Reklama

Wiedziałem o wszystkim od dokładnie sześćdziesięciu dni. Widziałem powiadomienia na jej telefonie, kiedy myślała, że śpię. Znałem imię, znałem miejsca, w których się spotykali, a nawet potrafiłem rozpoznać dni, kiedy wracała od niego, a nie z biura. Każdy inny mężczyzna na moim miejscu pewnie urządziłby scenę, która wstrząsnęłaby fundamentami naszego bloku. Krzyki, rzucanie talerzami, pakowanie walizek w amoku. Ja jednak poczułem coś zupełnie innego. Zamiast gorącej fali wściekłości, ogarnął mnie lodowaty spokój. Postanowiłem nie robić absolutnie nic. A przynajmniej nic, czego mogłaby się spodziewać. Zamiast ataku, wybrałem czułość. To była gra, której reguły ustalałem na bieżąco, nie wiedząc jeszcze, że milczenie bywa najlepszą opcją.

Nie chciałem słuchać kłamstw

Pamiętam ten wieczór z fotograficzną dokładnością. Był czwartek, zwykły, szary czwartek, który nie zapowiadał katastrofy. Patrycja brała prysznic. Słyszałem szum wody dobiegający z łazienki, ten monotonny dźwięk, który zazwyczaj mnie uspokajał. Siedziałem w salonie, przeglądając projekt kuchni dla nowego klienta. Jestem architektem wnętrz, detale to moja codzienność. Zauważam, gdy fuga ma inny odcień niż na wzorniku, albo gdy listwa przypodłogowa odstaje o milimetr. Może dlatego zauważyłem też, że jej telefon, leżący na stoliku kawowym, zaświecił się trzy razy w krótkich odstępach czasu.

Zazwyczaj nie ruszałem jej rzeczy. Szanowaliśmy swoją prywatność, to była podstawa naszego siedmioletniego małżeństwa. Ale tym razem coś mnie tknęło. Może to intuicja, a może fakt, że od kilku tygodni była dziwnie nieobecna. Podszedłem do stolika. Na ekranie wyświetlały się fragmenty wiadomości. Nie musiałem odblokowywać urządzenia, by zrozumieć sens. "Tęsknię za wczoraj", "Kiedy powiesz mu o nas?", " Nie mogę przestać o tobie myśleć".

Serce nie zaczęło mi bić szybciej. Przeciwnie, miałem wrażenie, że na chwilę stanęło, a potem ruszyło w zwolnionym, bolesnym rytmie. Odłożyłem telefon dokładnie w to samo miejsce, pod tym samym kątem. Wróciłem na kanapę. Kiedy Patrycja wyszła z łazienki, owinięta ręcznikiem, pachnąca swoim drogim balsamem, spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się.

– Zrobisz mi herbaty? – zapytała, nieświadoma, że właśnie w tej sekundzie nasze małżeństwo przestało istnieć w formie, jaką znała.

– Oczywiście, kochanie – odpowiedziałem.

Mój głos nie zadrżał. Wstałem i poszedłem do kuchni, nastawiając wodę. Patrzyłem na błękitny płomień gazu i układałem plan. Nie chciałem konfrontacji. Nie chciałem słuchać kłamstw, tłumaczeń, zapewnień, że to pomyłka. Chciałem zobaczyć, jak daleko się posunie.

Stałem się mężem idealnym

Przez kolejne tygodnie stałem się mężem idealnym. To wymagało ode mnie nadludzkiego wysiłku aktorskiego, ale z każdym dniem wchodziłem w tę rolę coraz głębiej. Zacząłem od małych rzeczy. Naprawiłem kapiący kran w kuchni, o który prosiła mnie od pół roku. Wymieniłem żarówki w przedpokoju na te o cieplejszej barwie, którą tak lubiła. Wracałem wcześniej z pracy, żeby przygotowywać kolacje. Pewnego popołudnia wróciła z pracy spóźniona. Wiedziałem dlaczego. Jej włosy były w lekkim nieładzie, a makijaż, zazwyczaj perfekcyjny, wymagał poprawki. Weszła do domu spięta. Miała przygotowaną wymówkę, widziałem to w jej oczach. Pewnie chciała powiedzieć o korkach albo przedłużającym się zebraniu.

– Cześć, skarbie – powiedziałem, wychodząc jej na spotkanie.

Wziąłem od niej płaszcz i powiesiłem go na wieszaku.

– Wyglądasz na zmęczoną. Usiądź, zrobiłem zapiekankę, którą lubisz.

Zatrzymała się w pół kroku. Jej twarz wyrażała kompletne zaskoczenie. Spodziewała się pytań: Gdzie byłaś? Dlaczego nie odbierałaś? A dostała ciepły posiłek i uśmiech.

– Dziękuję – wydukała, siadając przy stole.

Obserwowałem ją kątem oka, krojąc warzywa na sałatkę. Jadła w milczeniu, co chwilę na mnie zerkając. Czułem jej niepokój. Mój spokój był dla niej czymś nienaturalnym, czymś, co nie pasowało do jej scenariusza zdrady. W moim biurze projektowym koledzy narzekali na swoje żony, na kłótnie o pieniądze, o brak czasu. Ja milczałem. Nie mogłem im powiedzieć, że w moim domu panuje idealna harmonia, która jest tylko fasadą dla gnijącej prawdy. Każdy mój gest dobroci był jak kolejna cegła w murze, którym się otaczałem. Kupowałem jej ulubione czasopisma. Pytałem o samopoczucie jej matki, za którą nie przepadałem. Słuchałem jej opowieści o problemach w pracy z uwagą, jakiej nie okazywałem jej od lat.

Przestań być taki...

Najtrudniejsze były noce. Leżeliśmy obok siebie w łóżku, a między nami była przepaść wielkości oceanu. Ona często pisała do niego, leżąc plecami do mnie. Widziałem poświatę ekranu na ścianie. Udawałem, że śpię. Rano witałem ją zapachem świeżej kawy i tostów. Pewnego weekendu zaproponowałem wyjazd.

– Pamiętasz ten domek w górach, o którym marzyłaś? Zarezerwowałem go na przyszły miesiąc – powiedziałem przy śniadaniu, kładąc przed nią wydruk rezerwacji.

Patrycja zbladła. Ręka, w której trzymała kubek, lekko zadrżała. Spojrzała na mnie wzrokiem, w którym mieszały się strach i poczucie winy.

– Naprawdę? – zapytała cicho. – Ale to drogie miejsce. Mówiłeś, że musimy oszczędzać na remont.

– Zasługujesz na to – odpowiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. – Ciężko pracujesz. Ostatnio jesteś taka spięta. Chcę, żebyś odpoczęła.

Bycie dobrym stało się moją formą odwetu. Widziałem, jak męczy się z własnym sumieniem. Gdybym zrobił awanturę, dałbym jej powód do odejścia. Mogłaby powiedzieć: Mateusz to awanturnik, nie rozumie mnie, kłócimy się, dlatego szukam pocieszenia gdzie indziej. Ale ja nie dawałem jej tego argumentu. Byłem wspierający. Byłem obecny. Byłem bez zarzutu. To sprawiało, że jej zdrada nie miała usprawiedliwienia w moich wadach. Musiała zmierzyć się z faktem, że krzywdzi kogoś, kto – w jej mniemaniu – stara się bardziej niż kiedykolwiek.

Zaczęła być drażliwa. Mój spokój ją prowokował. Szukała zaczepki, byle tylko wywołać kłótnię, która pozwoliłaby jej rozładować napięcie.

– Dlaczego te kubki znowu stoją nie na tej półce? – warknęła pewnego wieczoru, otwierając szafkę.

– Przepraszam, kochanie. Już przestawiam – powiedziałem łagodnie, podchodząc i poprawiając naczynia.

– Przestań mnie przepraszać! – krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Przestań być taki... taki idealny!

Jestem po prostu twoim mężem – odparłem spokojnie, nie podnosząc głosu. – Chcę, żeby było ci dobrze.

Wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami. Słyszałem, jak płacze w sypialni. Nie poszedłem jej pocieszać. Zostałem w kuchni, dopijając zimną herbatę. Czułem gorzką satysfakcję, ale też ogromny smutek. Bo mimo wszystko, mimo tej gry, wciąż ją kochałem. I to bolało najbardziej. Że ta wersja mnie, którą teraz prezentowałem, była tą, której ona pragnęła przez lata, a ja dałem jej to dopiero wtedy, gdy wszystko straciło sens.

Dobry z niego chłopak

Wątki poboczne mojego życia zaczęły splatać się w jedną całość. W pracy dostałem awans, o który walczyłem od dwóch lat. Powinienem świętować, skakać z radości. Zamiast tego czułem pustkę. Moi rodzice, którzy uwielbiali Patrycję, zaprosili nas na obiad z okazji rocznicy ich ślubu. Patrzyłem na nich – byli razem czterdzieści lat. Trzymali się za ręce, żartowali. Zastanawiałem się, czy oni też mieli takie sekrety. Czy ojciec kiedyś milczał, gdy wiedział? Czy matka uśmiechała się przez łzy? Na tym obiedzie Patrycja wyglądała jak cień samej siebie. Schudła, miała podkrążone oczy. Moja matka zapytała z troską:

– Pati, czy wszystko w porządku? Wyglądasz mizernie.

– Dużo pracy – odpowiedziała Patrycja, unikając mojego wzroku.

– Mateusz tak o ciebie dba – dodał ojciec, klepiąc mnie po ramieniu. – Opowiadał nam, że zabiera cię w góry. Dobry z niego chłopak.

Widziałem, jak Patrycja przełyka ślinę z trudem. Każde miłe słowo o mnie było dla niej cios. To był ten moment, kiedy zrozumiałem, że ona już nie wytrzyma długo. Człowiek jest w stanie znieść gniew innej osoby, ale bardzo trudno jest znieść jej bezwarunkową dobroć w obliczu własnej podłości. Po powrocie do domu usiedliśmy w salonie. Telewizor grał cicho, jakiś program przyrodniczy o drapieżnikach. Idealne tło. Patrycja krążyła po pokoju, poprawiała poduszki, przestawiała wazon.

– Mateusz... – zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle.

– Tak? – podniosłem wzrok znad książki. Byłem oazą spokoju.

Musimy porozmawiać.

– Oczywiście. Coś się stało w pracy? – zapytałem, choć wiedziałem, że nie o pracę chodzi.

Nie w pracy. Chodzi o nas.

Serce zaczęło mi bić mocniej, ale nie dałem tego po sobie poznać. Odłożyłem książkę na stolik, dokładnie wyrównując ją do krawędzi blatu.

– Słucham cię – powiedziałem.

To już nie ma znaczenia

Patrycja usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Nie patrzyła mi w oczy. Wpatrywała się w swoje dłonie, które splatała i rozplatała nerwowo.

– Ja... ja nie wiem, jak to powiedzieć – zaczęła drżącym głosem. – Jesteś dla mnie taki dobry. Ostatnio jesteś po prostu... nie poznaję cię. Starasz się, dbasz o dom, o mnie.

– Staram się, bo jesteś moją żoną – przerwałem jej łagodnie.

– Właśnie! – wykrzyczała, podrywając się z fotela. – Jesteś wspaniały, a ja... ja jestem okropna. Nie mogę tak dłużej żyć, Mateusz. Nie mogę patrzeć ci w oczy, kiedy robisz mi rano kawę. Nie mogę znieść tego, że naprawiasz krany i kupujesz mi prezenty.

– Dlaczego? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. Chciałem, żeby to powiedziała. Chciałem, żeby to wybrzmiało w tym pokoju, który tak starannie urządzałem.

Zaczęła płakać. To nie był cichy płacz, to był szloch.

– Poznałam kogoś – wydusiła z siebie. – To trwa od trzech miesięcy. Spotykamy się po pracy. Czasami, gdy mówię ci, że jadę do matki, jadę do niego.

Czekała na wybuch. Ale ja siedziałem nieruchomo. Moja twarz była maską. Cisza przedłużała się w nieskończoność. Tylko zegar na ścianie tykał głośno. Sekundy mijały jak godziny.

– Dlaczego nic nie mówisz?! – krzyknęła zrozpaczona. – Krzycz na mnie! Wyrzuć mnie z domu! Zrób coś! Nienawidzę tego twojego spokoju!

Wstałem powoli. Podszedłem do okna i spojrzałem na ulicę. Latarnie oświetlały chodnik.

– Wiem – powiedziałem cicho, nie odwracając się.

Szloch ustał nagle.

– Co? – zapytała szeptem.

– Wiem, Patrycja. Wiem od dwóch miesięcy.

Poczułem na plecach jej wzrok. Był pełen przerażenia i niedowierzania.

– Wiesz? Ale... jak to? I nic nie zrobiłeś? Robiłeś mi kolacje, byłeś miły, planowałeś wyjazd... wiedząc?

Odwróciłem się do niej. Byłem zmęczony. Cała ta gra, to udawanie, wyssało ze mnie energię. Tak. Chciałem zobaczyć, czy masz w sobie na tyle przyzwoitości, żeby przerwać to sama. Albo żeby mi powiedzieć. Chciałem zobaczyć, jak długo będziesz potrafiła patrzeć mi w twarz i kłamać, przyjmując jednocześnie moją troskę. Patrycja osunęła się z powrotem na fotel. Wyglądała na zniszczoną. Moja strategia zadziałała lepiej, niż jakakolwiek awantura. Zabrałem jej rolę ofiary nieszczęśliwego małżeństwa. Została tylko z rolą zdrajczyni, która oszukiwała człowieka starającego się o jej szczęście.

– Mateusz, ja... przepraszam. To się skończyło, ja to zakończę, obiecuję... – zaczęła mówić szybko, chaotycznie.

Nie musisz nic obiecywać – powiedziałem. – To już nie ma znaczenia.

Nie chcę już być twoim mężem

W tamtym momencie zrozumiałem, że moje uczucie do niej wypaliło się w trakcie tych dwóch miesięcy udawania. Kiedy codziennie rano robiłem jej kawę, wiedząc, że wieczorem całowała innego, kawałek po kawałku znikała cała miłość. Teraz, gdy prawda wyszła na jaw, nie czułem ulgi, ani chęci walki o nas. Czułem tylko chłód. Patrycja płakała jeszcze długo, próbując tłumaczyć, wyjaśniać, błagać o szansę. Mówiła o zagubieniu, o rutynie, o tym, że on był tylko odskocznią. Ale ja byłem już gdzieś indziej.

Myślałem o tym, że muszę odwołać rezerwację domku w górach. Myślałem o tym, jak podzielimy książki i płyty. Mój architektoniczny umysł już projektował nową przestrzeń – przestrzeń tylko dla mnie. Nie wyrzuciłem jej z domu tamtej nocy. Spałem na kanapie. Rano, zanim wstała, spakowałem swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Kiedy weszła do salonu, z oczami opuchniętymi od płaczu, siedziałem już w kurtce.

– Wyprowadzam się – poinformowałem ją rzeczowo. – Mieszkanie jest nasze wspólne, ustalimy co z nim zrobić przez prawników. Na razie możesz tu zostać.

– Mateusz, proszę... możemy jeszcze to naprawić... – łkała, łapiąc mnie za rękaw.

Delikatnie, ale stanowczo uwolniłem rękę z jej uścisku.

– Nie, Patrycja. Nie możemy. Gdybym zrobił ci awanturę wtedy, dwa miesiące temu, może byśmy mieli szansę. Może krzyk oczyściłby atmosferę. Ale ja wybrałem milczenie i obserwację. I to, co zobaczyłem przez te 60 dni, sprawiło, że nie chcę już być twoim mężem. Nie dlatego, że zdradziłaś, ale dlatego, jak łatwo ci przychodziło przyjmowanie mojej miłości, dając w zamian kłamstwo.

Wyszedłem z mieszkania, zamykając za sobą drzwi cicho, bez trzaskania. Zszedłem po schodach, czując, jak z każdym stopniem zrzucam z siebie ogromny ciężar. Na zewnątrz powietrze było rześkie i czyste. Wsiadłem do samochodu, ale nie ruszyłem od razu. Spojrzałem w górę, na nasze okno. Widziałem zarys jej sylwetki za firanką.

Zagrałem w ryzykowną grę. Wygrałem moralnie, ale przegrałem małżeństwo. Jednak, patrząc na to z perspektywy czasu, może to była jedyna droga, by odzyskać szacunek do samego siebie. Nie dałem się sprowadzić do poziomu zazdrosnego furiata. Odszedłem na własnych warunkach, z podniesioną głową, zostawiając ją z ciężarem, którego nie była w stanie udźwignąć – z moją niewykorzystaną dobrocią.

Mateusz, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama