„Wiecznie się spóźniałam i chciałam to zmienić przez postanowienie noworoczne. Było warto, bo dostałam nagrodę od losu”
„Siedziałam już przy stoliku od dwudziestu siedmiu minut, sącząc herbatę z rumieńcem na policzkach – ze złości i z upokorzenia. To ja – ta zawsze spóźniona – byłam dziś na miejscu pierwsza. Kiedy Magda się pojawiła, miałam już przygotowaną mowę”.

– Julia, spokojnie, mamy jeszcze dziesięć minut – rzuciła Magda, jakby dziesięć minut w jej świecie miało jakiekolwiek znaczenie. Usiłowała poprawić tusz do rzęs w lusterku samochodowym, gdy ja nerwowo stukałam palcami o kierownicę. Czekałyśmy na otwarcie wjazdu do parkingu kina, oczywiście już spóźnione.
Byłam mistrzynią ostatnich chwil. Ekspresowe poranki, wieczne „za pięć minut będę”, bieg do windy z niedopitą kawą w ręce. Gdy miałam się z kimś spotkać, wychodziłam z domu wtedy, kiedy powinnam już być na miejscu. Znajomi przywykli, niektórzy nawet czekali z uśmiechem, inni z niezadowoleniem. Mama mówiła, że „nigdy się nie nauczę”, a mój były partner twierdził, że „nie da się z tobą nigdzie umówić bez stresu”.
Wreszcie zaczęło mnie to męczyć. Nie tylko przez to, że nie potrafiłam się zorganizować, ale przez to, że to było coś, co wszyscy o mnie wiedzieli. Stałam się w oczach innych „tą spóźnialską”, jakby to definiowało całe moje życie. Po jednej wyjątkowo niezręcznej kolacji z przyjaciółmi, na którą dotarłam pół godziny po czasie i usłyszałam więcej niż jedno złośliwe „jak zwykle”, poczułam, że mam dość.
Tego wieczoru, gdy wróciłam do domu, usiadłam na kanapie, wyciągnęłam kalendarz i napisałam na jego pierwszej stronie: „Od teraz będę punktualna. Przez cały rok. Choćby nie wiem co”. Nie wiedziałam wtedy, że ta decyzja zmieni całe moje życie.
Teraz to zrozumiałam
– Julia?! – Magda dopadła do stolika z uśmiechem, który miał zatuszować prawie półgodzinne spóźnienie. – Boże, ale dziś korek! A wiesz, że zapomniałam, że teraz te autobusy jeżdżą objazdem?
Siedziałam już przy stoliku od dwudziestu siedmiu minut, sącząc herbatę z rumieńcem na policzkach – ze złości i z upokorzenia. To ja – ta zawsze spóźniona – byłam dziś na miejscu pierwsza. I nie po raz pierwszy od początku stycznia. Kiedy Magda wreszcie się pojawiła, miałam już przygotowaną mowę.
– Magda, nie możesz się tak spóźniać. To jest... – zacięłam się, bo aż głos mi zadrżał. – To jest nie w porządku.
– Oj, Jezu, przecież jestem. Przecież się nic nie stało – roześmiała się i rozpięła płaszcz, jakby właśnie przyszła na pogaduchy przy winie, a nie na spotkanie, które ja traktowałam jak próbę odbudowania naszej przyjaźni po świątecznej ciszy.
– Stało się – powiedziałam ciszej. – Odkąd zaczęłam przychodzić punktualnie, nagle siedzę i czekam. Na ciebie. Na wszystkich.
– Boże, Julka... Serio? Robisz z tego aferę? Przecież całe życie się spóźniałaś, a ja nigdy ci nie robiłam o to scen.
– Wiem – przerwałam. – Chyba dlatego to tak mi przeszkadza. Ja się zmieniłam, a ty nadal liczysz na starą wersję mnie.
Milczała przez chwilę. Potem westchnęła.
– Trochę przesadzasz. To tylko spotkanie.
Wstałam. Zapięłam płaszcz.
– Może już nie jesteśmy tymi samymi ludźmi.
Wyszłam. Po raz pierwszy to Magda została sama przy stoliku.
Już nie chciałam czekać
Pojawiłam się punktualnie, może nawet trzy minuty przed czasem. W naszej ulubionej knajpce zarezerwowałam duży stolik. Zapaliłam świeczkę, rozłożyłam menu, poprawiłam włosy. Byłam gotowa na wieczór z paczką, jak dawniej. Miało być jak zawsze: dużo śmiechu, pizza w środku stołu, rozmowy o głupotach i winie, którego nikt nie potrafił wybrać. Czekałam czterdzieści minut. Zjawili się z harmidrem, z hukiem wiatru, śmiechem, kurtkami zwisającymi z rąk i setką wymówek.
– Sorry, Julka! Był taki bałagan w tramwaju, że... – zaczęła Paula, siadając na krześle naprzeciwko.
– A my nie ogarnęliśmy, że rezerwacja była na dziewiętnastą, nie dziewiętnastą trzydzieści – dodał Michał z uśmiechem. – Ale jesteś! Zawsze ostatnia, a tym razem odwrotnie!
Śmiech. Kilka spojrzeń. Ktoś przybił mu piątkę.
– To teraz ty jesteś naszą zegarową królową, co? – zadrwił ktoś jeszcze.
– No, niedługo będzie ustawiać spotkania na szesnastą, żebyśmy zdążyli na siedemnastą – rzuciła Paula z udawaną słodyczą.
– Przynajmniej ja się staram – powiedziałam. Nie krzyczałam. Nie rzucałam oskarżeń. Miałam w głosie coś, co uciszyło stół.
Zapanowało to głupie, napięte milczenie. Michał chrząknął, jakby chciał przejść do innego tematu.
– Dobra, daj spokój. Zawsze byliśmy trochę chaotyczni. Taki nasz urok, nie?
– Albo brak szacunku. Jak kto woli.
Zamówili pizzę. Ja wypiłam tylko herbatę. Odeszłam zaraz po tym, jak zgasła świeczka.
Przełom przyszedł w ciszy
W bibliotece byłam o 9:59. Sala rezerwacyjna otwierała się o dziesiątej i była dostępna tylko dla tych, którzy zarezerwowali miejsce dzień wcześniej. Miało być piętnaście osób, ale kiedy punktualnie przekroczyłam próg, przy wejściu stały tłumy. Ktoś mruczał pod nosem, że „to pewnie znowu jakieś zamieszanie z zapisami”.
– Przepraszam, pani ma potwierdzenie rezerwacji? – zapytała bibliotekarka z zawieszoną plakietką „Alicja”.
– Mam – pokazałam kod na telefonie.
– Proszę bardzo. Tylko proszę się nie spóźniać następnym razem – dodała z lekkim uśmiechem.
– Jest równo dziesiąta – odparłam, nie mogąc się powstrzymać. – Punktualność to teraz moja specjalność.
W środku było jeszcze pusto. Tylko jedno biurko było już zajęte. Pewien chłopak, może dwa, trzy lata starszy ode mnie, notował coś na kartkach. Pochylił się nad zeszytem z taką koncentracją, jakby liczył równania do startu rakiety. Usiadłam kilka miejsc dalej. Cisza była absolutna – aż do momentu, gdy dźwięk otwieranych drzwi i głosy sfrustrowanych studentów nie przerwały skupienia.
– No i lipa, nie wejdziemy. Jak zwykle wszystko pozajmowane przez cwaniaków z przypomnieniami w telefonie – jęknęła jakaś dziewczyna.
Chłopak znad zeszytu spojrzał na mnie, potem z powrotem na drzwi, po czym się uśmiechnął.
– Punktualność się opłaca – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do mnie.
– Zawsze się opłaca – odpowiedziałam.
Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań, szeptem. Miał na imię Adam. Studiował architekturę i był... niepokojąco podobny do mnie. Też notorycznie się spóźniał. Też coś w nim się przełamało i postanowił to zmienić.
– Teraz wszyscy się ze mnie śmieją – wyznał.
– Mnie już to nie śmieszy. Mnie boli – odparłam.
Przez następne dwie godziny pisaliśmy w ciszy, oboje obecni. Wreszcie – na czas.
Mieliśmy podobne historie
Spotkaliśmy się pod biblioteką. Punktualnie o siedemnastej. Adam wyszedł pierwszy, trzymając w ręku kubek z kawą. Podał mi jeden, mała z mlekiem – pamiętał, co lubię.
– Dziwne uczucie, że nikt nie każe mi czekać – uśmiechnął się, siadając obok na ławce.
– Albo że nie musisz przepraszać w pośpiechu, że „to się więcej nie powtórzy”.
Usiedliśmy. Początkowo rozmawialiśmy jak znajomi z kolejki – o śniegu, o korkach, o tym, jak zimno. A potem… jakoś poszło głębiej.
– Wiesz, kiedyś myślałem, że jak ktoś jest punktualny, to jest nudny – przyznał Adam.
– Ja tak myślałam o sobie – parsknęłam. – Jakby bycie zorganizowaną osobą oznaczało, że nie ma się w sobie żadnej iskry. Tylko „ogarnia życie” zamiast je przeżywać.
– A teraz? Jak się czujesz?
Zamilkłam. Nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa. Wreszcie westchnęłam:
– Inaczej. Jakby każdy punktualny krok był jakąś deklaracją. Chcę być obecna, świadoma. Dla siebie. Dla ludzi, którzy mnie nie wystawiają.
Adam pokiwał głową. Potem powiedział coś, co we mnie zostało:
– Punktualność to nie tylko kwestia zegarka. To szacunek. Do drugiego człowieka. Do własnych granic. Do czasu, który mamy tylko raz.
Zaniemówiłam. Przez chwilę patrzyliśmy w milczeniu na ludzi idących chodnikiem. Potem wstał.
– Spotkamy się jutro? Dziesiąta? W sali nr 3?
– Będę. Może nawet wcześniej.
Uśmiechnął się. Jakby to właśnie chciał usłyszeć.
Życie miało teraz nowy rytm
Zaczęłam widzieć pustkę. Nie od razu. Najpierw były drobne nieobecności – ktoś nie odpisał na wiadomość, ktoś inny przełożył spotkanie, a potem już się nie odezwał. Na początku myślałam, że to przypadek, zbieg okoliczności. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że to ja znikam z ich świata – nie oni z mojego.
Próbowałam umówić się z Martą, z którą zawsze chodziłyśmy na sushi w piątki. Odpisała po trzech dniach, że „ma szalony tydzień”. Michał nie odebrał telefonu. Paula „zapomniała odpisać” na zaproszenie na kawę. A Magda... cóż, Magda po prostu milczała.
Raz umówiłam się z dawno niewidzianą znajomą, Anką. Punktualnie o siedemnastej, jak się umawiałyśmy, pojawiłam się w kawiarni. O siedemnastej dwadzieścia dostałam wiadomość: „Hej, zaraz będę, tylko wpadłam na chwilę do galerii”. O siedemnastej trzydzieści wstałam i wyszłam. Nie odpisałam. Nie tłumaczyłam się. Po prostu... nie zostałam.
Wieczorem zadzwoniła Magda.
– Julka, serio? Anka mówi, że się obraziłaś. Co z tobą ostatnio? Masz jakąś fiksację na punkcie punktualności?
– Może mam – odpowiedziałam szczerze. – Może w końcu chcę być kimś, kto nie czeka wiecznie na resztę świata.
– Ale my tacy jesteśmy. Zawsze byliśmy. Ty też byłaś.
– No właśnie. Już nie jestem.
Cisza w słuchawce trwała zaskakująco długo. A potem Magda rzuciła tylko:
– Szkoda.
Rozłączyła się. Zostałam sama. Z notatnikiem, kalendarzem i minutami, które wcześniej przeciekały mi przez palce. Samotność miała teraz nowy rytm – cichy, uporządkowany, ale dziwnie znajomy. Jakby był tylko mój.
Punktualność zawsze popłaca
Zjawiliśmy się jednocześnie. Adam szedł od strony przystanku, ja od strony biblioteki. Spotkaliśmy się dokładnie przy tej samej ławce, gdzie piliśmy pierwszą wspólną kawę.
– Dziesiąta zero-zero – uśmiechnął się, pokazując mi zegarek.
– Dziewiąta pięćdziesiąt osiem, według mojego – odparłam. – Ale uznajmy remis.
Usiedliśmy. W milczeniu patrzyliśmy na drzewa pokryte śniegiem, których gałęzie lekko kołysał wiatr. Wszyscy gdzieś się spieszyli. Biegli na tramwaj, gonili dzieci, odbierali telefony. My byliśmy w tym miejscu, o tym czasie. Bez pośpiechu, bez napięcia.
– Wiesz – zaczął po chwili Adam – kiedyś myślałem, że bycie punktualnym to tylko cecha charakteru. Taka... sucha umiejętność. A odkąd cię poznałem, zrozumiałem, że to coś więcej.
– Co?
– Że to też uczucie. Punktualność… serca. Bycie w czyimś życiu dokładnie wtedy, kiedy powinno się być.
Spojrzałam na niego prosto, bez lęku. Po raz pierwszy od miesięcy czułam, że ktoś naprawdę jest obok mnie. Nie obiecuje, nie tłumaczy się, nie „zaraz będzie”. Po prostu... przychodzi i zostaje. Nie tęskniłam już za dawnym chaosem, za przypadkowymi spotkaniami, za rozgrzeszaniem cudzych spóźnień. Nie miałam już potrzeby dopasowywać się do rytmu innych ludzi. Zamiast tego – znalazłam własny.
Może to prawda, że straciłam kilka przyjaźni. Może nie były aż tak silne, skoro nie przetrwały nawet zmiany na lepsze. Teraz wiem jedno: wolę iść wolniej, z kimś, kto idzie równo, niż gonić za kimś, kto zawsze jest krok za mną. Czasem wystarczy być we właściwym miejscu o właściwej porze i nie spóźnić się na swoje własne życie.
Julia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa wprosiła się na imprezę i przesadziła z kreacją sylwestrową. Ta dzidzia piernik powinna spojrzeć w lustro”
- „W sylwestra liczyłam na dreszczyk emocji i moc niezapomnianych wrażeń. Nie wiedziałam, że przesiedzę go w łazience”
- „Śmiałam się, że mój brat był wiecznie sam, a teraz mam za swoje. On zaraz będzie się żenił, a ja biorę kolejny rozwód”

