„Wierzyłam, że teściowa pokaże klasę i w końcu się dogadamy. 1 zdanie przy rosole pogrzebało moje nadzieje”
„Te słowa zabolały mnie najbardziej. Jakby tym samym potwierdził, że stoję po drugiej stronie barykady. Tamtej nocy długo leżałam bez snu. I po raz pierwszy pomyślałam, że jeżeli nic się nie zmieni, będę musiała wybrać między spokojem a małżeństwem”.

- Redakcja
Na początku naprawdę wierzyłam, że z teściową da się żyć w zgodzie. Byłam świeżo po ślubie, zakochana, pełna dobrej woli i przekonana, że wystarczy trochę cierpliwości. Przez kilka miesięcy udawało się utrzymać uprzejmy dystans. Aż do pewnej niedzieli, przy rosole, kiedy jedno zdanie wypowiedziane niby mimochodem sprawiło, że coś we mnie pękło.
To było ostrzeżenie
Pierwszy obiad po naszym powrocie z podróży poślubnej miał być miły. Nakryłam do stołu najlepszym obrusem, który dostałam od mamy, ustawiłam świeże tulipany w wazonie i od rana krzątałam się w kuchni. Chciałam, żeby było idealnie. Mój mąż, Paweł, zaglądał co chwilę i powtarzał, że przesadzam.
– Mama i tak znajdzie coś, co można było zrobić lepiej – zaśmiał się pod nosem.
– Nie mów tak – zganiłam go. – To w końcu twoja mama.
Kiedy zadzwonił dzwonek, serce podskoczyło mi do gardła. Otworzyłam drzwi z uśmiechem.
– Dzień dobry, pani Mario! Proszę wejść.
Teściowa zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby sprawdzała, czy na pewno pasuję do jej syna i do jej domu.
– Ładnie tu macie – powiedziała, wchodząc do salonu. – Choć trochę pusto na ścianach.
Usiadłyśmy do stołu. Rozlałam rosół do talerzy, starając się nie rozlać ani kropli. Przez chwilę panowała cisza przerywana brzękiem łyżek.
– Dobry – stwierdziła w końcu teściowa. – Ale ja zawsze dodaję odrobinę więcej natki. Paweł tak lubi.
Spojrzałam na męża, licząc na wsparcie. Wzruszył ramionami.
– Jest w porządku, mamo.
To „w porządku” zabolało mnie bardziej niż krytyka. Jakby bronił potrawy, a nie mnie. Przez kolejne minuty Maria opowiadała, jak to Paweł jako dziecko nie mógł zasnąć bez jej bajek, jak zawsze wybierał jej pierogi, jak nigdy nie narzekał na jej gotowanie. Słuchałam, czując, że w tej historii nie ma dla mnie miejsca. A potem padło to zdanie.
– Wiesz, kochanie – zwróciła się do mnie, odkładając łyżkę – żona powinna przede wszystkim dbać o to, żeby mąż dobrze czuł się w domu. U mnie Paweł zawsze miał wszystko podane pod nos. Mam nadzieję, że mu tego nie zabraknie.
Uśmiechnęła się lekko, jakby to była dobra rada. Zamarłam. To nie była prośba. To było ostrzeżenie.
– Staram się – odpowiedziałam cicho.
– Oczywiście, że się starasz – dodała szybko. – Tylko wiesz, mężczyźni przyzwyczajają się do pewnych standardów.
Spojrzałam na Pawła. Milczał. Jadł rosół, jakby rozmowa go nie dotyczyła. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że w naszym małżeństwie nie jesteśmy tylko we dwoje.
Czułam się poniżana
Po tamtej niedzieli coś się zmieniło. Niby wszystko toczyło się normalnie – praca, zakupy, wspólne wieczory na kanapie – a jednak czułam, że między mną a Pawłem pojawił się niewidzialny mur. Każde jego „mama mówiła, że…” brzmiało jak poprawka do mojego życia. Któregoś popołudnia wróciłam wcześniej do domu i zastałam Pawła przy kuchence. Mieszał w garnku z zapałem, którego wcześniej u niego nie widziałam.
– Co robisz? – zapytałam, zdejmując płaszcz.
– Barszcz. Mama przysłała przepis. Mówiła, że wyjdzie taki jak zawsze mi gotowała.
Słowo „mama” wybrzmiało wyraźniej niż powinno.
– A ja nie umiem gotować? – wyrwało mi się.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Przecież nie o to chodzi. Po prostu… ona ma swoje sposoby.
– Właśnie – odparłam. – Zawsze ma swoje sposoby.
Wieczorem usiedliśmy do kolacji. Barszcz był naprawdę dobry, ale nie potrafiłam się nim cieszyć. W głowie wciąż słyszałam tamto zdanie o „standardach”. Kilka dni później pani Maria przyszła bez zapowiedzi. Otworzyłam drzwi w dresie, z mokrymi włosami, bo właśnie wyszłam spod prysznica.
– Och – powiedziała, wchodząc do środka. – Nie przeszkadzam?
Nie czekała na odpowiedź. Rozejrzała się po salonie, poprawiła poduszkę na kanapie, jakby była u siebie.
– Widzisz, Paweł zawsze lubił, kiedy w domu pachniało świeżym ciastem – rzuciła niby od niechcenia. – Ja piekłam co drugi dzień.
Zacisnęłam dłonie.
– Ja pracuję do siedemnastej – odpowiedziałam spokojnie. – Nie zawsze mam czas.
– Oczywiście, oczywiście – skinęła głową. – Czasy się zmieniły. Tylko potem nie dziw się, że mężczyźni uciekają tam, gdzie mają lepiej.
To zdanie zawisło w powietrzu jak ciężka zasłona.
– Co pani sugeruje? – zapytałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć.
– Nic, dziecko. Ja tylko martwię się o syna.
Tego wieczoru wybuchłam. Paweł siedział przy stole, przeglądając telefon.
– Twoja mama przekracza granice – powiedziałam wprost. – To jest nasze mieszkanie. Nasze życie.
Westchnął.
– Przesadzasz. Ona chce dobrze.
– Dobrze dla kogo? Dla ciebie czy dla nas?
Podniósł na mnie wzrok.
– Dlaczego robisz z tego problem? To tylko kilka uwag.
– To nie są uwagi, Paweł. To poniżanie mnie jako żony i jako kobiety.
Zapadła cisza. Czułam, jak serce wali mi w piersi.
– Może po prostu boisz się, że ma rację – powiedział cicho.
Te słowa zabolały najbardziej. Jakby potwierdził, że stoję po drugiej stronie barykady. Tamtej nocy długo leżałam bez snu. Po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli nic się nie zmieni, będę musiała wybrać między spokojem a małżeństwem.
Ogarnęła mnie czysta złość
Prawdziwy przełom nastąpił miesiąc później, w zupełnie zwyczajny wtorek. Wracałam z pracy zmęczona, z głową pełną niedokończonych spraw. Otworzyłam drzwi i usłyszałam śmiech dochodzący z kuchni. Kobiecy śmiech. Zamarłam w przedpokoju.
– Mówiłam ci, że ona nie potrafi dobrze doprawić mięsa – usłyszałam głos teściowej. – Trzeba ją tego nauczyć, Paweł. Inaczej będziesz chodził głodny.
Zajrzałam do kuchni. Maria stała przy blacie w moim fartuchu. Na kuchence bulgotał sos. Paweł siedział przy stole, jak uczeń przyjmujący wskazówki.
– Co tu się dzieje? – zapytałam.
Oboje odwrócili się w moją stronę.
– Niespodzianka – powiedziała teściowa z uśmiechem. – Postanowiłam pokazać ci, jak robi się prawdziwy obiad.
– W mojej kuchni? – wyrwało mi się.
– W waszej – poprawiła mnie spokojnie. – A skoro to dom mojego syna, czuję się tu jak u siebie.
Poczułam, jak coś we mnie narasta. Już nie niepewność, nie zazdrość. Czysta złość.
– Nie zapraszałam pani – powiedziałam wyraźnie. – I nie życzę sobie, żeby ktoś mnie „uczył”, jak mam prowadzić dom.
Paweł wstał gwałtownie.
– Wystarczy, przestań. Mama chciała pomóc.
– Nie potrzebuję takiej pomocy – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Potrzebuję męża, który stanie po mojej stronie.
Zapadła cisza. Pani Maria zdjęła fartuch i odłożyła go na blat.
– Widzisz, Paweł? – powiedziała z nutą rozczarowania. – Ja się tylko staram, a ona robi z tego dramat.
– Nie robię dramatu – odparłam. – Stawiam granicę.
Spojrzałam na męża i po raz pierwszy nie zobaczyłam w nim chłopca przywiązanego do matki. Zobaczyłam mężczyznę, który musi wybrać.
– Mamo – zaczął powoli – powinnaś była zapytać.
Teściowa zmarszczyła brwi.
– Słucham?
– To jest nasze mieszkanie. Nasze decyzje. Jeśli chcemy jeść kanapki przez tydzień, to będziemy jeść kanapki.
Serce zabiło mi szybciej.
– Paweł… – zaczęła, ale on podniósł rękę.
– Kocham cię, mamo. Ale nie możesz przychodzić bez zapowiedzi i mówić Karolinie, jak ma żyć. To jest moja żona.
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam własny oddech. Maria przez chwilę patrzyła na syna, jakby widziała go pierwszy raz. Potem odwróciła się do mnie.
– Nie chciałam źle – powiedziała chłodno. – Chciałam, żeby było lepiej.
– Dla kogo? – zapytałam łagodniej niż wcześniej.
Nie odpowiedziała. Wzięła torebkę i skierowała się do drzwi. Kiedy wyszła, usiadłam na krześle. Ręce wciąż mi drżały.
– Dziękuję – szepnęłam.
Paweł usiadł naprzeciwko.
– Przepraszam, że tak długo milczałem. Bałem się ją zranić.
– A mnie? – zapytałam.
Spuścił wzrok.
– Nie myślałem, że to aż tak boli.
Tego wieczoru nie jedliśmy ani jej sosu, ani mojego obiadu. Zrobiliśmy herbatę i długo rozmawialiśmy. Po raz pierwszy szczerze.
Chciałam zacząć od nowa
Przez kilka dni po tamtym wtorku panowała cisza. Teściowa nie dzwoniła, nie pisała. Paweł chodził zamyślony, jakby ważył każde słowo, które wypowiedział w kuchni. Ja z kolei czułam ulgę, ale też napięcie. Wiedziałam, że to nie koniec, tylko przerwa przed czymś ważnym. W końcu zadzwonił telefon.
– Przyjedziecie w niedzielę? – usłyszałam głos pani Marii. – Chciałabym porozmawiać.
Paweł spojrzał na mnie pytająco. Skinęłam głową. Uciekanie niczego by nie rozwiązało. Siedzieliśmy przy jej stole, tym samym, przy którym tyle razy słuchałam opowieści o tym, jaki Paweł był jako chłopiec. Tym razem nie było rosołu. Tylko kawa i napięcie wiszące w powietrzu.
– Przemyślałam pewne rzeczy – zaczęła teściowa, splatając dłonie. – Może za bardzo chciałam być potrzebna.
Milczałam. Paweł też.
– Kiedy Paweł się wyprowadził, dom zrobił się pusty – mówiła dalej. – A ja nie potrafiłam się z tym pogodzić. Więc próbowałam… nadal być w jego życiu tak, jak wcześniej.
Spojrzała na mnie.
– To nie było wymierzone w ciebie. Ja po prostu nie miałam się odnaleźć.
To nie było przeprosiny, ale pierwszy raz usłyszałam w jej głosie coś innego niż wyższość.
– Rozumiem, że trudno jest odpuścić – odpowiedziałam spokojnie. – Ale kiedy mówiła pani, że Paweł ma „standardy”, czułam się, jakbym ciągle musiała coś udowadniać.
Teściowa westchnęła.
– Wychowałam go najlepiej, jak umiałam. Chciałam, żeby miał wszystko. I bałam się, że ktoś mu to odbierze.
– Nikt mi niczego nie odbiera – wtrącił Paweł stanowczo. – Mamo, ja wybrałem Karolinę. I chcę z nią budować własne życie. Nie twoje. Nie jej mamy. Nasze.
Zapadła cisza. Długa, ciężka. Pani Maria powoli skinęła głową.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Będę dzwonić, zanim przyjdę. I… spróbuję nie komentować waszych obiadów.
Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Nieufnego, ale szczerego. Nie stałyśmy się nagle przyjaciółkami. Nadal bywały chwile, gdy wbijała drobne szpilki, a ja musiałam gryźć się w język. Ale granica została wyznaczona, a Paweł już nie milczał. Kilka tygodni później zaprosiłam ją na obiad i postawiłam na stole rosół. Z dokładnie taką ilością natki, jaką uważałam za właściwą. Spróbowała.
– Dobry – powiedziała krótko.
Paweł uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo. To jedno zdanie przy rosole kiedyś wszystko popsuło. Teraz inne, równie krótkie, pokazało mi, że można zacząć od nowa. Nie jako rywalki, ale jako dwie kobiety, które uczą się dzielić jednego mężczyznę – każda na swój sposób.
Karolina, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie wróciłam do rodzinnego domu z kiełkującym nasionkiem. Rodzice zamiast pomóc, wstydzili się przed sąsiadami”
- „Remont mieszkania pożarł nasze oszczędności. Gdy kasa się skończyła, zostałam sama z pustym kontem i pięknym salonem”
- „Wynajęliśmy pokój, żeby uzbierać na remont mieszkania. Zamiast podliczać oszczędności, liczyłam na romans z lokatorem”

