Reklama

Czternasty lutego zawsze wracał do mnie jak nieproszony gość. Nieważne, ile lat minęło – ciało pamiętało szybciej niż głowa. Wystarczyła wystawa z czerwonymi sercami albo czyjeś żartobliwe pytanie „a wy co robicie w walentynki?”, żebym poczuła znajome napięcie. Od dawna udawałam, że to zwykły dzień. Mój mąż też musiał w to uwierzyć, choć nigdy nie znał całej prawdy.

Nie chciałam do tego wracać

W tygodniu poprzedzającym walentynki miasto zawsze zmieniało się w jedną wielką wystawę. Balony przywiązane do latarni, pluszowe misie w witrynach, kartki z wyznaniami miłości, których nikt nie adresował do mnie. Wracałam z pracy szybciej, wybierając boczne ulice, jakbym mogła oszukać kalendarz. W domu było bezpieczniej. Przynajmniej do chwili, gdy Paweł zapytał zupełnie niewinnie:

– Dagmara, mamy jakieś plany na czternastego?

Zatrzymałam się z torbą w ręku. Udawałam, że szukam kluczy, choć leżały na wierzchu.

Nie – odpowiedziałam szybko. – Jak co roku.

– Czyli…? – dopytał, opierając się o framugę. Miał ten swój spokojny ton, który zwykle mnie rozbrajał.

– Czyli każdy robi swoje. Ja zostaję w domu. Ty możesz wyjść, jeśli chcesz.

Zmarszczył brwi. Wiedziałam, że nie rozumie. Nigdy nie rozumiał.

– To jedyny dzień w roku, kiedy naprawdę niczego ode mnie nie chcesz – powiedział po chwili. – Ani kolacji, ani kwiatów, ani nawet spaceru.

– I jest mi z tym dobrze – ucięłam.

W kuchni zapadła cisza. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Paweł podszedł do okna, spojrzał na ulicę pełną czerwieni.

Nie chcę cię naciskać – odezwał się w końcu. – Ale czasem mam wrażenie, że karzesz siebie za coś, czego już dawno nie ma.

Te słowa uderzyły we mnie jak zimny podmuch. Odwróciłam się plecami, udając, że wstawiam wodę na herbatę. Para uniosła się szybko, zasłaniając mi twarz. Pomyślałam o tamtych walentynkach sprzed lat. O restauracji, o ludziach patrzących z mieszaniną współczucia i ciekawości, o śmiechu.

– Paweł… – zaczęłam ostrożnie. – Nie wszystko trzeba rozumieć. Czasem wystarczy zaakceptować.

Podszedł bliżej, ale mnie nie dotknął. To było najtrudniejsze.

Akceptuję – powiedział cicho. – Po prostu chciałbym wiedzieć, z czym zostajesz sama.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że jeśli zacznę, nie zatrzymam się na pół zdania. A jeszcze nie byłam gotowa, by wracać tam myślami.

Tamten wieczór wszystko zepsuł

Wspomnienia wracały zawsze nocą, kiedy Paweł już spał, a ja leżałam obok z otwartymi oczami. Tamte walentynki sprzed lat miały być inne niż wszystkie. Tak wtedy myślałam. Sukienka wisiała na drzwiach szafy od tygodnia, a ja co chwilę sprawdzałam godzinę, jakbym bała się, że czas się rozmyśli i ucieknie beze mnie.

Restauracja była pełna ludzi. Kelnerka uśmiechnęła się do mnie z tym szczególnym współczuciem, które rozpoznaje się dopiero po czasie.

Stolik dla dwojga? – zapytała.

Skinęłam głową, choć przyszłam sama. „Zaraz będzie” – powtarzałam w myślach jak zaklęcie. Telefon leżał obok talerza, ekran co chwilę się rozświetlał, ale nie od tego numeru, na który czekałam.

Minęło dwadzieścia minut. Potem czterdzieści. W końcu kelnerka wróciła.

Czy podać coś jeszcze? – zapytała ostrożnie.

– Jeszcze poczekam – odpowiedziałam, choć głos mi się łamał.

Wtedy zobaczyłam ich przy dalszym stoliku. On wręczał jej małe pudełko, ona śmiała się głośno, nie przejmując się nikim dookoła. Ktoś inny wznosił toast. A ja siedziałam pośrodku tej celebracji, czując, jak robię się coraz mniejsza.

Telefon zawibrował dopiero wtedy, gdy już zamawiałam rachunek za wodę. „Przepraszam. Nie dam rady przyjść”. Nie było wyjaśnień. Nie było żądnego „później”. Wyszłam na zimne powietrze, a serca przyklejone do witryn wyglądały jak drwina. Wtedy obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pozwolę, by jeden dzień w roku miał nade mną taką władzę.

Teraz, leżąc obok Pawła, zrozumiałam, że ta obietnica miała swoją cenę. Chroniła mnie, ale też zamykała. A wstyd, który wtedy poczułam, wciąż gdzieś we mnie był, gotowy wrócić w każdej chwili.

Próbowałam to ignorować

Czternasty lutego przyszedł bez zapowiedzi. Szary poranek, żadnych fajerwerków, żadnego dramatycznego znaku z nieba. Zaparzyłam kawę i przez chwilę łudziłam się, że to naprawdę może być zwykły dzień. Paweł siedział przy stole, przeglądał wiadomości w telefonie. Nie powiedział ani słowa. To było nawet gorsze niż pytania.

Wrócę później – powiedział w końcu. – Mam spotkanie po pracy.

Skinęłam głową. Ulga i ukłucie zazdrości przyszły jednocześnie, zupełnie nieproszone.

– Dobrze – odpowiedziałam. – Ja… obejrzę coś albo poczytam.

Założył kurtkę, zatrzymał się w drzwiach.

Gdybyś jednak… – zaczął, po czym urwał. – Nieważne. Miłego dnia.

Zostałam sama. Specjalnie nie włączałam radia, ale sąsiedzi z góry zrobili to za mnie. Przez cienkie ściany przebijała się ckliwa melodia. Zamknęłam oczy i nagle znowu byłam tamtą dziewczyną w restauracji, która liczyła minuty. Wstyd podszedł mi do gardła jak wtedy, tylko dojrzalszy, bardziej wyrafinowany.

Po południu zadzwoniła mama.

– Pamiętasz, jakie dziś święto? – zapytała z tym swoim dziwnym żartem.

– Pamiętam – odparłam chłodno.

– Paweł powinien cię gdzieś zabrać. Takie dni są ważne.

– Dla kogo? – wymknęło mi się.

Zamilkła. Zmieniła temat, ale było już za późno. Ziarno zostało zasiane.

Wieczorem siedziałam na kanapie, gdy Paweł wrócił. Zdjął buty wolniej niż zwykle.

Spotkanie się nie odbyło – powiedział. – Poszedłem na spacer.

Spojrzałam na niego uważnie. W ręku trzymał papierową torbę.

To nie są kwiaty – dodał szybko. – Spokojnie.

Uśmiechnęłam się blado.

– Wiem.

Wyjął z torby pudełko z ciastkami z małej piekarni, którą lubiłam.

– Pomyślałem, że skoro i tak jest ten dzień… to niech będzie miło.

Usiadł obok mnie, zostawiając przestrzeń. Nagle poczułam, że coś we mnie się przełamuje, ale nie boleśnie. Raczej jak skorupa, która długo była za ciasna.

– Paweł – powiedziałam cicho. – Ja nie nienawidzę walentynek. Ja się ich wstydzę.

Odwrócił się do mnie całym ciałem.

– Czego dokładnie?

Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że jeśli nie teraz, to nigdy.

Zrobił coś wyjątkowego

Opowiedziałam mu wszystko. Bez upiększeń i bez skrótów. O tamtym wieczorze, o stoliku dla dwojga, przy którym siedziałam sama. O wiadomości, która przyszła za późno i o śmiechu innych ludzi, który do dziś dźwięczał mi w uszach. Mówiłam powoli, czasem urywałam zdania, jakbym sprawdzała, czy nadal mogę mówić dalej.

Paweł nie przerywał. Nie kręcił głową. Nie próbował pocieszać na siłę.

– Myślałam, że jeśli będę ten dzień ignorować, to wstyd zniknie – zakończyłam cicho. – A on po prostu nauczył się czekać.

Zapadła cisza. Bałam się podnieść wzrok.

– Dagmara – odezwał się w końcu. – Tam nie chodziło o walentynki.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– Chodziło o to, że ktoś cię zostawił samą w chwili, w której obiecał być obok – uśmiechnął się smutno. – I nikt nie nauczył cię, że to nie definiuje ciebie.

Przesunął pudełko z ciastkami bliżej.

Nie musimy świętować czternastego lutego. Nigdy. Ale nie chcę, żebyś spędzała go sama ze swoim wstydem.

Łzy napłynęły mi do oczu, ale tym razem nie było w nich upokorzenia. Było coś lżejszego. Jakby ktoś w końcu nazwał to, czego ja nie potrafiłam.

– Możemy zrobić tak – dodał. – Ty decydujesz. Bez serc, bez kolacji przy świecach. Zwykły wieczór. Razem.

Skinęłam głową. Tyle wystarczyło. Zjedliśmy ciastka na kanapie, oglądając stary film, który oboje znaliśmy na pamięć. Żadnych toastów. Żadnych deklaracji. A jednak po raz pierwszy od lat czternasty lutego minął mi bez ucisku w klatce piersiowej. Zrozumiałam wtedy, że nie chodziło o święto. Chodziło o to, by nie chować się przed własną historią. Można ją komuś oddać, nie tracąc siebie.

Dagmara, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama