„Walentynki to dla mnie zwykła komercha. Zamiast kolacji przy świecach, wolę spędzić ten dzień pod kocem przy serialu”
„Przez lata zdążyłam przyzwyczaić się do bycia singielką, a im bardziej dojrzała się stawałam, tym mniej rozumiałam tę ogólną obsesję na punkcie walentynek. Może kiedyś było mi żal, że nie mam z kim się wybrać do kina czy na kolację, ale z czasem nauczyłam się cieszyć z własnego towarzystwa. Zamiast czerwonych róż wolę spokój, kubek herbaty i dobry serial”.

- Redakcja
Zbliżały się Walentynki, a ja po raz kolejny czułam, jakby świat postanowił, że wszyscy muszą być zakochani. Od tygodni witryny sklepów atakowały mnie serduszkami, restauracje kusiły „romantycznymi kolacjami dla dwojga”, a znajomi coraz śmielej wypytywali, czy kogoś mam i jakie plany na 14 lutego. Zawsze odpowiadałam, że nigdzie się nie wybieram, bo po prostu nie widzę sensu w celebrowaniu miłosnych świąt z przymusu.
Sama czułam się dobrze i nie potrzebowałam czekoladek od przypadkowego adoratora, żeby poczuć się wartościowa. Przez lata zdążyłam przyzwyczaić się do bycia singielką, a im bardziej dojrzała się stawałam, tym mniej rozumiałam tę ogólną obsesję na punkcie Walentynek. Może kiedyś było mi żal, że nie mam z kim się wybrać do kina czy na kolację, ale z czasem nauczyłam się cieszyć z własnego towarzystwa. Zamiast czerwonych róż wolę spokój, kubek herbaty i dobry serial. Dlatego odkryłam coś dużo lepszego niż Walentynki – Dzień Singla, który sama sobie świętuję.
Widzisz, dla mnie to luksus
Często ludzie myślą, że samotność to coś, czego należy się wstydzić albo co trzeba jak najszybciej naprawić. U mnie było zupełnie inaczej. Z czasem przekonałam się, że mogę być szczęśliwa sama ze sobą, bez desperackiego szukania partnera na siłę. Wiele moich koleżanek opowiadało, jak to bycie singielką jest przykre – że człowiek wraca do pustego mieszkania i wieczorami czuje się niepotrzebny. Tyle że ja czułam się potrzebna przede wszystkim sobie. Lubiłam te wieczory, kiedy mogłam rozłożyć się na kanapie w piżamie, zamówić pizzę, obejrzeć dowolny serial i nie musieć z nikim ustalać planów na wieczór. Czasem przychodziła do mnie Ola, jedna z niewielu koleżanek, które nie miały mi za złe tego, że nie marudzę na swój stan cywilny.
– Ty naprawdę się nie nudzisz sama? – zapytała pewnego wieczoru, patrząc z niedowierzaniem na moją stertę książek na stole.
– Przeciwnie. Jak jestem sama, mam wrażenie, że odpoczywam podwójnie – odpowiedziałam ze śmiechem.
Ola zamyśliła się na chwilę.
– W sumie trochę ci zazdroszczę. Ja się czasem czuję winna, kiedy mam ochotę po prostu być sama, a mój chłopak ciągle coś ode mnie chce – przyznała cicho.
– Widzisz, dla mnie to luksus – podsumowałam.
Ludzie są stworzeni do życia w parze
O ile sama ze sobą czułam się naprawdę dobrze, o tyle gorzej radziłam sobie z niekończącymi się pytaniami otoczenia. Rodzina uznała sobie za punkt honoru znalezienie mi kogoś „porządnego”. Na każdej rodzinnej imprezie wujek Rysiek nie odpuszczał okazji, żeby zagaić:
– No i co, Małgosiu? Nikogo na horyzoncie? Takiej ładnej dziewczynie wypadałoby już znaleźć chłopa…
Mama próbowała subtelniej, ale efekt był ten sam:
– Córeczko, nie czujesz się czasem samotna? Przecież ludzie są stworzeni do życia w parze.
Zdarzało mi się wybuchnąć śmiechem podczas takich rozmów.
– Mamo, mam siebie, mam przyjaciół i świetną pracę. Naprawdę nie muszę mieć kogoś tylko po to, żeby być „do pary”.
Czasem jednak te ciągłe dociekania potrafiły dopiec, zwłaszcza gdy pojawiały się porównania do koleżanek, które już miały dzieci, obrączki na palcach i, jak to mówiła babcia, „poukładane życie”.
– Nie czujesz presji? – zapytała któregoś dnia Ola, kiedy wspomniałam jej o rodzinnym spotkaniu.
– Czuję, i to ogromną, ale jeszcze większy mam opór, żeby robić coś tylko dlatego, że inni tego ode mnie oczekują – odpowiedziałam z przekąsem.
Wiedziałam, że niektórzy myślą, że jestem uparta, albo „dziwna”. Ale zamiast się tym przejmować, nauczyłam się z tego żartować.
Samotność była moim wyborem
Walentynki były dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Nie chodziło nawet o samotność – tej się nie bałam – lecz o atmosferę, jaka panowała w powietrzu. Wszędzie, gdzie nie spojrzałam, atakowały mnie czerwone baloniki, misie z serduszkami i oferty „kolacji dla zakochanych”. W pracy już tydzień wcześniej trwały dyskusje, kto co kupi swojej drugiej połówce, a przy biurku obok Magda przyjmowała zamówienia na kwiaty, które potem miały „niby przypadkiem” pojawić się na biurku wybranki. Ja ograniczałam się do parzenia kawy. Starałam się nie komentować, ale tego dnia nawet szef miał więcej luzu, pozwalał wychodzić wcześniej tym, którzy „świętują”.
– Gosia, ty się nie wybierasz na randkę? – rzucił ktoś z uśmiechem, przechodząc koło mojego stanowiska.
– Moja randka to serial i czekolada. Też się liczy, prawda? – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
Niektórzy śmiali się życzliwie, inni spoglądali z politowaniem. Najgorzej było jednak wieczorem, kiedy media społecznościowe zalewały zdjęcia zakochanych, kolacji przy świecach i podpisów: „Najlepszy chłopak na świecie”, „Moja miłość”. Wyłączałam wtedy telefon i kładłam się do wanny z pianą. Po godzinie wracała mi równowaga. Wiedziałam, że nie potrzebuję idealnego związku, żeby poczuć się spełniona. Moja samotność była moim wyborem, a nie porażką.
Jestem na swoim miejscu
Zamiast Walentynek, coraz chętniej świętowałam Dzień Singla. I nie byłam w tym sama – okazało się, że wokół mnie jest więcej dziewczyn, które wolą celebrować własną niezależność, niż poddawać się presji różowych serduszek. Zaczęło się od żartu: pewnego lutowego wieczoru napisałam do kilku znajomych singielek „Spotykamy się na kawę i pizzę, bo dobrze nam samej ze sobą!”. Odpowiedzi były natychmiastowe.
– Ja chętnie – odpisała Monika.
– Ja też się piszę na to – dodała Asia.
Nie sądziłam, że ta spontaniczna akcja zamieni się w naszą nową tradycję. Przez kilka lat, co roku, spotykałyśmy się właśnie 15 lutego. Każda przynosiła coś od siebie: wino, słodycze, śmieszne historie z randek, które nie wyszły. Byłyśmy dla siebie najlepszym towarzystwem. Tamte wieczory śmiałyśmy się z historii o nieudanych randkach, wymieniałyśmy opinie o najnowszych serialach i planowałyśmy wspólne wyjazdy. Bez ciśnienia, bez udawania, bez oceniania. Czułam, że wtedy naprawdę odpoczywam – i że jestem na swoim miejscu.
– Słuchajcie, nie zamieniłabym tej naszej singielskiej imprezy na żadną walentynkową kolację – stwierdziłam kiedyś, wznosząc toast.
– To nasze święto! – wtórowała mi Monika, a wszystkie przytaknęły.
To ja wybieram, co chcę świętować
Czasem zdarzały się dni, kiedy jednak coś mnie uwierało. Były takie wieczory, że samotność przygniatała – szczególnie gdy wracałam do pustego mieszkania, a za ścianą sąsiadka szykowała kolację dla męża. Wtedy nachodziły mnie pytania: czy to normalne, że czasem zazdroszczę innym ich poukładanego życia? Czy to znaczy, że jednak czegoś mi brakuje?
– A może ty po prostu za dużo myślisz? – zapytała pewnego razu Asia, kiedy rozmawiałyśmy o tym przy ostatnim kawałku ciasta.
– Może, chociaż czasem trudno nie myśleć, gdy wokół tyle par – przyznałam, próbując ukryć niepewność.
– My też mamy swoje szczęście, tylko wygląda inaczej niż w reklamach – dodała Monika. – Dla mnie luksusem jest wolny wieczór, kiedy mogę zjeść całą tabliczkę gorzkiej czekolady, nie musząc się dzielić.
Roześmiałyśmy się, bo każda z nas znała ten stan. Ostatecznie przekonywałam się, że wolę być szczera sama ze sobą niż udawać, że spełnia mnie związek tylko po to, by zadowolić innych. Samotność bywała trudna, czasem smakowała jak gorzka czekolada – ale nie zawsze musi być słodko, żeby było dobrze. Najważniejsze, że to ja wybieram, co chcę świętować.
Szczęście zaczyna się ode mnie
Z biegiem lat nauczyłam się, że bycie singlem nie jest żadną porażką. Właściwie to moje własne święto. Zamiast biegać za idealnym związkiem, postanowiłam skupić się na tym, co naprawdę sprawia mi radość. Czas spędzony w samotności stał się moim czasem na odkrywanie siebie. Od razu poczułam, jak wiele mogę zrobić sama – bez konieczności szukania potwierdzenia w oczach innych. W Dniu Singla, który stał się moim osobistym świętem, czułam się bardziej spełniona niż w jakiekolwiek walentynki.
Spotkania z przyjaciółkami, śmiech do łez, wspólne wieczory przy winie i gorzkiej czekoladzie były dla mnie najpiękniejszym prezentem. Przestałam czuć się gorsza tylko dlatego, że nie miałam kogoś u boku. Zrozumiałam, że to, jak się czuję, nie zależy od statusu związku, a od mojego nastawienia do życia.
W końcu zrozumiałam, że nie muszę czekać na idealną osobę, żeby być szczęśliwą. Szczęście zaczyna się ode mnie, od mojego sposobu patrzenia na świat. I to było najpiękniejsze odkrycie, jakie mogłam poczynić. Dzień Singla był moim świętem – bo dobrze mi samej.
Małgorzata, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o walentynkach we dwoje, ale mąż miał inny plan. Okupował kanapę i zajadał chipsy, gdy ja płakałam”
- „Myślałam, że na emeryturze miłość się już nie zdarza. A teraz romans grzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Myślałam, że walentynki nas zbliżą, ale mąż zamilkł przy kolacji. Gdy w końcu się odezwał, prawie spadłam z krzesła”

