełnie inne od reszty. W tym oknie też ktoś siedział. I patrzył. Prosto na mnie.

Miał może czterdzieści parę lat

Z początku nie wiedziałam, czy to tylko moje zmęczone oczy płatają figle. Przetarłam szybę rękawem swetra i wychyliłam się delikatnie. Okno na parterze po lewej stronie kamienicy – wcześniej zakryte roletą – teraz było uchylone. Światło w środku ledwo się żarzyło. Na parapecie stała butelka wody i coś, co wyglądało na termos. Mężczyzna siedział na krześle przy stole bez obrusu, bez świecidełek. Nie ruszał się, tylko wpatrywał się przed siebie.

Nie wyglądał na starego, może czterdzieści parę lat. Krótko ostrzyżone włosy, ciemna bluza. W jego twarzy nie było żadnej ekspresji, jakby był zawieszony gdzieś poza czasem. Przez dłuższą chwilę gapiłam się na niego, a on... chyba patrzył w moją stronę, choć trudno było to stwierdzić na sto procent.

Złapałam się na tym, że wstrzymałam oddech. Zupełnie irracjonalnie poczułam się przyłapana – jakby moim zwyczajem zaglądania w cudze życie, naruszyłam jego prywatność. A przecież to tylko patrzenie, nic więcej.

– Samotny? – wyszeptałam do siebie.

Nie wyglądał na kogoś, kto czeka na rodzinę czy znajomych. Na stole nie było talerzy, tylko kubek. W rękach miał coś, czego nie potrafiłam rozpoznać – może zdjęcie? Wpatrywał się w to uparcie, aż w końcu położył to na stole, oparł łokcie na blacie i zakrył twarz dłońmi.

Wtedy właśnie przyszło mi do głowy coś głupiego. Chciałam wyjść do niego. Tak po prostu. Z kawałkiem ciasta i swoim towarzystwem.

Podeszłam pod jego mieszkanie

Wciągnęłam na siebie najgrubszy płaszcz, który ledwo się dopinał, i zasznurowałam buty. Na szybko przełożyłam kawałek sernika do plastikowego pojemnika. Stałam przez chwilę przy drzwiach, wahając się, jakbym miała dokonać czegoś wielkiego. W końcu zeszłam na dół, mocno trzymając siatkę z prowizoryczną kolacją.

Pod kamienicą panowała cisza. Śnieg prószył delikatnie, światła latarni rozmywały się w białym puchu. Podeszłam pod jego okno, ale nie widziałam go już w środku. Serce zaczęło mi bić szybciej. Może wyszedł? Może sobie to wszystko wyobraziłam?

Nacisnęłam przycisk domofonu przy numerze jego mieszkania. Nic. Spróbowałam raz jeszcze. W końcu drzwi wydały charakterystyczne kliknięcie. Weszłam.

Korytarz pachniał kurzem i starą farbą. Drzwi do jego mieszkania były otwarte na oścież, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. W środku było chłodno, jakby nie grzano od kilku dni. Spojrzałam do pokoju. Siedział tam. Spojrzał na mnie bez zdziwienia.

– Widziałam cię przez okno. Przyniosłam ciasto – powiedziałam głupio, jakby to wszystko było całkowicie normalne.

Skinął głową. Wzięłam krzesło i usiadłam obok. Podałam mu kawałek sernika. Przez dłuższą chwilę nie mówiliśmy nic. Nalał mi herbaty.

Po prostu byliśmy

Ciepło z kubków rozchodziło się po dłoniach, ale atmosfera w pokoju nadal była ciężka, pełna niewypowiedzianych myśli.

– Nie spodziewałem się nikogo – powiedział w końcu.

– Ja też nie. Właściwie... patrzyłam w okna, jak co roku. Twoje okno było inne.

Uśmiechnął się smutno. Pociągnął łyk herbaty i postawił kubek na stole.

– Jestem Janek. Mieszkałem tu kiedyś z matką. Zmarła w zeszłym roku, w grudniu. Od tamtej pory nie potrafię stąd wyjechać, chociaż wszystko mnie tu boli.

Kiwnęłam głową. Nie musiałam słyszeć więcej. Wiedziałam, co to znaczy przywiązać się do miejsca, które przestało być domem.

– Ja jestem Ewa. Od kilku lat Wigilia to dla mnie tylko cicha obserwacja innych. Przez szybę. Może trochę z zazdrości, a może po to, żeby nie zapomnieć, że to kiedyś miało sens.

Janek spojrzał na mnie uważnie. Miał zmęczone oczy, jakby nie spał od wielu nocy. W pokoju było zimno.

– Nigdy nie lubiłem sernika – mruknął z lekkim uśmiechem, ale i tak zjadł.

W tamtej chwili w mieszkaniu Janka było coś, czego nie było u mnie od dawna – obecność.

Namiastka prawdziwych świąt

Zegar w kuchni wybił dwudziestą drugą. W tle dobiegł nas dźwięk dzwonków – ktoś w sąsiednim mieszkaniu puszczał kolędy. Janek nie zwracał na to uwagi, wpatrywał się w świecący ekran starego telefonu, który leżał na stole. Czasem naciskał coś palcem, jakby próbował podjąć decyzję.

Chciałem dziś gdzieś pojechać. Pociągiem, byle gdzie. Wysiąść na przypadkowej stacji i zacząć od nowa – powiedział nagle.

– Czemu nie pojechałeś?

– Nie wiem. Może miałem nadzieję, że coś się wydarzy. A może po prostu nie miałem odwagi.

Poprawiłam się na krześle, podwijając nogi pod siebie. W domu Janka było cicho, ale to nie była już ta przytłaczająca cisza, od której boli głowa. Raczej taka, która pozwalała w końcu pomyśleć, pobyć obok kogoś.

– Wiem, jak to brzmi, ale dziękuję, że przyszłaś – powiedział.

– Ja też dziękuję... – urwałam, bo coś mnie w nim powstrzymywało przed mówieniem zbyt wiele.

Uśmiechnęłam się. W pewnym momencie zaczął opowiadać o matce – jak razem smażyli pierogi, jak śpiewała, fałszując, jak nienawidziła plastikowych ozdób. Ja mówiłam o ojcu, który zawsze wypijał za dużo kompotu z suszu i zasypiał jeszcze przed pasterką.

Śmialiśmy się. Cicho, bez przesady. Pomiędzy kolejnymi łykami herbaty i kęsami ciasta zrobiło się coś, co przypominało święta. Nie te z okładek magazynów. Te prawdziwe. Proste i pełne obecności.

Mam kogoś i to wystarczy

Zostawiłam u Janka pojemnik po cieście. Prawda była taka, że chciałam mieć powód, żeby przyjść znów. On też to zrozumiał, bo nie protestował. Pożegnaliśmy się krótko, bez uścisków, jakbyśmy się jeszcze mieli zobaczyć. Może naprawdę tak miało być.

Wróciłam do siebie tuż przed północą. W oknach po drugiej stronie ulicy nadal migotały lampki, dzieci już spały, a dorośli kończyli kolację. Dziś nie zazdrościłam im aż tak bardzo. Nie dlatego, że moje życie nagle stało się pełne. Nadal było kruche i samotne. Tylko... tym razem nie było puste.

Przez kolejne dni nie mogłam przestać o nim myśleć. O jego cichym spojrzeniu, które znało pustkę lepiej niż ja. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy. Bez wielkich słów, bez planów.

Nie wiem, czy Janek stał się kimś ważnym. Może był tylko świątecznym wyjątkiem od samotności, która znów wróci za rok. A może czymś więcej – przypomnieniem, że nawet w najcichsze wieczory można usłyszeć drugiego człowieka. Tamta Wigilia nie była jak z okładki kolorowych pism. Była prawdziwa. I to wystarczyło.

Ewa, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama