„Wierzyłem, że remont mieszkania będzie dla nas nowym początkiem. Moje nadzieje stopniały szybciej niż śnieg na wiosnę”
„Milena imponowała mi od pierwszego spotkania – wiedziała, czego chce, mówiła o przyszłości tak, jakby była już dokładnie zaplanowana. Ja byłem spokojniejszy, mniej zdecydowany, ale wydawało mi się, że właśnie dlatego do siebie pasujemy. Dopiero po latach zrozumiałem, że w naszym >>my<>ja<<”.

- Redakcja
Zawsze wierzyłem, że związek to sztuka kompromisu. Milena imponowała mi od pierwszego spotkania – wiedziała, czego chce, mówiła o przyszłości tak, jakby była już dokładnie zaplanowana. Ja byłem spokojniejszy, mniej zdecydowany, ale wydawało mi się, że właśnie dlatego do siebie pasujemy. Dopiero po latach zrozumiałem, że w naszym „my” coraz częściej znikało miejsce na moje „ja”.
Dla niej to był projekt życia
Remont miał być naszym wspólnym początkiem. Tak przynajmniej mówiłem znajomym, kiedy pytali, czy nie boję się kredytu i całego zamieszania. Milena traktowała to inaczej. Dla niej to był projekt życia. Pierwsze spotkanie z architektem pamiętam bardzo wyraźnie. Siedzieliśmy przy długim stole zasypanym próbkami materiałów. Milena miała ze sobą segregator z inspiracjami.
– Zależy mi na spójności – tłumaczyła z przejęciem. – Jasne drewno, ciepła biel, żadnych przypadkowych elementów.
– A może w gabinecie zrobimy jedną ścianę w ciemniejszym kolorze? – wtrąciłem ostrożnie. – Taki grafit, żeby było bardziej przytulnie.
Milena nawet nie spojrzała na mnie.
– Ciemne kolory pomniejszają przestrzeń – odpowiedziała rzeczowo. – Poza tym zaburzą koncepcję.
Architekt skinął głową, notując jej uwagi. Ja poczułem się, jakbym zaproponował coś niestosownego. Kilka dni później wspomniałem o regale na książki.
– Mam sporo powieści, moglibyśmy zrobić całą ścianę zabudowaną półkami – powiedziałem wieczorem, kiedy przeglądaliśmy projekt.
Milena westchnęła.
– Przemek, regały zbierają kurz. Poza tym książki wprowadzą chaos kolorystyczny. Możesz wybrać kilka ładnych okładek i postawimy je dekoracyjnie.
– Ale ja chciałbym mieć do nich dostęp.
– Przecież masz czytnik – ucięła.
Najbardziej zabolało mnie, gdy zaproponowałem, żeby w salonie stanął fotel po moim ojcu. Stary, z przetartymi podłokietnikami, ale wygodny i ważny dla mnie.
– On kompletnie tu nie pasuje – powiedziała stanowczo. – Jest ciężki wizualnie. Zaufaj mi.
– To tylko jeden mebel.
– Właśnie. Jeden niepasujący mebel potrafi zniszczyć cały efekt.
Patrzyłem na wizualizację salonu – perfekcyjną, gładką, bez śladu historii. I nagle dotarło do mnie, że w tej wizji nie ma miejsca na wspomnienia.
Co właściwie znaczy „zaangażowanie”
Koszty rosły szybciej, niż planowaliśmy. Brałem nadgodziny, wracałem późno. Kiedyś usłyszałem:
– Mam wrażenie, że w ogóle cię to nie obchodzi – powiedziała Milena, odkładając telefon. – Wszystko jest na mojej głowie.
– Pracuję więcej, żebyśmy mogli to skończyć – odpowiedziałem spokojnie.
– Pieniądze to nie wszystko. Liczy się zaangażowanie.
Zacząłem się zastanawiać, co właściwie znaczy „zaangażowanie”. Czy chodziło o to, by przytakiwać? Czy o to, by mieć własne zdanie? W naszym domu coraz częściej czułem się jak gość. Wiktor, kierownik ekipy, początkowo zwracał się do nas obojga.
– Panie Przemku, jak z oświetleniem w korytarzu?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Milena wchodziła w słowo.
– Ustaliśmy już, że będą listwy LED. Prawda?
Po kilku tygodniach Wiktor przestał pytać mnie o cokolwiek.
– Pani Mileno, zmieniamy układ płytek zgodnie z pani sugestią – mówił, nawet nie zerkając w moją stronę.
Stałem obok, trzymając ręce w kieszeniach. Zauważyłem, że przestałem zgłaszać uwagi. Każda kończyła się dyskusją o estetyce, proporcjach i „spójnej wizji”. Któregoś dnia, kiedy Milena po raz kolejny poprawiała ustawienie gniazdek, Wiktor spojrzał na mnie z czymś na kształt współczucia.
– Duży projekt – rzucił cicho.
– Bardzo – odpowiedziałem.
Tylko że to już nie był nasz projekt. To był jej projekt. A ja powoli stawałem się dodatkiem – kimś, kto podpisuje przelewy i przywozi kawę.
Mnie w tym wszystkim nie ma
Wieczorem, kiedy wracaliśmy do wynajmowanego mieszkania, próbowałem jeszcze raz.
– Milena, czuję, że trochę mnie w tym wszystkim nie ma.
Zatrzymała się w przedpokoju.
– O co ci znowu chodzi?
– O to, że każda moja propozycja jest odrzucana.
– Bo nie pasują do koncepcji – odpowiedziała bez wahania. – Ktoś musi pilnować całości.
– A ja?
– Ty możesz mi zaufać.
Skinąłem głową. Tylko że zaufanie zaczynało przypominać milczenie. A milczenie – zgodę na coś, czego nie byłem już pewien.
Brakuje mi nas
Remont przeciągał się o kolejne tygodnie. Każda drobnostka wymagała konsultacji, poprawek, nowych decyzji. Milena potrafiła zmienić zdanie w ostatniej chwili.
– Ta fuga jest za ciepła – powiedziała któregoś popołudnia, stojąc nad świeżo ułożonymi płytkami. – Musimy to poprawić.
Wiktor westchnął niemal niedostrzegalnie.
– To oznacza kolejne dwa dni pracy.
– W takim razie dwa dni – odparła spokojnie. – Chcę, żeby było idealnie.
Stałem obok i liczyłem w myślach koszty. Ale bardziej niż pieniądze męczyło mnie coś innego – to, że każda rozmowa między nami sprowadzała się do technicznych szczegółów. Próba powiedzenia czegokolwiek o sobie kończyła się krótkim komunikatem.
– Nie teraz, Przemek. Naprawdę nie mam do tego głowy.
Któregoś wieczoru usiedliśmy w wynajmowanej kuchni. Kurz wciąż osiadał na naszych kurtkach.
– Brakuje mi nas– powiedziałem cicho.
Milena nie podniosła wzroku znad telefonu.
– To tylko przejściowe. Jak skończymy, wszystko wróci do normy.
– A jeśli nie wróci?
– Dlaczego zawsze musisz dramatyzować? – spojrzała na mnie zniecierpliwiona.
A ja czułem, że między nami rosła ściana, której nie było w projekcie.
Nic nie było w porządku
Milena coraz częściej konsultowała wszystko z Darią. Słyszałem, jak rozmawiają godzinami.
– Pokażę ci próbkę zasłon – mówiła do telefonu. – Przemek nie rozumie, że to musi być chłodny beż, nie krem.
Kiedyś wszedłem do pokoju w trakcie rozmowy.
– Zapytaj go, czy w ogóle widzi różnicę – zaśmiała się Daria po drugiej stronie.
Milena spojrzała na mnie z pobłażaniem.
– No właśnie.
Uśmiechnąłem się sztucznie i wyszedłem. Zaskoczyło mnie, jak bardzo zabolał mnie ten śmiech. Nie chodziło o kolor. Chodziło o to, że byłem tematem żartu. Wiktor coraz częściej omawiał szczegóły tylko z Mileną.
– Pani Mileno, zmieniliśmy ustawienie wyspy kuchennej zgodnie z pani życzeniem.
– Świetnie. A oświetlenie nad stołem?
– Tak jak ustaliła pani z projektantką.
Stałem kilka kroków dalej. W pewnym momencie Wiktor odwrócił się do mnie.
– Wszystko w porządku, panie Przemku?
Zawahałem się.
– Tak. Oczywiście.
Ale nic nie było w porządku. Zacząłem łapać się na tym, że unikam wizyt w mieszkaniu. Tłumaczyłem się pracą, zmęczeniem. W rzeczywistości czułem się tam obco, zanim jeszcze stanęły meble. Pewnego wieczoru Milena pokazała mi wizualizację salonu w ostatecznej wersji.
– Widzisz? Jest dokładnie tak, jak chciałam – powiedziała z błyskiem w oczach. – Minimalizm, światło, przestrzeń.
Patrzyłem na ekran. Nie było tam ani jednego elementu, który kojarzyłby mi się ze mną.
– A gdzie moje biurko? – zapytałem.
– Zmieniliśmy koncepcję. Będzie mniejsze, bardziej subtelne.
– Nawet o tym nie wiedziałem.
– Przemek, naprawdę musimy omawiać każdy szczegół?
To pytanie brzmiało jak wyrzut. Zrozumiałem, że dla niej „każdy szczegół” oznaczał coś innego niż dla mnie. Dla niej to była estetyka. Dla mnie – obecność. Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć, czekając na dzień, w którym wprowadzimy się do własnego domu. A jednak coraz częściej myślałem, że to „własne” nie będzie już nasze.
Dokładnie to, o czym marzyłam
Dzień odbioru był dla Mileny jak finał długiego biegu. Od rana chodziła napięta, ale w jej ruchach było też coś z triumfu. Stałem obok, trzymając w ręku dokumenty, jakbym przyszedł do urzędu załatwić formalność. Kiedy weszliśmy do środka, uderzyła mnie jasność. Światło odbijało się od gładkich powierzchni, podłoga była idealnie równa, powietrze pachniało nowością.
– Wiktor, naprawdę świetna robota – powiedziała Milena, rozglądając się z uwagą. – Dokładnie tak to widziałam.
Wiktor uśmiechnął się z profesjonalnym dystansem.
– Cieszę się, że efekt spełnia oczekiwania.
Przeszedłem do salonu. Kanapa była w kolorze, którego nie potrafiłem nazwać – coś między beżem a szarością. Na stoliku leżał album o architekturze. Wszystko wyglądało jak w katalogu. Tylko że ja czułem się jak statysta.
– I co? – Milena stanęła obok mnie. – Podoba ci się?
– Jest… dopracowane – odpowiedziałem po chwili.
– Dopracowane? – powtórzyła z cieniem rozczarowania. – To jest dokładnie to, o czym marzyłam.
Do mieszkania weszła Daria, z telefonem w dłoni.
– Ojej, Milena! To wygląda niesamowicie! – krążyła po salonie, robiąc zdjęcia. – Jak z magazynu.
Milena promieniała. Patrzyłem na nią i widziałem w jej oczach ulgę. Jakby właśnie udowodniła światu, że potrafi stworzyć coś idealnego.
– Wreszcie wszystko jest tak, jak powinno być – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do nas.
Naprawdę wierzyła, że ten dom to „my”
Rozejrzałem się jeszcze raz. Gładkie ściany. Zamknięte szafki. Brak regału. Brak fotela po ojcu. Brak czegokolwiek, co miałoby ślad mojej historii.
– Gdzie wstawimy moje książki? – zapytałem, choć znałem odpowiedź.
Milena spojrzała na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
– Ustaliliśmy, że część zostanie w piwnicy. Reszta w szafce w gabinecie.
– W zamkniętej szafce?
– Przemek, proszę. Nie psuj tego momentu.
Daria przerwała nam, podając Milenie telefon.
– Stań przy wyspie kuchennej. Zrobimy zdjęcie.
Milena ustawiła się w świetle, poprawiła włosy, uśmiechnęła się szeroko. Patrzyłem na nią zza obiektywu i miałem wrażenie, że obserwuję kogoś, kogo znam, ale już nie rozumiem. Podszedłem do okna. Widok był piękny. Miasto rozciągało się szeroko, jak obietnica. A jednak w środku czułem pustkę.
– Jakiś cichy jesteś – zauważył Wiktor, stając obok mnie.
– Podziwiam efekt – odpowiedziałem.
– To ważny dzień.
Skinąłem głową. Ważny. Ostateczny. Milena podeszła do mnie z kluczami w dłoni.
– Zrobiliśmy to – powiedziała. – Widzisz? Warto było zaufać.
Patrzyłem na nią i nagle zrozumiałem coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać. Ona naprawdę wierzyła, że ten dom to „my”.
– Tak – odpowiedziałem spokojnie. – Warto było.
Tylko że nie mówiłem o mieszkaniu. Mówiłem o tej chwili jasności, która nagle wszystko uporządkowała w mojej głowie.
Przestałem tu być sobą
Daria wyszła jako pierwsza. Wiktor pożegnał się krótko i zamknął za sobą drzwi. Zostaliśmy sami w idealnej ciszy, która zamiast cieszyć, zaczęła mnie uwierać. Milena krążyła po mieszkaniu, poprawiając poduszki, przesuwając wazon o kilka centymetrów.
– Ta lampa daje trochę za chłodne światło – mruknęła. – Może zmienimy żarówki.
Usiadłem na kanapie. Była wygodna, ale nie czułem, żeby była „moja”.
– Milena – zacząłem spokojnie. – Możemy porozmawiać?
– Teraz? – spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Przecież to nasz dzień.
– Właśnie dlatego.
Westchnęła, ale usiadła naprzeciwko.
– Tylko proszę, nie zaczynaj znowu o tych książkach.
– Nie chodzi o książki.
Zamilkłem na chwilę, szukając słów, których przez lata nie wypowiadałem.
– Chodzi o to, że w tym mieszkaniu nie ma mnie.
– Jak to nie ma ciebie? – uniosła brwi. – Mieszkamy tu razem.
– Mieszkamy? – powtórzyłem cicho. – Milena, tu wszystko jest twoje. Twoje decyzje, twoje wybory, twoja wizja. Ja tylko… finansowałem.
Jej twarz stężała.
– To niesprawiedliwe. Pracowałam nad tym miesiącami.
– Wiem. I podziwiam cię za to. Tylko że za każdym razem, kiedy próbowałem coś wnieść, słyszałem, że psuję koncepcję.
– Bo chciałam, żeby było spójnie!
– A ja chciałem, żeby było wspólne.
Zapadła cisza. Milena wstała i podeszła do okna.
– Czyli co? Teraz w dniu odbioru mówisz mi, że wszystko zrobiłam źle?
– Nie. Zrobiłaś dokładnie tak, jak chciałaś.
Odwróciła się gwałtownie.
– Więc o co ci chodzi?
Wstałem i podszedłem do przedpokoju. Otworzyłem jedną z szaf. W środku wisiały moje koszule – równo, według kolorów. Jak w sklepie.
– O to, że przestałem tu być sobą – powiedziałem. – I że sam na to pozwoliłem.
Przecież wszystko robiłam dla nas
Z sypialni przyniosłem małą torbę podróżną. Włożyłem do niej kilka ubrań, dokumenty, laptop. Milena patrzyła na mnie w milczeniu, jakby nie dowierzała.
– Robisz scenę – powiedziała w końcu chłodno. – Chcesz zepsuć najważniejszy dzień naszego życia.
– Nie chcę go psuć. On już jest skończony.
– Przemek, przestań. Prześpisz się z tym i jutro będzie normalnie.
– Właśnie tego się boję – odpowiedziałem. – Że jutro znowu będzie normalnie. Czyli tak jak zawsze.
Jej głos zadrżał.
– Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz?
To pytanie zatrzymało mnie w pół ruchu.
– Kocham cię – powiedziałem szczerze. – Ale nie umiem już kochać siebie w tym układzie.
Usiadła ciężko na kanapie.
– Przecież wszystko robiłam dla nas.
– Dla wizji „nas”. Tyle że ja nigdy nie byłem jej częścią. Byłem dodatkiem.
Milczała. Po raz pierwszy nie miała gotowej odpowiedzi. Zapiąłem torbę. Rozejrzałem się po salonie. Idealna linia stołu, symetria poduszek, zamknięte szafki. Nic nie wystawało. Nic nie było przypadkowe.
– Dokąd pójdziesz? – zapytała cicho.
– Na razie do hotelu. Potem coś znajdę.
– To absurdalne – szepnęła.
Podszedłem do niej.
– Może. Ale pierwszy raz od dawna czuję, że robię coś, bo naprawdę tego chcę.
Nie było krzyku. Nie było dramatycznych gestów. Tylko zmęczenie i coś na kształt zrozumienia, które przyszło za późno. Wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Klucz przekręcił się gładko w zamku. Na klatce schodowej oparłem się o ścianę i wziąłem głęboki oddech. Czułem lęk przed tym, co dalej. I ulgę, że nie muszę już udawać, że wszystko jest w porządku. Kilka miesięcy później spotkaliśmy się ponownie. Rozmawialiśmy spokojnie, bez pretensji. Milena wyglądała inaczej – mniej pewnie, bardziej zwyczajnie.
– Myślałam, że perfekcja nas ochroni – powiedziała wtedy cicho.
– A ja myślałem, że milczenie to kompromis – odpowiedziałem.
Rozwiedliśmy się bez dramatów. Mieszkanie zostało przy niej. Ja wynająłem małe, niedoskonałe lokum z miejscem na regał. Postawiłem w nim fotel po ojcu. Nie pasował do niczego, ale za każdym razem, gdy w nim siadałem, czułem spokój. Idealne wnętrze okazało się zbyt ciasne dla dwóch różnych ludzi. Dopiero gdy wyszedłem, zrozumiałem, że przestrzeń to nie metry i kolory. To możliwość bycia sobą.
Przemek, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zainwestowałem moje oszczędności w remont domu rodziców. Szybko wyciągnęli ręce po więcej kasy”
- „Mąż kłamał, że haruje przy remoncie, a to była tylko przykrywka. Zamiast kłaść gładzie, kładł się w cudzych objęciach”
- „Na rocznicę zamiast róż dostałam od męża wiadro i kurz. W nagrodę za 10 lat małżeństwa dostałam remont”

