Reklama

Było coś kuszącego w tym, żeby wyrwać się z miasta choćby na chwilę. Zmienić otoczenie, odetchnąć pełną piersią, poczuć, że jeszcze jesteśmy „my”, a nie tylko codzienna rutyna, rachunki i wieczory spędzone przed telewizorem. Zresztą... nie będę ukrywać, że to ja nalegałam na ten wyjazd. Mąż wzbraniał się, jak tylko mógł. Mówił, że to zły moment, że ma dużo pracy, że drogo – standardowy repertuar. Tym razem postawiłam na swoim. Uznałam, że jeśli teraz nie zrobię nic, to jeszcze chwila i zupełnie nie będę wiedziała, z kim właściwie mieszkam. Chciałam ciepła, bliskości, może jakiegoś gestu. Czegoś, co utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że nadal jesteśmy dla siebie ważni. W końcu pojechaliśmy w góry na weekend. Miało być magicznie. A wyszło... zupełnie inaczej, niż się spodziewałam.

Coś mnie tknęło

Dojechaliśmy do Białki Tatrzańskiej późnym wieczorem. Pensjonat był ładny, zadbany, z drewnianym wykończeniem i ciepłym światłem sączącym się z lamp. Mąż jednak skrzywił się na widok recepcji.

– Serio? Zarezerwowałaś nam tu pokój? Myślałem, że coś bardziej nowoczesnego…

To miało być przytulne miejsce, z klimatem. Mówiłam przecież, że to rodzinny pensjonat.

– Mówiłaś, ale myślałem, że to taka przenośnia.

Recepcjonistka wręczyła nam klucz z brelokiem w kształcie góralskiej ciupagi. Weszliśmy do pokoju. Było ciepło, czysto i przytulnie. A on? Otworzył walizkę, wyjął laptopa i... jak gdyby nigdy nic, odpalił go na łóżku.

Co ty robisz?

– Mam dwa zaległe maile do odpisania. To chwilka.

Przyjechaliśmy tu, żeby odpocząć. Może chociaż jutro zrób sobie „chwilkę”, co?

– Nie zaczynaj – rzucił, nie podnosząc wzroku znad ekranu. – Przecież mogę ogarnąć dwa maile. To ci przeszkadza?

Usiadłam na fotelu pod oknem. Patrzyłam, jak krople deszczu spływają po szybie. I jakoś tak głupio mi się zrobiło. Bo przecież to tylko dwa maile, prawda? Tylko że w naszym małżeństwie od dawna wszystko było „tylko”.

– Dobra, rób, co chcesz. Idę się wykąpać.

Nie odpowiedział. Po prostu klikał dalej. I wtedy coś mnie tknęło.

Czułam się zbędna

Rano obudziłam się sama w łóżku. Na stoliku nocnym leżała kartka z krzywym napisem długopisem:

„Poszedłem wcześniej na stok. Wrócę przed obiadem”.

Żadnego „buziaka”, żadnego „miłego dnia” – po prostu jakby pisał notatkę służbową.

Zeszłam na śniadanie z nadzieją, że jeszcze go złapię, ale oczywiście już go nie było. Przy stole starsze małżeństwo rozmawiało cicho, parka obok się śmiała, dzieci piszczały – wszyscy jakby zgrani, połączeni jakąś nicią. A ja?

– Dzień dobry. Smakuje śniadanko? – zagadnęła gospodyni, uśmiechnięta od ucha do ucha.

– Tak, pyszne. Dziękuję – wydusiłam.

Wróciłam do pokoju, przebrałam się i wyruszyłam na stok. Nie jeżdżę najlepiej, raczej rekreacyjnie, no i lubię towarzystwo. Po godzinie szukania męża, w końcu go znalazłam. Stał przy barze, w kasku na głowie, z kubkiem czegoś parującego. Nie sam. Rozmawiał z jakąś blondynką.

– Ooo, no patrz, kto tu się w końcu pojawił – rzucił na powitanie.

Szukam cię od godziny. Nie pomyślałeś, żeby zadzwonić?

– Nie chciałem cię budzić. No weź, nie rób sceny, przecież jesteśmy na urlopie.

– Na wspólnym urlopie – syknęłam przez zaciśnięte zęby.

A on tylko wzruszył ramionami. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz czułam się tak zbędna.

Zupełnie mnie olał

Nie rozmawialiśmy przez resztę dnia. Mąż zjechał jeszcze kilka razy, a ja tułałam się między wypożyczalnią sprzętu narciarskiego a kawiarnią. Udawałam, że wszystko gra. Przecież nie będę robić scen na środku stoku, nie? Do pensjonatu wróciliśmy osobno. Gdy weszłam do pokoju, siedział już na łóżku, z telefonem w ręku.

– Wiesz, mogłeś chociaż zapytać, czy mam ochotę pojeździć z wami – zaczęłam, zdejmując kurtkę.

– Nie wiedziałem, że w ogóle zamierzasz przyjechać na stok.

– Mówiłam rano, że chcę – westchnęłam. – Tylko ciebie już nie było.

– No to mogłaś zadzwonić. Albo napisać.

– Serio? To mam się jeszcze dopraszać o uwagę?

– Nie przesadzaj. Przecież nic się nie stało. Spotkałem kogoś na krzesełku, zagadała, pojeździliśmy. To nie przestępstwo.

– A może po prostu wolałeś spędzić dzień z kimś, kto ci nie marudzi?

Zamilkł. Patrzył w ekran, jakby go ten temat nie dotyczył.

– Wiesz co? – powiedziałam po chwili ciszy. – Nie chcę się kłócić. Nie po to tu przyjechałam.

– No dobra, to idziemy na kolację?

Szliśmy w milczeniu. W restauracji on zamówił stek, ja zupę. Przez większość posiłku patrzył w telefon. Obserwowałam parę obok – śmiali się, karmili deserem, robili sobie zdjęcia.

Mógłbyś schować ten telefon?

– Już kończę.

Nie kończył. Jadłam zupę, myśląc, że chyba lepiej smakowałaby mi sama – w domu, z książką. Nie z kimś, kto zapomniał, że w ogóle tu przyjechał z żoną.

Rozczarował mnie

Kolejnego dnia obudziłam się wcześnie. Mąż leżał obok, chrapiąc cicho, a ja przez chwilę gapiłam się w sufit, próbując nie myśleć. Chciałam spakować walizkę i wrócić do domu. Albo w ogóle zniknąć. Może gdyby mnie nie było, zauważyłby w końcu moją nieobecność.

Wstajesz? – zapytałam chłodno.

– Mhm… co? Tak, zaraz.

– Śniadanie jest do dziewiątej. Potem możesz znowu znikać na cały dzień, jak masz ochotę.

– Ej, nie przesadzaj. Już ci powiedziałem, że nie chciałem cię budzić.

– Tak, jasne. I nie chciałeś też zadzwonić, napisać, cokolwiek. Tylko biegać po stoku z blondynką, która akurat zagadała.

– Nie dramatyzuj. To była zwykła rozmowa. Ona też tu sama, więc się zgadaliśmy. Nie wiem, czemu robisz z tego problem.

– Nie wiesz? A może dlatego, że jestem twoją żoną, a ty traktujesz mnie jak powietrze?

– O rany, zaczyna się… – przewrócił oczami i zrzucił kołdrę. – Miało być miło, a ty znowu robisz z igły widły.

– Przypomnę ci tylko, że to ja zorganizowałam ten wyjazd. I ja chciałam spędzić czas z tobą.

Zamilkł.

– Dobra, nie ma sensu się kłócić. Idziesz na stok?

– Nie. Jadę do term. Sama.

– Jak chcesz – rzucił i wyszedł.

Zostałam w pustym pokoju. I pierwszy raz poczułam coś, co trudno było nazwać inaczej niż... rozczarowanie.

Przyłapałam go

Termy były ładne. Siedziałam sama w gorącej wodzie, próbując udawać, że to wystarczy. Przynajmniej nikt tu nie sprawdzał telefonu co pięć minut. Nikt nie uciekał wzrokiem, gdy próbowałam coś powiedzieć. Nikt nie udawał, że mnie nie słyszy. Po południu wróciłam do pensjonatu. W pokoju było pusto, a śnieg topniał na butach męża, ale jego nie było w pokoju. Weszłam do łazienki, żeby zmyć makijaż, i wtedy kątem oka zauważyłam coś w kieszeni jego kurtki. Jakiś paragon. Wyciągnęłam go bezmyślnie. Ciekawość? Może coś więcej. Bar na stoku. Dwa hot-dogi, dwa piwa, gorąca czekolada. Wrócił, kiedy siedziałam na łóżku, trzymając ten papierek w ręku.

Co to? – zapytałam, nie kryjąc irytacji.

– Co?

– Paragon. Dwa piwa. Dwie czekolady. Dwa hot-dogi. Przypadkowo?

– No co ty, teraz będziesz śledzić moje paragony?

– Nie muszę cię śledzić. Wystarczy, że przestaniesz mnie traktować jak kogoś głupszego od siebie. To nie było przypadkowe spotkanie, prawda?

– Daj spokój… Przecież nic się nie dzieje. Serio myślisz, że coś bym zrobił?

– Nie wiem. Jednak wiem, że robi się z ciebie ktoś, kto mógłby.

Milczał. Patrzył na mnie bez słowa, a ja poczułam... ulgę. Ulgę, że w końcu to powiedziałam.

– Wiesz co? – powiedziałam, wstając. – Całe szczęście, że już wracamy do domu.

– I co, obrażona księżniczka?

– Nie. Po prostu nie jestem idiotką.

Przejrzałam na oczy

Następnego dnia wracaliśmy w milczeniu. Radio grało jakąś pogodną piosenkę o miłości, ale w aucie panowała atmosfera jak po pogrzebie. W połowie trasy mąż wyłączył muzykę.

– Powiesz coś w końcu, czy zamierzasz się obrażać przez całą drogę?

– A co miałabym powiedzieć? Że to był cudowny weekend? Że dziękuję za lekcję, jak wygląda bycie niewidzialną żoną?

– Przesadzasz. Robisz z tego jakąś tragedię.

– Nie. Tragedia to byłaby zdrada. A to? To raczej komedia. Tyle że ja w niej gram rolę idiotki, która płaci za wyjazd, żeby mąż mógł się gapić na obcą kobietę w rajstopach termoaktywnych.

– Serio? Już nie można normalnie pogadać z kimś obcym?

– Pogadać, pewnie. Tylko że ty nie rozmawiałeś ze mną przez cały weekend. Ze mną nie chciało ci się nawet zjeść śniadania. Nawet jednego dnia nie potrafiłeś udawać, że ci na mnie zależy.

Zamilkł. Jechał dalej z zaciśniętymi ustami, jakby czekał, aż mi przejdzie. Tyle że tym razem nie przechodziło. Nawet nie chciałam, żeby przeszło.

– Zamiast planować kolejny weekend, powinieneś się zastanowić, czego właściwie chcesz. I z kim chcesz być. Bo chyba nie ze mną.

– Przesadzasz…

– Nie. Po prostu wreszcie widzę to, co od dawna próbowałam ignorować. I wiesz co? Dziękuję. Bo gdyby nie ta wycieczka, dalej bym udawała, że wszystko jest w porządku.

Resztę drogi jechaliśmy w ciszy. A ja już wiedziałam, że kolejnej wspólnej podróży nie będzie.

Izabela, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama