Reklama

Myślałam, że znam człowieka, z którym dzieliłam łóżko, stół i marzenia przez ostatnie czterdzieści lat. Wierzyłam w jego zapewnienia o potrzebie mentorowania, o niewinnej pomocy zagubionej duszyczce, która stanęła na jego drodze. Cieszyłam się nawet, że na emeryturze odnalazł nową energię, zamiast gnuśnieć przed telewizorem. Moja naiwność kosztowała mnie jednak więcej niż tylko złamane serce. Kiedy prawda wyszła na jaw, okazało się, że cena za jego „drugą młodość” została wystawiona na nasz wspólny rachunek, a walutą była nasza bezpieczna starość.

Cieszyłam się

Wszystko zaczęło się niewinnie, wręcz niezauważalnie, jak rysa na szybie, którą ignorujesz, dopóki nie zmieni się w pęknięcie dzielące świat na pół. Andrzej zawsze był domatorem. Nasze życie po przejściu na emeryturę miało ułożony rytm: poranna kawa, spacer z psem, zakupy na ryneczku, a wieczorem wspólne oglądanie seriali albo rozwiązywanie krzyżówek. Byliśmy zgodnym małżeństwem. Nie idealnym, bo takich nie ma, ale solidnym jak dębowy stół, który stał w naszej jadalni. Przetrwaliśmy wychowanie dwójki dzieci, budowę domu i kilka zawirowań zdrowotnych.

Zmiana nadeszła wraz z wiosną. Andrzej zapisał się do lokalnego domu kultury na warsztaty fotograficzne. Zawsze lubił robić zdjęcia, ale do tej pory ograniczało się to do imienin cioci Wiesi albo naszych wakacji nad morzem. Teraz jednak kupił profesjonalny statyw i zaczął znikać na całe popołudnia.

— Muszę łapać światło, Danusiu — tłumaczył, wiążąc przed lustrem nowy, jedwabny szalik, który kupił sobie bez konsultacji ze mną. — Zrozum, sztuka wymaga poświęceń.

Cieszyłam się. Naprawdę się cieszyłam, że ma pasję. Ja w tym czasie zajmowałam się planowaniem naszego wielkiego marzenia. Od pięciu lat odkładaliśmy każdy grosz na generalny remont naszej letniej altany na działce. Chcieliśmy ją ocieplić, doprowadzić bieżącą wodę i zrobić tam prawdziwy azyl na lato. Mieliśmy specjalne subkonto w banku, nazwane pieszczotliwie „Sielanka”. To była nasza wizja nagrody za lata ciężkiej pracy. Wtedy w naszych rozmowach po raz pierwszy pojawiło się imię Malwina.

To brzmiało logicznie

— Malwina ma niesamowite oko, ale brakuje jej techniki — opowiadał Andrzej przy kolacji, nakładając sobie sałatkę. Zrezygnował z ziemniaków i tłustych mięs, twierdząc, że musi dbać o sylwetkę. Schudł, wyprostował się, zaczął używać perfum, które dotąd stały zakurzone na półce.

— Ile ta Malwina ma lat? — zapytałam pewnego razu, starając się, by mój głos brzmiał obojętnie.

— Dwadzieścia pięć. Jest w wieku naszej Kasi — odpowiedział bez mrugnięcia okiem. — Biedna dziewczyna. Ma talent, ale życie jej nie oszczędzało. Samotna w wielkim mieście, rodzina daleko. Wzięliśmy ją w grupie pod skrzydła, ale wiesz, ja jako najstarszy mam największe doświadczenie. Ona potrzebuje autorytetu.

Uspokoiłam się. Przecież to brzmiało logicznie. Mój mąż, stateczny emerytowany inżynier, po prostu pomagał młodszej koleżance. To było wręcz szlachetne. Zignorowałam fakt, że coraz częściej wychodził z telefonem do łazienki, a ekran jego smartfona, wcześniej leżący swobodnie na stole, teraz zawsze był odwrócony „plecami” do góry.

Pewnego popołudnia, gdy wrócił z pleneru, pachniał inaczej. Nie był to zapach lasu czy łąki, ale słodka, dusząca woń damskich perfum, która wżarła się w jego kurtkę.

— Przytulaliśmy się na pożegnanie, wszyscy się ściskali, bo Malwina dostała wyróżnienie w konkursie powiatowym — wytłumaczył szybko, widząc, jak pociągam nosem. — Nie bądź zazdrosna o dziecko, Danuśka. To by było niesmaczne.

Poczułam się winna. Faktycznie, jak mogłam podejrzewać go o coś niestosownego z dziewczyną, która mogłaby być jego wnuczką? Skarciłam się w myślach i wróciłam do przeglądania katalogów z panelami podłogowymi do naszej altany. Kosztorys remontu rósł, ale wiedziałam, że na „Sielance” mamy uzbieraną pokaźną kwotę. Czułam się bezpiecznie.

Zaprzeczyłam gwałtownie

Mijały miesiące. Andrzej był w domu ciałem, ale duchem przebywał zupełnie gdzie indziej. Nasze rozmowy stały się zdawkowe. Kiedy pytałam, co słychać, odpowiadał półsłówkami, za to potrafił godzinami wisieć na słuchawce, doradzając komuś, domyślałam się komu, w sprawach życiowych.

— Ona nie wie, jak rozliczyć PIT, pomagam jej — mówił.

— Zepsuła jej się pralka, muszę znaleźć fachowca — rzucał innym razem, wychodząc w pośpiechu.

Wątek poboczny, który wtedy wydawał mi się nieistotny, dotyczył naszej córki, Kasi. Kasia przyjechała do nas na weekend z wnukami i od razu wyczuła zmianę w atmosferze.

— Mamo, co się dzieje z tatą? — zapytała, gdy obierałyśmy jabłka na szarlotkę. — Wczoraj widziałam go na mieście. Wchodził do kawiarni z jakąś blondynką. Wyglądali na bardzo… zżytych.

— To koleżanka z kółka fotograficznego, Malwina. Tata jej pomaga — odparłam, broniąc go odruchowo.

Kasia spojrzała na mnie z politowaniem, które zmroziło mi krew w żyłach.

— Mamo, on jej otwierał drzwi i poprawiał włosy, które wywiało jej na twarz. Tak nie zachowuje się mentor. Tak zachowuje się zakochany facet.

Zaprzeczyłam gwałtownie. Kłóciłyśmy się wtedy. Powiedziałam córce, że przesadza, że jest przewrażliwiona. Kasia wyjechała obrażona, a ja zostałam sama z narastającym lękiem. Żeby zagłuszyć myśli, postanowiłam przyspieszyć remont altany. Umówiłam ekipę budowlaną na wycenę. Potrzebowali zaliczki na materiały. To był ten moment. Moment, w którym musiałam zalogować się do banku.

Poczułam fizyczny ból

Andrzej zawsze zajmował się naszymi finansami, ale konta mieliśmy wspólne. Ufaliśmy sobie. Znałam hasła, choć rzadko z nich korzystałam, bo to on robił opłaty. Usiadłam przy biurku, włożyłam okulary i wpisałam dane logowania. Chciałam przelać pięć tysięcy złotych z konta oszczędnościowego „Sielanka” na rachunek bieżący, by wypłacić gotówkę dla majstra. Kliknęłam w zakładkę oszczędności.

Liczba, którą zobaczyłam, nie miała sensu. Zamrugałam, przetarłam ekran rękawem swetra, myśląc, że to jakiś błąd wyświetlania. Stan konta: 243,50 zł. Serce zaczęło mi bić tak mocno, że słyszałam je w uszach. Gdzie jest reszta? Gdzie jest nasze sześćdziesiąt tysięcy złotych, które odkładaliśmy przez pięć lat? Z drżącymi dłońmi weszłam w historię operacji.

Lista przelewów ciągnęła się w nieskończoność. Nie były to jednorazowe, wielkie kwoty, które od razu rzuciłyby się w oczy. To był strumień pieniędzy wypływający regularnie, tydzień po tygodniu.

„Opłata za czynsz – Malwina”, 2500 zł.

„Kurs marketingu internetowego”, 1800 zł.

„Sprzęt foto – obiektyw”, 4500 zł.

„Pomoc dentystyczna”, 3000 zł.

Data po dacie. Miesiąc po miesiącu. Andrzej finansował całe życie tej dziewczyny. Opłacał jej mieszkanie, jej ubrania, jej wyjazdy, jej edukację. I to wszystko z pieniędzy, które miały być naszą bezpieczną przystanią. Z pieniędzy, które odkładaliśmy, rezygnując z własnych przyjemności. Pamiętam, jak rok temu odmówiłam sobie zakupu nowego płaszcza, bo „trzeba oszczędzać na dach do altany”. A on w tym samym tygodniu przelał dwa tysiące na „naprawę auta” dla Malwiny.

Poczułam fizyczny ból w klatce piersiowej. To nie była tylko zdrada emocjonalna. To była kradzież. Okradł mnie z poczucia bezpieczeństwa, z mojej pracy, z mojej przyszłości. Siedziałam przed tym ekranem, jak skamieniała, dopóki nie usłyszałam trzasku drzwi wejściowych. Andrzej wrócił. Gwizdał wesołą melodię.

Odskoczyłam jak oparzona

Wszedł do pokoju, niosąc siatkę z zakupami. Zobaczył mnie przy komputerze i jego twarz momentalnie poszarzała. Melodia urwała się w połowie taktu.

— Danusiu? Co robisz?

Powoli odwróciłam monitor w jego stronę. Wskazałam palcem na saldo konta „Sielanka”.

Gdzie są pieniądze, Andrzeju? — zapytałam. Mój głos był dziwnie spokojny, chłodny, jakby należał do kogoś innego.

Andrzej postawił siatkę na podłodze. Wyprostował się, ale unikał mojego wzroku.

— Mogę to wyjaśnić. To nie jest tak, jak myślisz.

— A jak jest? — Wstałam. – Czytasz te przelewy? Czynsz dla Malwiny? SPA? Dentysta? Ty utrzymujesz młodą kochankę z naszych oszczędności życia!

— To nie jest kochanka! — krzyknął, robiąc się czerwony na twarzy. — Nic między nami nie było w sensie fizycznym! Przysięgam na życie naszych dzieci! To czysta przyjaźń! Ona… ona miała trudną sytuację. Groziła jej eksmisja. Miała depresję. Musiałem jej pomóc.

— Sześćdziesiąt tysięcy złotych? — zaśmiałam się histerycznie. — Pomogłeś jej za cenę naszego spokoju? Za cenę mojego zaufania?

Podszedł do mnie, próbując złapać mnie za ręce, ale odskoczyłam jak oparzona.

— Zrozum, Danusia… Przy niej czułem się potrzebny. Czułem się kimś ważnym. Ona patrzyła na mnie jak na boga, jak na wybawcę. Ty… ty zawsze jesteś taka zaradna, taka silna. Ty mnie nie potrzebujesz. A ona beze mnie by zginęła.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż widok pustego konta.

— Więc kupiłeś sobie jej podziw? — zapytałam cicho. — Zapłaciłeś naszymi pieniędzmi za to, żeby poczuć się męskim bohaterem? Zabrałeś mi marzenia o spokojnej starości, żeby karmić swoje ego u boku dziewczyny, która doiła cię jak bankomat?

Andrzej spuścił głowę.

— Oddam ci to. Wszystko oddam. Wezmę pożyczkę…

— Z czego ją spłacisz? Z emerytury? — przerwałam mu brutalnie. — Nie masz nic. Wszystko, co mieliśmy, było wspólne. A ty postanowiłeś jednostronnie, że priorytetem jest wygoda obcej kobiety, a nie twoja żona.

— Myślałem, że to inwestycja… że ona stanie na nogi i odda… — bełkotał, ale widziałam w jego oczach, że sam w to nie wierzy.

Wtedy zrozumiałam, że zdrada fizyczna byłaby dla mnie chyba łatwiejsza do przełknięcia. Gdyby poszedł z nią do łóżka raz czy dwa, byłby to impuls, chwilowe szaleństwo ciała. Ale to? To było systematyczne, zaplanowane oszustwo. Każdy przelew był świadomą decyzją: „Ona jest ważniejsza niż Danuta”. Każde kłamstwo o naprawie pralki czy pomocy w PIT-cie było cegłą w murze, którym odgrodził się od naszej rodziny.

Straciłam oszczędności życia

Przez kolejne dni Andrzej próbował mnie udobruchać. Przynosił kwiaty, płakał, klękał. Okazało się, że Malwina, gdy tylko strumień gotówki wysechł i dowiedziała się, że sprawa wyszła na jaw, nagle „otrzymała ofertę pracy w innym mieście” i zerwała kontakt. Jego wielka przyjaźń, jego muza, zniknęła szybciej niż poranna mgła, zostawiając go z długami i zrujnowanym małżeństwem.

Patrzyłam na niego i nie widziałam już mężczyzny, którego kochałam. Widziałam żałosnego, starszego pana, który dał się omamić własnej próżności. Nie mogłam z nim zostać. Nie mogłam patrzeć na meble w naszym domu i zastanawiać się, czego jeszcze nie sprzedał. Nie mogłam spać obok kogoś, kto okradł mnie z poczucia bezpieczeństwa. Wyprowadziłam się do Kasi.

Córka przyjęła mnie bez słowa wyrzutu, choć widziałam w jej oczach smutek. Zostawiłam dom, ogród i altanę, której nigdy nie wyremontujemy. Rozwód jest w toku. Walczę o podział majątku, choć wiem, że odzyskanie pieniędzy będzie trudne. Andrzej został sam w dużym, pustym domu, którego nie jest w stanie utrzymać, bo większość emerytury pochłaniają teraz raty kredytu, który wziął, by spłacić mi choć część skradzionej kwoty — taki był warunek, bym nie zgłosiła sprawy na policję.

Ostatnio spotkałam go na ulicy. Szedł zgarbiony, w starym płaszczu. Nie było już śladu po nowym szaliku czy markowych perfumach. Chciał podejść, ale odwróciłam wzrok. Straciłam oszczędności życia. Straciłam męża. Ale odzyskałam coś innego — szacunek do samej siebie. Nie pozwoliłam, by zrobiono ze mnie ofiarę, która godzi się na bycie planem B. Dziś, siedząc w małym, wynajętym mieszkaniu, piję herbatę i planuję własną przyszłość. Skromniejszą, ale prawdziwą. I nikt mi już nie wmówi, że miłość wymaga finansowania cudzych zachcianek.

Moja historia jest gorzką lekcją, ale mam nadzieję, że otworzy oczy innym kobietom. Zaufanie jest piękne, ale kontrola, jak się okazuje, niezbędna, nawet po czterdziestu latach małżeństwa. Nie żałuję, że odeszłam. Żałuję tylko, że nie zajrzałam na to konto rok wcześniej.

Danuta, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama