„Walentynkowy pobyt w SPA miał ratować nasze małżeństwo. Brudów, które mamy za uszami nie przykryje żadna maseczka z alg”
„Kilka dni poza domem miało nas >>odświeżyć<<, tak przynajmniej mówili inni. Patrzyłem na Magdalenę krzątającą się po mieszkaniu i uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zapytałem ją szczerze, jak się czuje. Jechaliśmy tam razem, a jednak każde z nas osobno, z nadzieją, której żadne nie odważyło się nazwać”.

- Redakcja
Pakując torbę na wyjazd, miałem wrażenie, że robię to automatycznie, jak wszystko ostatnio. Kilka dni poza domem miało nas „odświeżyć”, tak przynajmniej mówili inni. Patrzyłem na Magdalenę krzątającą się po mieszkaniu i uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zapytałem ją szczerze, jak się czuje. Jechaliśmy tam razem, a jednak każde z nas osobno, z nadzieją, której żadne nie odważyło się nazwać.
Lustro, w które jeszcze nie chcieliśmy spojrzeć
Voucher wręczyłem jej przy niedzielnej kawie, zupełnie zwyczajnie. Położyłem go na stole między cukiernicą a gazetą, jakby to był rachunek albo ulotka. Magdalena otworzyła kopertę szybciej, niż zdążyłem sięgnąć po łyżeczkę. Przez chwilę jej twarz naprawdę się rozjaśniła. Ten uśmiech był szczery i zabolał mnie bardziej, niż gdyby wcale się nie pojawił.
– SPA… – przeczytała półgłosem. – Wyjazd walentynkowy.
– Pomyślałem, że może nam się przyda.
Słowa wyszły gładko, wyćwiczone. Widziałem, jak Magdalena na mnie patrzy, jakby próbowała sprawdzić, czy za tym zdaniem jest coś jeszcze. Nie było. Przynajmniej wtedy.
– Cieszysz się? – zapytała po chwili.
– Pewnie. – wzruszyłem ramionami. – Odpoczniemy, zmienimy otoczenie. Dobrze nam zrobi.
Kiwnęła głową, ale jej entuzjazm lekko przygasł. Zamiast myśleć o zabiegach, ciszy, basenie, myślałem o tym, jak wpisać wyjazd między projekty i terminy. W głowie układałem plan: wyjazd, powrót, wszystko wraca na swoje miejsce. Wieczorem voucher leżał na komodzie. Magdalena kręciła się po mieszkaniu, co chwilę na niego zerkając.
– Fajnie, że w końcu gdzieś pojedziemy razem – powiedziała cicho.
– Tak – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od telefonu. – Dawno nigdzie nie byliśmy.
Zapadła cisza. Zbyt długa, zbyt gęsta. Poczułem ją dopiero wtedy, gdy usiadła obok mnie i nie powiedziała już nic. Zrozumiałem, że „razem” znaczyło dla niej coś zupełnie innego niż dla mnie. Dla mnie był to wyjazd do odhaczenia. Dla niej – próba ratunku. Mieszkaliśmy ze sobą, dzieliliśmy przestrzeń, rachunki i poranki, ale rozmowy dawno stały się krótkie i ostrożne. O sprawach ważnych nie mówiliśmy wcale. Ten prezent miał być po prostu miły. A jednak już wtedy czułem, że to może być lustro, w które jeszcze nie chcieliśmy spojrzeć.
Nie wiemy już, jak być ze sobą blisko
W SPA wszystko było przytłumione. Światło, kroki, nawet nasze głosy, kiedy zgłaszaliśmy się w recepcji. Leżeliśmy obok siebie, każdy na osobnym stole. Prześcieradła były idealnie równo naciągnięte, powietrze pachniało czystością i spokojem. Kiedyś taki moment wydałby mi się luksusem. Teraz czułem tylko napięcie w karku. Nie spojrzeliśmy na siebie. Nawet wtedy, gdy masażystki wyszły na chwilę, zostawiając nas samych w tej miękkiej ciszy.
– Wygodnie? – zapytałem szeptem, bardziej z grzeczności niż ciekawości.
– Tak – odpowiedziała po chwili.
Jedno słowo. Zamknęło rozmowę szybciej, niż ją otworzyłem. Próbowałem się rozluźnić, ale myśli nie chciały odpłynąć. Zamiast tego pojawiały się sprawy z pracy, niedokończone maile, rozmowy, które łatwiej było przeprowadzić niż tę jedną tu i teraz. Zrozumiałem, że od dawna nie wiemy już, jak być ze sobą blisko. Chciałem się odwrócić, powiedzieć coś więcej, złapać jej dłoń, jak kiedyś. Nie zrobiłem nic. Magdalena oddychała płytko. Słyszałem to wyraźnie. Ten dźwięk był bliżej niż kiedykolwiek, a jednocześnie nieosiągalny.
Cisza zaczęła boleć, fizycznie, jakby ktoś naciskał palcem w miejsce, którego nie da się rozmasować. Pomyślałem, że kłótnia byłaby prostsza. Krzyk, pretensje, nawet łzy. Wszystko, byle nie to zawieszenie, w którym każde z nas jest samo ze sobą, choć dzieli nas zaledwie kilka centymetrów. Kiedy masaż się skończył, usiedliśmy niemal jednocześnie. Magdalena spojrzała na mnie szybko, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz odwróciła wzrok.
– Idziemy? – zapytałem.
– Jasne.
Wyszliśmy w tym samym tempie, ramię w ramię, a jednak bez kontaktu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że cisza nie była efektem odpoczynku. Ona była tym, co zostało, gdy zabrakło wszystkiego innego.
To i tak nie jest dobry moment
Popołudnie rozciągało się przed nami jak pusta kartka, zbyt jasna, by udawać, że czegoś na niej nie widać. Usiedliśmy w hotelowej kawiarni przy oknie. Widok był spokojny, niemal pocztówkowy. Idealne tło do rozmów, których nie potrafiliśmy zacząć.
– Herbata czy kawa? – zapytałem, bo to pytanie wciąż było bezpieczne.
– Herbata – odpowiedziała. – Może z imbirem.
Kiwnąłem głową i poszedłem do baru. Kiedy wróciłem, Magdalena patrzyła w szybę, jakby szukała tam jakiejś podpowiedzi. Postawiłem filiżanki na stole, nasze palce niemal się dotknęły, ale oboje cofnęliśmy dłonie.
– Ładnie tu – rzuciłem.
– Mhm.
To „mhm” było cięższe niż całe zdanie. Próbowałem jeszcze kilku neutralnych tematów: o drodze, o pokoju, o tym, że dawno nie byliśmy poza miastem. Wszystko brzmiało sztucznie, jak rozmowa prowadzona na siłę, bez przekonania. Patrzyłem na Magdalenę i nagle uderzyło mnie, że nie wiem, co się w niej dzieje. Kiedyś potrafiłem odczytać jej nastrój z jednego spojrzenia. Teraz była jak zamknięte drzwi, a ja nawet nie pamiętałem, gdzie zgubiłem klucz.
– Paweł… – zaczęła, ale urwała. – Nieważne.
– Powiedz – poprosiłem odruchowo.
Pokręciła głową.
– To i tak nie jest dobry moment.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałem przyznać. Idealne warunki, cisza, czas tylko dla nas – a mimo to „nie teraz”. Zrozumiałem, że problem nie leżał w braku okazji. One były wszędzie. Brakowało nam odwagi. Spacerowaliśmy później po terenie ośrodka. Szliśmy obok siebie, czasem za blisko, czasem za daleko. Każde z nas było skupione na własnych myślach. Czułem narastający niepokój, coś, co zwykle zagłuszałem działaniem. Tu nie było zadań. Tylko ona i ja.
– Myślałeś kiedyś, że tak będzie? – zapytała nagle.
– Jak?
– Że będziemy razem, a jednak osobno.
Nie odpowiedziałem od razu. Bo pierwszy raz dopuściłem do siebie myśl, że odpowiedź może być twierdząca. Że po drodze, niepostrzeżenie, pozwoliłem nam się od siebie oddalić. Słońce zaczynało zachodzić, a ja miałem wrażenie, że wraz z nim kończą się wszystkie tematy zastępcze. Zostawało tylko to, czego unikaliśmy najdłużej.
Nie wiedziałem, że jest aż tak źle
Wieczorem siedzieliśmy w pokoju przy przygaszonym świetle. Za oknem było cicho, aż nienaturalnie. Żadnych dźwięków miasta, żadnych rozpraszaczy. Tylko my i coś, co od dawna wisiało między nami, ale nigdy nie miało odwagi opaść na ziemię. Magdalena usiadła na brzegu łóżka, plecami do mnie. Przez chwilę myślałem, że znowu się wycofa, że ten moment minie jak wszystkie poprzednie. Ale wtedy westchnęła głęboko.
– Ja już nie wiem, jak mam do ciebie mówić – powiedziała cicho. – Próbowałam normalnie, żartem, milczeniem. Nic nie działa.
Usiadłem obok niej. Wciąż w bezpiecznej odległości.
– Nie wiedziałem, że jest aż tak źle – odpowiedziałem, choć w tej samej chwili wiedziałem, że to nie do końca prawda.
– Wiedziałeś – odparła. – Tylko było ci wygodniej udawać, że to zmęczenie. Praca. Okres przejściowy.
Jej słowa nie były oskarżeniem. Bardziej zmęczonym stwierdzeniem faktu. To bolało najbardziej.
– Ja czuję się przy tobie samotna – ciągnęła. – Siedzimy razem, śpimy obok siebie, a ja mam wrażenie, że wszystkiego doświadczam sama.
Przełknąłem ślinę. W głowie szukałem obrony, wyjaśnienia, czegokolwiek, co postawi mnie w lepszym świetle. Nic nie pasowało.
– Uciekam w pracę – przyznałem w końcu. – Bo tam wiem, co robić. Tam są jasne zasady. A tu… – zawiesiłem głos. – Tu się boję, że jak zajrzę głębiej, to zobaczę, że nie umiem być taki, jakiego potrzebujesz.
Odwróciła się do mnie. Jej oczy były spokojne, ale zmęczone.
– Ja nie potrzebuję ideału – powiedziała. – Potrzebuję kogoś, kto jest. Nawet jeśli nie wie, co powiedzieć.
Siedzieliśmy tak długo, w ciszy, która tym razem nie była pusta. Była ciężka, ale prawdziwa. Dotarło do mnie, że ten wyjazd niczego nie zepsuł. On tylko zdjął zasłonę.
– To nie jest kwestia odpoczynku – powiedziałem w końcu. – Tylko tego, kim jesteśmy dla siebie.
Kiwnęła głową. Nie było w tym ulgi ani triumfu. Raczej świadomość, że doszliśmy do miejsca, z którego nie da się już zawrócić bez kłamstwa.
To był ważny wyjazd
Wyjechaliśmy wcześnie rano. Walizki były lżejsze niż przy przyjeździe, jakbyśmy zostawili w pokoju coś więcej niż kilka dni. W drodze do domu nie włączyliśmy radia. Nie dlatego, że chcieliśmy podtrzymać ciszę, tylko dlatego, że żadne z nas nie wiedziało, jak ją przerwać. Magdalena patrzyła przez okno. Ja skupiałem się na drodze, choć myślami byłem zupełnie gdzie indziej. Miałem wrażenie, że wracamy do tego samego mieszkania, ale nie do tego samego życia. Coś się przesunęło, pękło cicho, bez dramatycznych gestów.
– To był ważny wyjazd – powiedziała nagle.
– Wiem – odpowiedziałem.
I naprawdę wiedziałem. Nie dał nam odpowiedzi, nie przyniósł gotowych rozwiązań. Zabrał za to złudzenie, że jeszcze możemy udawać, że wszystko jest w porządku. Że wystarczy zmienić otoczenie, zwolnić tempo, przeczekać. Kiedy zaparkowałem pod domem, siedzieliśmy jeszcze chwilę w aucie. Nie było pożegnania ani deklaracji. Tylko spojrzenie, w którym mieścił się strach, ulga i coś na kształt wdzięczności za szczerość, nawet jeśli przyszła za późno. Wszedłem do mieszkania i po raz pierwszy poczułem, jak głośna potrafi być cisza. Ta, której nie da się już zagłuszyć obowiązkami ani planami. Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że przestaliśmy się okłamywać. A to czasem boli bardziej niż rozstanie.
Paweł, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki kochanek zabrał mnie na kolację. Jego wyznanie miłości było zimne poranek w lutym”
- „W tym roku walentynki spędzę sama. Mam bukiet czerwonych róż i pudełko czekoladek, więc mogę świętować”
- „Planowałam romantyczną kolację z mężem, ale teściowa postanowiła spędzić z nami walentynki. Ręce mi opadły”

