Reklama

Wcale nie planowałam jechać do tego sanatorium. Od dobrych kilku lat byłam wdową i na nowo nauczyłam się życia w pojedynkę. Wypracowałam sobie całkiem znośną rutynę, która pozwalała mi oswoić samotność. Coś mnie jednak i tam pojechałam. Nie zapomnę tego wyjazdu nigdy, bynajmniej nie będę wspominała tego dobrze...

Reklama

Wiodłam spokojne życie

Rano wychodziłam na zakupy na pobliski targ, gdzie miałam swoje ulubione stoiska i ulubionych sprzedawców. Pani Zosia zawsze odłożyła mi świeże marchewki, natkę pietruszki do rosołu, chrupiące pomidory czy rzodkiewki. Przy okazji zamieniałyśmy kilka słów, bo była w zbliżonym do mnie wieku.

– Wie pani, człowiek już na emeryturze, ale trzeba dorabiać, pomóc dzieciom. Syn kupił mieszkanie na kredyt i staramy się z Włodkiem zawsze dorzucić mu parę groszy. Małgosia robi doktorat i na tej swoje uczelni na razie zarabia jakieś grosze. Gdyby nie my, nie wiem, jak wiązałaby koniec z końcem – kiedyś opowiedziała mi szczerze.

– No tak, tak. Dzieciom trzeba pomóc – przytaknęłam dumna jednocześnie w duchu, że moje dziewczyny świetnie dają sobie radę.

Mariola pracowała w dużej korporacji i zarabiała naprawdę nieźle. Jej mąż prowadził sklep z odzieżą sportową i również dobrze mu szedł interes. Młodsza Kasia była pielęgniarką, jej mąż lekarzem. Dziewczyny więc już od dawna nie liczyły na zaskórniaki od matki. Ba, często jeszcze chciały mnie dorzucić do tego i owego. I właśnie ostatnio obie wpadły na pomysł, że zafundują mi prywatny wyjazd do sanatorium.

– Mamuś, masz wysokie ciśnienie, a o zdrowie trzeba dbać. Pooddychasz jodem, odpoczniesz nieco, skorzystasz z zabiegów – tłumaczyła mi Kasia. – Sama wiesz, że nie ma, co czekać na turnus z NFZ. W końcu pracuję w służbie zdrowia i doskonale wiem, że terminami jest ogromny problem.

– Ale ja wcale nie potrzebuję nigdzie jechać – próbowałam nieśmiało protestować, ale moja latorośl nie dała mi dojść do słowa.

– Nie przyjmujemy sprzeciwu – powiedziała pewnym głosem siebie.

– Może nawet mama pozna jakieś miłego adoratora i będziesz miała Kasiu nowego tatusia – wtrącił się zięć i puścił oko do żony, a ta ze śmiechem go ofuknęła.

Gdybym tylko wiedziała, że w pewnym sensie, jego słowa okażą się prorocze, na pewno nie zgodziłabym się na ten wyjazd. Ale obie dziewczyny tak usilnie mnie namawiały, że w końcu skapitulowałam.

– No już dobrze, dobrze, pojadę do tego sanatorium – powiedziałam przy niedzielnym obiedzie, gdy akurat odwiedziły mnie obydwie córki z rodzinami.

Wyjazd zafundowały mi dziewczyny

I tak zaczęły się nerwowe przygotowania do wyjazdu. W końcu zaopatrzona w czerwoną walizkę na kółkach kupioną przez Mariolę i cały arsenał kosmetyków, które sprezentowała mi z okazji mojego wyjazdu, wyruszyłam w podróż do Ł. Marzyłam jedynie, aby po przyjeździe nieco odsapnąć.

Moje plany okazały się jednak niemożliwe. Pokój dzieliłam bowiem z Krysią, która już od progu zarzuciła mnie opowieściami o swoim życiu, rodzinie i planach na sanatoryjne przygody.

– Wiesz Grażynka, ja już jestem w sanatorium szósty raz. W końcu po sześćdziesiątce też się od życia coś należy, prawda? – mówiła z entuzjazmem, a ja tylko zastanawiałam się, kiedy wreszcie będę mogła spokojnie wziąć prysznic i położyć się, żeby odpocząć po męczącej podróży.

Okazało się jednak, że Krysia ma o wiele więcej do powiedzenia. Opowiedziała mi o swoich wcześniejszych wyjazdach, znajomościach, które podczas nich nawiązała i świetnej zabawie.

– Ten Marian z zeszłego roku był całkiem do rzeczy. No ale, trzysta kilometrów to za duża odległość na nasze lata. W końcu już nie mam czasu na wyczekiwanie na ukochanego i okazjonalne randki – zakończyła swoje wywody na temat sanatoryjnych podrywów.

Współlokatorka była bardzo towarzyska

Od razu pomyślałam, że z tą Kryśką u boku nie mam dużych szans na spokojny wypoczynek. I nie myliłam się. Zabiegi, spokojne spacery po plaży i wypoczywanie na ławeczce w pobliskim parku z książką w ręce to nie były ulubione aktywności mojej współlokatorki. Ta kobieta naprawdę kochała towarzystwo i zawsze potrafiła znaleźć ludzi, którzy dzielili jej zamiłowanie.

A ja siłą rzeczy byłam zmuszona towarzyszyć jej podczas wyjść do kawiarni, wieczorków tanecznych, spacerów z panami, których uznała za atrakcyjnych czy gier w karty do późnych godzin nocnych organizowanych w naszym pokoju. Sama nie chciałam się do tego przyznać, ale naprawę polubiłam tę szaloną Kryśkę i jej zwariowane pomysły. Rany, kiedy ja ostatnio tak serdecznie się śmiałam? Chyba jeszcze w czasach narzeczeńskich, gdy z moim Jankiem chodziliśmy na randki i imprezy do znajomych. Później było małżeństwo, praca, dom, dzieci i ciągły brak czasu na wszystko.

Teraz odżyłam i poczułam się zupełnie jakbym miała dwadzieścia kilka lat, a nie prawie siedemdziesiąt. I to właśnie to szaleństwo doprowadziło mnie do tej przygody, która nie przystoi pani w moim wieku. Poważnej matce dorosłych córek i babci nastolatków, która już dawno musi tuszować siwe włosy pasemkami. Na szczęście stało się to podczas wieczorku pożegnalnego, bo chyba spaliłabym się ze wstydu, gdybym miała zostać z tymi ludźmi na dłużej.

Gdzie ja miałam rozum?

Tego dnia Kryśka już od rana chodziła podekscytowana, a mnie udzieliło się to jej szaleństwo. Wyciągnęłam nawet z walizki elegancką sukienkę, którą Mariola zapakowała mi właśnie na podobne okazje. Kreacja była zupełnie nie w moim guście. Nie dość, że zbyt krótka i zbyt obcisła, to jeszcze do tego dekolt był stanowczo za duży, a intensywny odcień chabrowego zupełnie nie w moim guście.

Koleżanka oczywiście stwierdziła jednak, że wyglądam obłędnie i pożyczyła mi szpilki pasujące do takiego stroju.

– Nie możesz przecież iść w tych swoich dyżurnych balerinach. Wcześniej ci tego nie mówiłam, ale te buty niepotrzebnie skracają ci nogi. A przecież masz całkiem zgrabne. Wystarczy je tylko nieco podrasować – mrugnęła do mnie okiem i wzięła się za upinanie misternego koka z moich dość długich włosów.

W efekcie nie poznałam się w lustrze. Sukienka, stylowe upięcie i dość mocny makijaż zrobiony przez Krysię zrobiły swoje.

Wyglądasz jak milion dolarów – zaczęła chichotać zupełnie niczym nastolatka wybierająca się na swój pierwszy w życiu bal.

– Tak sądzisz? – nie byłam pewna, czy strój nie jest zbyt prowokujący, ale koleżanka chyba wyczuła moje wahanie, bo szybko dodała.

– Prezentujesz się bardzo kobieco i elegancko. Zobaczysz, nie będziemy mogły opędzić się od adoratorów.

Otoczyło mnie kółko adoratorów

Słowa Krystyny okazały się prorocze. Rzeczywiście brylowałyśmy w towarzystwie. Na ile była to zasługa mojego nowego wizerunku, a na ile otwartości i towarzyskiego obycia współlokatorki, do dzisiaj nie wiem. Faktem jest jednak, że już po chwili otoczyło nas kilku znajomych panów z turnusu, którzy wprost walczyli ze sobą, aby donosić nam drinki, dotrzymywać towarzystwa, podawać zapełnione talerzyki i wyciągać na parkiet.

Krysia akurat wirowała w tańcu z panem Anatolem, a ja chwilę usiadłam, żeby odsapnąć. I właśnie wtedy pojawił się on – mężczyzna, którego dotąd jeszcze nie widziałam.

– Jestem Roman – przedstawił się, rycersko całując moją dłoń. – Właśnie dzisiaj przyjechałem, ale nie mogłem nie wkręcić się na bal dla wcześniejszego turnusu.

– Grażyna – odpowiedziałam, zastanawiając się, skąd mogę znać ten niski i bardzo męski głos.

„Zdaje się, że przypomina mi on jakiegoś prezentera z telewizji. Tylko za Chiny ludowe nie pamiętam, o którego to pana chodzi” – pomyślałam.

Roman chyba był bardzo zdeterminowany, żeby bliżej mnie poznać, bo od tego momentu nie odstępował mnie nawet na krok. A ja dałam się ponieść chwili i zaczęłam jawnie flirtować z moim nowym adoratorem. Zdaje się, że zadziałała nie tylko magia wieczoru, ale także kolejne drinki, na które sobie pozwoliłam.

W efekcie, podczas wolniejszych kawałków ręce Romana coraz śmielej wodziły po mojej talii, zahaczając przy okazji o to i owo. Ale nie to było najgorsze. W pewnym momencie zaczęłam całować się z moim adoratorem na samym środku sali. Zupełnie jak szalona studentka na dyskotece. Później pozwoliłam mu zaprosić się do swojego pokoju.

Dałam się uwieść Romanowi

Tak, spędziłam tę noc z Romanem, mając oczywiście nadzieję na coś więcej. Rano Kryśka rozwiała jednak moje marzenia.

– No, no Grażynka, nie wiedziałam, że z ciebie aż taka cicha woda. Taka niby skromna, zdystansowana, a dała się uwieść miejscowemu podrywaczowi, który słynie z zaliczania kolejnych kuracjuszek – powiedziała, gdy wróciłam do pokoju.

– Co ty gadasz? Romek przecież przyjechał tutaj pierwszy raz – nie rozumiałam w ogóle, o co jej chodzi.

– Tak ci powiedział? Dziewczyno, ja byłam tutaj w zeszłym roku i doskonale wiem, co z niego za ziółko. Nawet słyszałam, jak chwalił się innym panom, że na pewno uda mu się poderwać wskazaną przez nich kobietę. A może w tym roku też się z kimś założył? I to właśnie ty byłaś tym trofeum – koleżanka była dla mnie bezlitosna.

I co się okazało? Dokładnie to, co powiedziała Krystyna. Ponoć Roman zadeklarował, że na pewno szybko mnie uwiedzie. A ja wierzyłam w jego czułe słówka i nawet zastanawiałam się, czy nie moglibyśmy się spotykać po powrocie do domu. Ale ze mnie naiwniaczka. Dałam się podejść jak pierwsza lepsza i tylko się ośmieszyłam, klejąc się do tego Don Juana od siedmiu boleści na oczach wszystkich.

Koniec z wyjazdami do sanatoriów. Takie podchody to już nie na mój wiek. Wolę swoje codzienne pogawędki z panią Zosią o pogodzie.

Grażyna, 69 lat

Reklama

Czytaj także:
„Swojej córce kupował brylanty, a mnie fasolkę na targu. Czułam się jak piąte koło u wozu w tej chorej relacji”
„Wakacyjny kochanek był jak natrętna mucha. Nie rozumiał, że to była tylko przygoda i cały czas krążył wokół mnie”
„Najpierw wykorzystywała mnie rodzina, a potem mąż traktował jak pomywaczkę. Powiedziałam im wszystkim: dość!”

Reklama
Reklama
Reklama