Reklama

To miał być wyjazd, który uratuje nasze małżeństwo, a stał się momentem, w którym zrozumiałam, że ratować muszę przede wszystkim samą siebie. Stałam na środku Piazza Navona, otoczona parami trzymającymi się za ręce, a jedynym towarzyszem mojej podróży był chłodny wiatr i dźwięk powiadomień dobiegający z kieszeni mojego męża, który nawet nie zauważył, że odeszłam. Rzym wcale nie jest romantyczny, kiedy zwiedzasz go z duchem, którego ciało jest obecne, ale umysł błądzi tysiące kilometrów dalej, w tabelkach.

Od miesięcy mijamy się w korytarzu

Walizka była spakowana od tygodnia. W mojej głowie ten scenariusz był napisany w najdrobniejszych szczegółach, niczym scenariusz hollywoodzkiej komedii romantycznej, w której wszystko kończy się pocałunkiem w deszczu. Damian obiecał mi ten wyjazd jeszcze w grudniu. Powiedział, że po zamknięciu roku finansowego w firmie, luty będzie tylko dla nas. Że wyłączymy telefony, że zapomnimy o kredycie, o problemach z cieknącym dachem w domu rodziców i o tym, że od miesięcy mijamy się w korytarzu jak dwoje obcych ludzi wynajmujących wspólne mieszkanie.

Rzym. Wieczne Miasto. Miejsce, gdzie historia przeplata się z teraźniejszością, a każdy kamień opowiada o miłości lub zdradzie. Wsiadając do taksówki na lotnisko, czułam to przyjemne łaskotanie w żołądku. Spojrzałam na Damiana. Miał na sobie ten beżowy płaszcz, który kupiłam mu na urodziny. Wyglądał przystojnie, ale jego wzrok był nieobecny.

– Masz paszporty? – zapytałam, próbując nawiązać kontakt.

– Co? A, tak, w plecaku – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu smartfona. – Czekaj chwilę, Paulina, muszę komuś odpisać. To pilne.

Zacisnęłam usta. To miało być tylko jedno pilne zgłoszenie. Przecież obiecał. W samolocie sytuacja się powtórzyła. Kiedy stewardesa prosiła o przełączenie urządzeń w tryb samolotowy, on robił to z wyraźnym ociąganiem. Przez dwie godziny lotu patrzyłam na chmury, podczas gdy on nerwowo stukał palcami w kolano, czekając, aż znów będzie zasięg. Już wtedy powinnam była wiedzieć, że Koloseum i Fontanna di Trevi będą tylko tłem dla jego wirtualnego biura.

Czułam się oszukana

Dotarliśmy do hotelu późnym popołudniem. Pokój był mały, ale urokliwy, z widokiem na wąską, brukowaną uliczkę. Otworzyłam okiennice i wpuściłam do środka zapach Rzymu – mieszankę kawy, spalin i wilgotnego tynku. Byłam zachwycona. Chciałam, żebyśmy od razu wyszli, żebyśmy zgubili się w tym labiryncie bez mapy, tak jak planowaliśmy.

– Damian, chodź, zobacz ten widok – zawołałam, obracając się w stronę łóżka.

On jednak już siedział na brzegu materaca, z laptopem na kolanach. Niebieskie światło ekranu oświetlało jego skupioną twarz, tworząc dziwny kontrast z ciepłym, włoskim słońcem wpadającym przez okno.

– Zaraz, kochanie. Coś się wysypało w systemie. Jeśli tego nie zatwierdzę, chłopaki w magazynie staną do poniedziałku – powiedział, nawet na mnie nie patrząc.

– Ale Damian, jest czternasty lutego. Walentynki. Jesteśmy w Rzymie – mój głos zadrżał, choć starałam się brzmieć spokojnie.

– Wiem, Paulina, wiem! – warknął, a ja aż się cofnęłam. – Myślisz, że ja tego nie wiem? Ale jak stracimy ten kontrakt, to nie będzie nas stać na żadne Rzymy. Daj mi godzinę.

Ta godzina zamieniła się w trzy. Siedziałam w fotelu, przeglądając przewodnik, a każde stuknięcie w klawiaturę było jak uderzenie młotkiem w moje nadzieje. Czułam się oszukana. Nie przez los, ale przez człowieka, któremu przysięgałam wierność i wsparcie. W końcu wstałam.

Idę na spacer – oznajmiłam chłodno.

– Dobrze, dobrze. Tylko uważaj na torebkę – rzucił, nie podnosząc głowy.

Czas to jedyne, czego nie można kupić

Wyszłam na ulicę i od razu uderzył mnie gwar miasta. Rzym żył. Skutery przemykały wąskimi uliczkami, turyści robili zdjęcia, a z małych restauracji dobiegał brzęk sztućców i głośne rozmowy. Wszędzie widziałam pary. Młodzi ludzie całujący się na ławce, starsze małżeństwa spacerujące pod rękę, trzymające się kurczowo, jakby bali się, że to drugie zniknie. A ja szłam sama, w eleganckiej sukience, którą kupiłam specjalnie na ten wieczór, czując się najbardziej samotną osobą w tym mieście.

Moje kroki same zaprowadziły mnie w stronę Zatybrza. To dzielnica, która miała być naszą mekką, miejscem, gdzie mieliśmy pić kawę i rozmawiać o przyszłości. Zamiast tego, wędrowałam bez celu, mijając kolejne trattorie. W końcu usiadłam przy małym stoliku na zewnątrz kawiarni, z dala od głównego szlaku turystycznego. Zamówiłam podwójne espresso i patrzyłam na przechodniów. Wtedy zauważyłam starszą kobietę, która siedziała przy stoliku obok. Miała na sobie kolorową chustę i karmiła gołębie okruchami rogalika. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, widząc mój smutny wyraz twarzy.

– Dlaczego taka smutna w takim pięknym mieście? – zapytała łamaną angielszczyzną.

Wahałam się przez chwilę, ale potrzeba wyrzucenia z siebie emocji była silniejsza niż bariera językowa.

– Mój mąż… pracuje. Nawet tutaj – wskazałam na telefon leżący na moim stoliku.

Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem, a jej twarz przybrała wyraz czułości.

– Praca ucieknie, życie też. Mój Giuseppe też dużo pracował. Budował domy. Piękne domy dla innych ludzi. Aż pewnego dnia serce mu stanęło i zostawił mnie samą w domu, którego nigdy nie zdążyliśmy wykończyć tak, jak chcieliśmy. Teraz przychodzę tu i patrzę na ludzi. Nie trać czasu, dziewczynko. Czas to jedyne, czego nie można kupić.

Jej słowa uderzyły we mnie z ogromną siłą. Giuseppe nie miał wyboru, odszedł nagle. Damian miał wybór każdego dnia, w każdej minucie, a wybierał ekran zamiast mojej dłoni. Podziękowałam kobiecie, zostawiłam na stoliku kilka monet i ruszyłam przed siebie. Ale tym razem nie szłam już bez celu. Szłam, by zobaczyć Rzym dla siebie. Nie dla nas. Dla mnie.

Byłam szczęśliwa bez niego

Skręciłam w boczną uliczkę, gdzie nie było już turystów. Znalazłam mały warsztat rzemieślniczy, w którym starszy pan naprawiał stare zegary. Przez witrynę obserwowałam jego precyzyjne ruchy. Czas, o którym mówiła kobieta z kawiarni, tutaj był namacalny. Tysiące tykających mechanizmów. Weszłam do środka. Zapach starego drewna i oliwy był kojący. Mężczyzna spojrzał na mnie znad okularów i uśmiechnął się, nie przerywając pracy. Nie potrzebowaliśmy słów. Po prostu stałam tam i patrzyłam, jak przywraca życie czemuś, co wydawało się zepsute.

Później trafiłam na mały placyk z fontanną, o której nie pisały żadne przewodniki. Siedziała tam grupa młodych ludzi, grali na gitarach i śpiewali włoskie piosenki. Usiadłam na murku. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jestem sama. Czułam się częścią tej chwili. Wibracje muzyki, ciepły wiatr, zapach pieczonych kasztanów. Zrozumiałam, że przez lata uzależniałam swoje szczęście od nastroju Damiana. Jeśli on był zadowolony, ja też. Jeśli on był zestresowany, ja chodziłam na palcach. Teraz, siedząc na tym murku w sercu Rzymu, poczułam dziwną ulgę. Byłam szczęśliwa bez niego. To odkrycie było przerażające i wyzwalające jednocześnie.

Wyjęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie fontanny. Na ekranie zobaczyłam trzy nieodebrane połączenia od Damiana. Minęły cztery godziny, odkąd wyszłam z hotelu. Nie oddzwoniłam. Schowałam telefon głęboko do torebki. Postanowiłam, że wrócę dopiero wtedy, kiedy będę gotowa, a nie wtedy, kiedy on zauważy moją nieobecność.

Ja też powinnam być ważna

Wróciłam do hotelu po dwudziestej drugiej. Damian krążył po pokoju jak w klatce. Laptop był wreszcie zamknięty.

– Gdzie ty byłaś?! – krzyknął, gdy tylko przekroczyłam próg. – Dzwoniłem do ciebie! Martwiłem się! Miałaś tylko iść na spacer!

Spojrzałam na niego spokojnie. Nie czułam już tego lęku, który zazwyczaj towarzyszył mi, gdy podnosił głos. Nie czułam potrzeby tłumaczenia się, przepraszania, łagodzenia sytuacji.

– Byłam w Rzymie, Damian. Zwiedzałam. Jadłam najlepsze lody w życiu i słuchałam muzyki na placu – odpowiedziałam, zdejmując buty. Moje stopy pulsowały zmęczeniem, ale było to przyjemne uczucie.

– Sama? Przecież mieliśmy iść na kolację! Zarezerwowałem stolik, ale przepadł, bo cię nie było!

– Ty pracowałeś. Powiedziałeś, że potrzebujesz godziny. Minęły cztery. Nie zamierzałam spędzić walentynek, patrząc na twoje plecy – powiedziałam to bez złości, po prostu stwierdzając fakt.

Damian zamarł. Chyba spodziewał się awantury, płaczu, może moich błagań o uwagę. Mój spokój go zbił z tropu.

– Ale to było ważne, Paulina. Zrozum…

– Rozumiem – przerwałam mu. – Rozumiem, że praca jest ważna. Ale ja też powinnam być ważna. I dzisiaj zrozumiałam, że jeśli ja sama nie uznam siebie za priorytet, ty też nigdy tego nie zrobisz.

Usiadłam na łóżku i spojrzałam mu prosto w oczy. Widziałam w nich zagubienie. Po raz pierwszy od dawna patrzył naprawdę na mnie, a nie przeze mnie.

– Jestem głodna – powiedziałam po chwili ciszy. – Znam świetną pizzerię niedaleko. Możesz iść ze mną, ale pod jednym warunkiem. Telefon zostaje w pokoju. Całkowicie. Jeśli weźmiesz go do ręki, ja wracam do Polski pierwszym rannym lotem. I to nie jest groźba, Damian. To obietnica.

Wiedziałeś, że ja poczekam

Wahając się przez sekundę, Damian wyciągnął telefon z kieszeni i położył go na szafce nocnej. Wyglądał, jakby odcinał sobie rękę, ale zrobił to. Wyszliśmy w milczeniu. Prowadziłam go tymi samymi uliczkami, które odkryłam wcześniej. Pokazywałam mu kamienice, ukryte kapliczki, kota śpiącego na masce samochodu. W pizzerii było głośno i tłoczno. Dostaliśmy stolik w rogu, przyciśnięci do ściany, ramię w ramię z inną parą. Zamówiliśmy prostą pizzę i wodę.

– Przepraszam – powiedział nagle Damian, kiedy czekaliśmy na zamówienie. Jego głos był cichy, pozbawiony tej pewności siebie, którą zwykle emanował w sprawach zawodowych. – Nie zauważyłem, kiedy to się stało. Że telefon stał się ważniejszy od ciebie.

– Zauważyłeś – poprawiłam go. – Po prostu było ci tak wygodniej. Wiedziałeś, że ja poczekam. Zawsze czekałam.

– A teraz?

– Teraz już nie będę czekać – odparłam szczerze. – Ten wyjazd miał być dla nas, ale stał się dla mnie lekcją. Rzym pokazał mi, że potrafię cieszyć się życiem sama. Że potrafię znaleźć piękno bez twojej pomocy i bez twojej obecności. To ty musisz zdecydować, czy chcesz w tym uczestniczyć, czy wolisz być widzem na ekranie swojego smartfona.

Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowie. Była inna niż te, które prowadziliśmy w domu. Nie rozmawialiśmy o rachunkach, o zakupach, o planach na remont. Damian opowiedział mi o stresie, jaki czuje w pracy, o tym, że boi się porażki, że myśli, iż musi pracować za trzech, żeby udowodnić swoją wartość. Ja opowiedziałam mu o starszej kobiecie i o zegarmistrzu. O tym, jak bardzo brakuje mi bliskości, która nie polega tylko na spaniu w jednym łóżku.

Po prostu byliśmy

Obudziłam się rano, czując promienie słońca na twarzy. Miejsce obok mnie było puste. Serce zabiło mi mocniej. Czyżby znowu? Czy wczorajsza rozmowa była tylko chwilowym zawieszeniem broni? Wstałam i cicho podeszłam do drzwi łazienki. Były otwarte. Damiana tam nie było. Weszłam do głównego pokoju. Mój maż siedział przy stole. Nie miał w ręku telefonu. Trzymał w dłoni dwie papierowe kubki z kawą i papierową torbę z piekarni.

– Dzień dobry – powiedział, odwracając się. – Znalazłem tę piekarnię, o której mówiłaś. Mają niesamowite rogaliki z pistacją. Telefon leży w sejfie. Kod znasz tylko ty.

Uśmiechnęłam się. To był mały krok. Bardzo mały w skali całego naszego życia i problemów, które narastały latami. Ale był to krok w dobrą stronę.

Spędziliśmy ten dzień, włócząc się po Rzymie. Nie zaliczaliśmy zabytków z listy. Nie robiliśmy tysiąca zdjęć. Po prostu byliśmy. Usiedliśmy na Schodach Hiszpańskich, ale nie po to, by zrobić selfie, lecz by obserwować ludzi. Damian miał momenty, kiedy jego ręka odruchowo wędrowała do kieszeni, szukając urządzenia, którego tam nie było. Za każdym razem brałam go wtedy za rękę i ściskałam mocno. To był nasz niemy sygnał: "jestem tu, rzeczywistość jest tutaj".

Najlepsza walentynkowa lekcja

Wracając do Polski, wiedziałam, że to nie jest koniec. Pracoholizm Damiana nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po jednym udanym dniu w Rzymie. Wiedziałam, że będą kłótnie, że będą wieczory, kiedy on znów zniknie w wirtualnym świecie. Ale coś się zmieniło we mnie. Tamtego dnia, kiedy wyszłam sama na ulice Rzymu, odzyskałam swoją niezależność. Zrozumiałam, że nie jestem tylko dodatkiem do jego życia, "żoną swojego męża". Mam swoje pasje, swoją ciekawość świata i swoją siłę.

Kiedy teraz Damian siedzi zbyt długo z nosem w telefonie przy kolacji, nie czekam już potulnie, aż skończy. Wstaję, biorę książkę albo wychodzę na spacer. Przestałam błagać o jego czas. I paradoksalnie, odkąd przestałam o to zabiegać, on zaczął dawać mi go więcej. Może zrozumiał, że tym razem naprawdę mogę odejść – nie tylko do innej dzielnicy Rzymu, ale z jego życia na dobre. Rzym nie uratował naszego małżeństwa w taki sposób, jak sobie to wyobrażałam. Nie było scen jak z filmu. Ale Rzym uratował mnie. Dał mi odwagę, by postawić granice. I to była najlepsza walentynkowa lekcja, jaką mogłam dostać. Czasem, żeby kogoś odzyskać, trzeba najpierw odzyskać siebie.

Paulina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama