Reklama

Czternasty lutego niczym nie różnił się od innych dni. Wstałam, zrobiłam kawę, sprawdziłam godzinę i listę spraw do załatwienia. Dzień Zakochanych? Dobre sobie. Nie było we mnie ani cienia ekscytacji, raczej spokojna obojętność, którą nauczyłam się traktować jak coś normalnego. Dopiero później zrozumiałam, że właśnie ta obojętność była najgłośniejszym sygnałem, że coś między nami od dawna wygasło.

Nie pocałował mnie

Cezary wspomniał o kolacji mimochodem, stojąc w progu łazienki z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

Zarezerwowałem stolik na wieczór — powiedział tonem, jakim informował mnie zwykle o przeglądzie auta albo terminie wizyty u dentysty.

— Aha — odpowiedziałam odruchowo, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Przez chwilę czekałam, czy doda coś jeszcze. Może zapyta, czy się cieszę. Albo czy mam ochotę. Ale on tylko skinął głową, jakby właśnie odhaczył punkt na liście zadań. W środku poczułam ulgę. Temat załatwiony. Nie trzeba było udawać entuzjazmu ani tłumaczyć, dlaczego walentynki od dawna mnie nie ruszają. Kiedyś wyobrażałam sobie ten dzień inaczej. Teraz traktowałam go jak obowiązkową formalność, coś pomiędzy opłaceniem rachunków a wyniesieniem śmieci.

Ubierając się do pracy, zerknęłam w lustro. Zobaczyłam kobietę, która nauczyła się funkcjonować sprawnie, bez zbędnych emocji. Zamiast zastanawiać się, czy Cezary mnie jeszcze pragnie, myślałam o tym, czy zdążę po drodze kupić chleb. To było prostsze. Bezpieczniejsze.

W drodze do biura próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czekałam na wspólne wyjście z nim z prawdziwą radością. W głowie pojawiała się pustka, która zamiast boleć, była po prostu… znajoma. Przestałam oczekiwać czułości. Przestałam się jej domagać. Wystarczało mi, że nie było awantur, że wszystko działało jak dobrze naoliwiony mechanizm. Wieczorem, gdy szykowałam się do wyjścia, Cezary zapytał tylko:

— Gotowa?

— Zaraz — odpowiedziałam, poprawiając włosy.

Nie pocałował mnie, nie spojrzał dłużej. Wyszliśmy obok siebie, nie razem. I wtedy po raz pierwszy tego dnia poczułam delikatny ucisk w klatce piersiowej. Jeszcze nie smutek. Raczej ciche pytanie, którego nie chciałam usłyszeć.

To było jak niepisana umowa

Restauracja była dokładnie taka, jak można się spodziewać czternastego lutego. Przytłumione światło, świece na stolikach, krzesła ustawione zbyt blisko. Pary siedziały naprzeciwko siebie, pochylone, jakby świat kończył się na krawędzi blatu. Zanim usiedliśmy, mimowolnie zaczęłam liczyć uśmiechy. Prawdziwe i te ćwiczone.

— Tu będzie w porządku — powiedział Cezary, odsuwając mi krzesło.

Skinęłam głową. Uśmiechnęłam się automatycznie, tak jak nauczyłam się uśmiechać w pracy do klientów.

Kelner podał menu. Przez chwilę udawaliśmy skupienie, chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, co zamówimy. Zawsze wybieraliśmy to samo, bez ryzyka.

— Jak w pracy? — zapytał Cezary, odkładając kartę.

— Normalnie. Dużo zamieszania, mało sensu — odpowiedziałam.

— U mnie podobnie. Muszę jutro wcześniej wyjść, bo mamy spotkanie z zarządem.

Przytaknęłam. Rozmowa toczyła się gładko, bez zgrzytów. Była jak wymiana informacji między współlokatorami, którzy dzielą lodówkę i plan dnia.

— Pamiętaj, że w przyszłym tygodniu trzeba zapłacić rachunek za prąd — dodał po chwili.

— Wiem. Już sobie zapisałam.

Zauważyłam, że ani razu nie zapytał, jak się czuję. Ja też nie zapytałam jego. To było jak niepisana umowa. Nie wchodziliśmy na teren, który mógłby się okazać grząski. Spojrzałam na sąsiedni stolik. Kobieta śmiała się, dotykając dłoni mężczyzny. Ten gest był drobny, niemal niezauważalny, a jednak uderzył mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Odwróciłam wzrok, czując ukłucie zazdrości, które szybko zamieniło się w zmęczenie.

— Smakuje? — zapytał Cezary, gdy kelner postawił przed nami talerze.

— Tak. Jak zawsze.

Jedliśmy w ciszy, przerywanej pojedynczymi zdaniami o jutrzejszych planach. Czułam, jak z każdą minutą robi się we mnie coraz ciszej. Nie było kłótni, nie było napięcia. Była pustka, która powoli rozlewała się po całym wieczorze. W pewnym momencie dotarło do mnie, że ta kolacja niczym nie różni się od kolacji w domu. Tylko talerze były inne, a rachunek wyższy. I że ta cisza, przebrana za rozmowę, stała się naszym wspólnym językiem.

Zwykła wymiana zdań

Kelner podszedł do stolika w momencie, gdy Cezary sprawdzał coś na telefonie, a ja wpatrywałam się w płomień świecy, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo nie mam już o czym z nim rozmawiać.

— Czy wszystko w porządku? — zapytał chłopak z lekkim uśmiechem.

Podniosłam wzrok. Miał spokojne spojrzenie i ten rodzaj uważności, który sprawiał, że człowiek czuł się zauważony.

— Tak, dziękujemy — odpowiedziałam szybciej, niż planowałam.

— Jeśli będą państwo czegoś potrzebować, proszę dać znać — dodał i skinął głową.

– Dziękuję – powiedziałam jeszcze raz, a on odszedł.

To była zwykła wymiana zdań. Nic szczególnego. A jednak poczułam coś, czego od dawna nie czułam przy Cezarym. Krótkie uczucie bycia w czyimś polu uwagi. Rozejrzałam się po sali. Przy jednym ze stolików mężczyzna poprawiał kobiecie szalik. Przy innym ktoś szeptał coś do ucha, wywołując cichy śmiech. Te obrazy nie były przesadnie romantyczne. Były codzienne. I właśnie to bolało najbardziej.

— Coś się stało? — zapytał Cezary, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

— Nie — odpowiedziałam odruchowo.

Zorientowałam się, że nawet nie zauważył, że przez ostatnie minuty milczeliśmy. A może zauważył, tylko uznał to za normalne. Tak jak ja. Kelner wrócił po chwili z rachunkiem.

— Bez pośpiechu — powiedział, odkładając go na bok.

Uśmiechnęłam się do niego słabo. Cezary sięgnął po portfel, jakby to była jedyna oczywista kolej rzeczy. Patrzyłam na jego dłonie i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz dotykały mnie inaczej niż przypadkiem. Wtedy dotarło do mnie coś, co wcześniej spychałam na margines. Ci wszyscy obcy ludzie byli sobie bliżsi niż my. A przecież nie znali swoich historii, lęków ani słabości. My znaliśmy je aż za dobrze, a mimo to nie potrafiliśmy się do siebie zbliżyć.

Poczułam ciężar w sercu. Nie był to nagły ból — raczej spokojne, dojrzałe zrozumienie. Od dawna żyliśmy obok siebie. Ta kolacja tylko to obnażyła. Gdy wychodziliśmy, Cezary otworzył mi drzwi.

— Zimno dziś — rzucił.

— Tak — przyznałam.

I w tej jednej, banalnej wymianie zdań zawarło się wszystko, czego między nami już nie było.

Droga mijała w ciszy

Szliśmy powoli w stronę samochodu. Cezary mówił coś o korkach i o tym, że jutro rano może być ślisko. Słuchałam jednym uchem, czując, jak w środku narasta napięcie, zupełnie niepasujące do spokojnego rytmu jego głosu. Gdy wsiadł za kierownicę, automatycznie sięgnął po telefon. Ekran rozświetlił jego twarz chłodnym blaskiem. Przez moment pomyślałam, że to właśnie teraz powinnam coś powiedzieć. Że jeśli nie zrobię tego teraz, to już nigdy.

— Cezary… — zaczęłam, a moje gardło nagle zrobiło się suche.

— Mhm? — mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

Czekałam. Na jego spojrzenie. Na znak, że jest obecny. Nie było go. Telefon okazał się ważniejszy niż moje zawahanie. Mogłam zapytać, czy jest jeszcze coś, co nas łączy. Czy on też czuje tę pustkę, którą ja nosiłam w sobie od miesięcy. Mogłam zapytać, czy jeszcze mnie widzi, czy tylko wie, że jestem obok. Ale bałam się odpowiedzi. Bałam się, że potwierdzi to, co już wiedziałam. Że powie coś, czego nie da się cofnąć, a nasze uporządkowane życie rozsypie się na kawałki. Kredyty, plany, wspólne przyzwyczajenia. Cały ten świat zbudowany na rutynie.

— Nic — powiedziałam w końcu. — Zmęczona jestem.

— Ja też — odpowiedział bez wahania. — Dobrze, że jutro piątek

Skinęłam głową, chociaż nie mógł tego zobaczyć. Poczułam jednocześnie ulgę i wstyd. Ulgę, bo nie musiałam konfrontować się z prawdą. Wstyd, bo kolejny raz wybrałam milczenie. Droga mijała w ciszy. Zauważyłam, że nie czuję już złości ani żalu. Tylko spokojne, ciężkie zrozumienie, że oboje od dawna zgadzaliśmy się na ten brak. Na życie bez trudnych pytań. Kiedy zaparkowaliśmy pod domem, Tomasz wysiadł pierwszy i bez słowa zamknął drzwi. Patrzyłam na jego plecy i wiedziałam, że to był moment, w którym coś we mnie ostatecznie drgnęło. Nie było już odwrotu do udawania, że „tak jest dobrze”.

Nie podjęłam żadnej decyzji

Po powrocie do mieszkania zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na tym samym wieszaku, co zawsze. Cezary poszedł do łazienki, ja do kuchni. Nasze ruchy były zsynchronizowane, wyćwiczone latami wspólnego życia. Wszystko działało. I właśnie to było najbardziej przerażające. Usiadłam przy stole i przez chwilę patrzyłam na swoje dłonie. Nie drżały. Nie czułam potrzeby płaczu. Zamiast tego była we mnie pustka, spokojna i klarowna, jakby ktoś wreszcie zgasił hałas, który towarzyszył mi od dawna. Zrozumiałam, że ta walentynkowa kolacja nie różniła się niczym od naszych zwykłych wieczorów. Była tylko bardziej oficjalna.

Cezary wyszedł z łazienki, mijając mnie bez słowa. Zatrzymał się na moment, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili tylko wzruszył ramionami i włączył telewizor.

— Idę się położyć — rzuciłam cicho.

— Dobrze — odpowiedział, nie odwracając głowy.

Leżąc w łóżku, wpatrywałam się w sufit i myślałam o tym, jak długo można trwać w czymś, co nie boli wystarczająco, by uciec, ale też nie daje już żadnej radości. Od tego wieczoru nie potrafiłam już udawać przed sobą, że to jest miłość. Że wystarczy spokój i brak konfliktów. Nie podjęłam żadnej decyzji. Nie tej nocy. Ale coś się we mnie skończyło bezpowrotnie. A świadomość tego była cichsza i cięższa niż jakiekolwiek kłótnie.

Natalia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama