Reklama

Mój mąż od dwóch lat pracował w dużej firmie konsultingowej. Nigdy wcześniej nie przynosił tyle pieniędzy do domu, a ja w końcu mogłam pozwolić sobie na życie, o jakim zawsze marzyłam. Nowe torebki, wakacje dwa razy do roku, kolacje w dobrych restauracjach. Przestałam się czepiać jego spóźnień, wyjazdów służbowych, zapachu kobiecych perfum na jego koszuli. Wiedziałam, że coś się dzieje. Że jego szefowa nie tylko daje mu premie. Ale w pewnym momencie przestało mnie to obchodzić. Bo odkryłam, że ta sytuacja... może mi się bardzo opłacać.

Gra pozorów

Zaczęło się od drobnych rzeczy. Zostawiał telefon ekranem do dołu, nie odbierał, kiedy dzwoniłam wieczorem, i coraz częściej wracał późno do domu, tłumacząc się naradami i „nieprzewidzianym” spotkaniem z klientem. Uśmiechał się przy tym z lekkością, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. Nie pytałam. Wiedziałam, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego od razu.

– Byłaś dziś u fryzjera? – zapytał raz, rzucając okiem na moją fryzurę.

– Tak, zauważyłeś? – ucieszyłam się, bo ostatnio był zupełnie nieobecny.

– Jasne. Ładnie wyglądasz – powiedział mechanicznie, zerkając na telefon.

To wtedy dotarło do mnie, że nie słucha. Że jest duchem gdzie indziej. W jego oczach nie było już ciekawości, tylko obowiązek. Jakby odgrywał rolę męża, bo tak wypada. A ja? Odgrywałam rolę żony, której zależy. Choć w środku już wtedy czułam, że coś mi się nie zgadza. Że może nie chcę być tą skrzywdzoną, która będzie cicho płakać w poduszkę. Może mogę to rozegrać inaczej.

Zaczęłam obserwować. Kiedy bierze prysznic, czy zabiera ze sobą telefon. Jak się ubiera do pracy – czy dba bardziej o wygląd niż zwykle. Z każdym tygodniem moje podejrzenia tylko się potwierdzały. A mimo to, zamiast konfrontacji, zaczęłam planować. Pojawiła się we mnie dziwna, zimna kalkulacja. Bo jeśli już miałam być zdradzana, to przynajmniej z klasą. I z korzyścią.

Kłamstwa pachną jak perfumy

Pewnego wieczoru wrócił z pracy później niż zwykle. Miał nieco potargane włosy, pachniał intensywnym damskim zapachem, a jego koszula była ledwo dopięta na wysokości szyi. Patrzyłam na niego z kuchni, mieszając sos do makaronu, jakby był postacią z serialu, którego nie do końca rozumiem, ale oglądam dalej z przyzwyczajenia.

Przepraszam, przeciągnęło się – rzucił od niechcenia, rzucając teczkę na kanapę.

– Dużo pracy? – zapytałam, nie odrywając wzroku od garnka.

– Tak, z Sylwią siedzieliśmy nad raportem do późna.

Sylwia. To jej imię zaczęło pojawiać się coraz częściej. W opowieściach, w anegdotkach z pracy, w przypadkowych wzmiankach. Udawałam, że nie zauważam tej częstotliwości. Choć wiedziałam, że to nie przypadek. Następnego dnia znalazłam w kieszeni jego marynarki paragon z drogiej restauracji. Kolacja dla dwóch, w środku tygodnia, o godzinie dwudziestej drugiej. Nie byli tam z klientem, wiedziałam to. Klienci nie zostawiają śladów w kieszeniach.

Wrzuciłam paragon z powrotem. Bez słowa. Bez awantury. Wieczorem, gdy przyniósł mi bukiet kwiatów „tak po prostu”, po raz pierwszy od dawna, zrozumiałam, że on wie, że ja wiem. I że liczy na to, że nic z tym nie zrobię. Nie zamierzałam mu tego ułatwiać. Uśmiechnęłam się, wzięłam kwiaty i pocałowałam go w policzek. Zagrałam dokładnie tak, jak chciał. I zaczęłam przygotowywać się do swojej własnej gry.

Graliśmy swoje role

Zaczęłam dbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zainwestowałam w zabiegi, ubrania, trenerkę personalną. Nie robiłam tego, by go odzyskać. Robiłam to dla siebie. I dla tej nowej roli, którą postanowiłam przyjąć. Żony, która wie, ale udaje, że nie wie. Żony, która korzysta z dobrodziejstw sytuacji.

Pieniądze na karcie? Zawsze dostępne. Chciałam nową sukienkę? Kupowałam. Masaż, kolacja z przyjaciółką, weekend w spa – nigdy nie pytał, ile to kosztuje. Chyba miał poczucie winy, które rekompensował. I bardzo dobrze.

– Coś ty się tak wystroiła? – zapytał raz, widząc mnie wychodzącą z domu w obcisłej czerwonej sukience.

– Mam spotkanie z koleżankami. A może jesteś zazdrosny? – rzuciłam, z lekkim uśmieszkiem.

– Nie… znaczy… wyglądasz świetnie – odparł, zaskoczony.

To był moment, w którym po raz pierwszy od dawna zobaczyłam w jego oczach cień niepokoju. Jakby nagle poczuł, że nie ma już nade mną pełnej kontroli. I dobrze. Bo nie miał. Byliśmy jak aktorzy w sztuce, która toczy się już za długo. On grał zakochanego męża, ja wdzięczną żonę. Publiczność by nam uwierzyła. Ale za kulisami każde z nas miało swój własny plan.

Wiedziałam, że nie zakochał się we mnie na nowo. Wiedziałam, że po kolacjach ze mną odbierał wiadomości od niej. I nie przeszkadzało mi to. Bo on też już nie był miłością mojego życia. Był źródłem. Finansowym.

Cena wygodnego życia

Z czasem nasze rozmowy zaczęły przypominać wymianę informacji między współlokatorami. O której wychodzisz? Kto odbierze pranie? Gdzie jest klucz do piwnicy? Bez kłótni, bez czułości, bez prawdziwego zainteresowania. Żyliśmy obok siebie, w dużym mieszkaniu, pełnym drogich sprzętów, a mimo to czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Tylko że już nie cierpiałam. Przyzwyczaiłam się. Ceniłam stabilność bardziej niż bliskość.

Któregoś dnia zapytałam:

– Myślałeś kiedyś o dziecku?

Zbladł. Zaskoczyłam go. Wiedziałam, że w tym momencie jego myśli poleciały do niej. Do Sylwii. Czy z nią to planował? Czy ją traktował jak przyszłość?

– Nie wiem… to chyba nie jest najlepszy moment – odpowiedział po dłuższej chwili.

Skinęłam głową. Nie planowałam dziecka. Chciałam tylko zobaczyć jego reakcję. I upewnić się, że nie zamierza odejść. Że nadal będzie ten układ podtrzymywać. Że będę mogła dalej korzystać z życia, jakie sobie urządziłam. Za jego pieniądze. Z jego winy.

Czasem zastanawiałam się, jak to wygląda z boku. Czy sąsiedzi widzą parę, która udaje, że wszystko gra? Czy może myślą, że jesteśmy jednym z tych małżeństw, które po prostu „dobrze się urządziły”? Prawda była bardziej skomplikowana. Ja byłam zbyt dumna, żeby odejść. On zbyt wygodny, żeby coś zmieniać.

Wiedzieliśmy o sobie wystarczająco dużo, żeby się wzajemnie nie ranić, ale nie na tyle, by się jeszcze interesować. Tyle że dla mnie to było w sam raz. Bo wiedziałam, gdzie leży moja korzyść.

Granice dawno się zatarły

Minął ponad rok, odkąd po raz pierwszy podejrzewałam, że mnie zdradza. Dziś nie miałam już żadnych wątpliwości. W jego spojrzeniu nie było wstydu. Była obojętność. Jakbyśmy zawarli ciche porozumienie: ty mnie nie pytasz, ja ci nie przeszkadzam.

Widziałam ich razem raz. Przez przypadek. W centrum, w kawiarni, gdzie zaszłam po nowy płaszcz. Ona śmiała się z czymś w jego telefonie, a on patrzył na nią jak kiedyś na mnie. Prawie mnie to zabolało. Prawie. Zamówiłam kawę i usiadłam tak, by mnie nie zauważyli. Obserwowałam ich spokojnie. Nie czułam złości. Raczej coś w rodzaju ulgi. Miałam już dowód, nie domysły. I nadal nie chciałam z tym nic robić.

Wieczorem, kiedy wrócił, przywitał mnie całusem w czoło.

– Dobry dzień? – zapytał.

– Tak. Kupiłam sobie coś fajnego – odpowiedziałam, pokazując nową torebkę.

Uśmiechnął się. Nawet nie zapytał, ile kosztowała. On wiedział, że wiem. A ja wiedziałam, że on wie, że nie zamierzam mu tego wypominać.

Czy to była gra? Może. Czy godna pogardy? Dla niektórych pewnie tak. Tylko że ja nie chciałam rezygnować z wygody. On dawał mi bezpieczeństwo, a ja nie wnikałam, co robi po godzinach. Każde z nas miało swoją wolność. Tylko granice między nami dawno przestały istnieć. I nikomu to nie przeszkadzało.

Nikt tu nie jest bez winy

Nie mam złudzeń. To nie jest historia o miłości, która przetrwała wszystko. To historia o układzie, w którym każde z nas znalazło coś, co mu odpowiadało. On miał romans i dom, w którym nikt nie robił mu wyrzutów. Ja miałam luksus, spokój i możliwość zamknięcia oczu na rzeczy, które kiedyś by mnie zraniły.

Czasem ktoś pyta, czy jestem szczęśliwa. Odpowiadam, że tak. Bo z zewnątrz wszystko wygląda perfekcyjnie. I może właśnie o to chodzi. Nie zawsze trzeba mieć wielką namiętność, by czuć się spełnioną. Czasem wystarczy, że niczego ci nie brakuje.

Nie wyobrażam sobie teraz życia bez tej niezależności, którą osiągnęłam… dzięki niemu. Paradoksalnie, jego zdrada dała mi więcej, niż mogłabym dostać w uczciwym małżeństwie. Zrozumiałam, że lojalność to nie zawsze oddanie. Czasem to umiejętność trzymania się swojej roli, nawet jeśli wszystko wokół to teatr.

Nie chcę, żeby odchodził. Nie dlatego, że go kocham. Po prostu wiem, że nikt inny nie da mi tego, co on. I może to brzmi zimno, wyrachowanie – ale tak wygląda moje życie. I nauczyłam się w nim funkcjonować. Z podniesioną głową. Może kiedyś to się skończy. Może odejdzie. Może ja odejdę. Ale do tego czasu – będę korzystać. Tak długo, jak długo mogę.

Izabela, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama