„Walentynki spędzałam z przyjacielem, bo mój mąż wybrał pracę. Po tym mroźnym wieczorze już nic nie było takie same”
„Ten dzień był zbyt łatwy. Zbyt naturalny. Właśnie dlatego powtarzałam sobie w kółko, że skoro nie ma dotyku, nie ma niedomówień, to wszystko jest w porządku. To tylko przyjaźń. Tylko że dopiero przy nim pierwszy raz od dawna nie czułam się samotna”.

Myślałam, że czternasty lutego będzie po prostu kolejną datą do odhaczenia w kalendarzu. Dniem, który przejdę bokiem, bez większych emocji, z lekkim ukłuciem zazdrości i ulgą, że nie muszę udawać szczęścia. Nie spodziewałam się, że jeden zwyczajny poranek zmieni sposób, w jaki patrzyłam na swoje życie. Ani że wszystko zacznie się od decyzji, która miała nic nie znaczyć.
To miał być zwykły dzień
Tomasz wyjechał trzy dni wcześniej. Zostawił po sobie nieporządek w mieszkaniu i listę spraw do załatwienia, jakby to miało zastąpić rozmowę. Pocałował mnie w policzek, sprawdził godzinę i powiedział, że zadzwoni wieczorem, jeśli nie będzie zbyt zmęczony. Skinęłam głową, jak zawsze. Już nawet nie udawałam, że to dla mnie coś znaczy.
Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty, gdy napisał do mnie kolega, Paweł. Jego żona pracowała w tej samej firmie, co mój mąż.
– „Też będziesz jutro sama?” – zapytał, jakby pytał o pogodę.
Patrzyłam chwilę na ekran. Wiedział. Zawsze wiedział więcej, niż mówiłam na głos.
– „Wygląda na to, że tak” – odpisałam po chwili.
– „Możemy spędzić ten dzień razem. Normalnie. Bez sensacji” – dodał szybko.
„Bez sensacji”. To brzmiało bezpiecznie. Paweł był w moim życiu od lat, jeszcze zanim Tomasz stał się moim mężem. Znał moje historie, moje problemy, moje zmiany nastroju. Nigdy nie próbował niczego więcej. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyłam.
– „Jako przyjaciele” – napisałam, zanim zdążyłam się zastanowić.
– „Oczywiście” – odpowiedział niemal natychmiast.
Odłożyłam telefon i oparłam się o krzesło. Próbowałam nazwać to, co poczułam. Ulgę? Radość? Wstyd, że czekałam na jego wiadomość bardziej niż na telefon od własnego partnera?
Z Tomaszem wszystko było poprawne. Wspólne plany, wspólne rachunki, wspólne zdjęcia z wakacji. Tylko rozmowy jakoś się rozjechały. Kiedy zaczynałam mówić o sobie, on słuchał jednym uchem, drugie mając przyklejone do telefonu, do kolejnego zadania. Przy Pawle nie musiałam nawet kończyć zdań. Czasem wystarczało jedno spojrzenie.
– Może przesadzam – powiedziałam sama do siebie na głos.
Przecież to tylko jeden dzień. Może spacer, kawa, rozmowa. Nic, czego nie robiliśmy wcześniej. A jednak gdzieś głęboko czułam, że ta decyzja zostawi ślad. I że udaję przed sobą, że tego nie widzę.
Czułam się przy nim lekka
Spotkaliśmy się przed południem, bez planu i bez pośpiechu. Paweł stał pod kawiarnią z rękami w kieszeniach, jakby czekał na autobus, a nie na mnie. Uśmiechnął się lekko, kiedy mnie zobaczył, i to było wszystko. Żadnych życzeń, żadnych znaczących gestów. Normalność, która od razu mnie rozbroiła.
– Myślałem, że będzie gorzej – rzucił, gdy ruszyliśmy w stronę parku.
– Co konkretnie? – zapytałam.
– Ten dzień. Cała ta atmosfera – wzruszył ramionami.
Szliśmy obok siebie, dopasowując krok zupełnie naturalnie. Rozmawialiśmy o drobiazgach: o pracy, o filmie, który ostatnio widział, o tym, że zima w tym roku była jakaś bez wyrazu. Ani razu nie padło słowo „walentynki”. I chyba właśnie to sprawiło, że poczułam się lżej.
Usiedliśmy na ławce, z kubkami kawy parującymi w dłoniach. Było chłodno, ale nie chciałam się ruszać.
– Pamiętasz, jak kiedyś baliśmy się ciszy? – zapytał nagle.
– Z tobą? – zdziwiłam się.
– Z kimkolwiek. Teraz jakoś… cisza nie przeszkadza.
Miał rację. Siedzieliśmy chwilę bez słów i nie było w tym napięcia. Patrzyłam na ludzi przechodzących obok, na pary trzymające się za ręce, i po raz pierwszy tego dnia nie poczułam ukłucia zazdrości. Raczej spokój. Jakby moje miejsce było dokładnie tam, gdzie siedziałam.
Złapałam się na tym, że śmieję się głośniej niż zwykle. Opowiadam historie, których nie mówiłam nikomu innemu. Paweł słuchał uważnie, dopytywał, czasem tylko kiwał głową. Bez rad, bez poprawiania.
– Dobrze cię taką widzieć – powiedział w pewnym momencie, zupełnie zwyczajnie.
Serce zabiło mi szybciej i natychmiast włączyła się kontrolka ostrzegawcza. Uśmiechnęłam się, spuszczając wzrok. Ten dzień był zbyt łatwy. Zbyt naturalny. Właśnie dlatego powtarzałam sobie w kółko, że skoro nie ma dotyku, nie ma niedomówień, to wszystko jest w porządku. To tylko przyjaźń. Tylko że dopiero przy nim pierwszy raz od dawna nie czułam się samotna.
Odczułam między nimi różnicę
Wieczorem wróciłam do mieszkania sama. Było zbyt cicho, zbyt spokojnie, jakby dzień próbował udawać, że nic się nie wydarzyło. Zdjęłam płaszcz, odwiesiłam go starannie na swoje miejsce i przez chwilę stałam w przedpokoju, nie wiedząc, co zrobić dalej. Zazwyczaj w takich momentach pisałam do Tomka. Tym razem telefon leżał nieruchomo na blacie.
Odezwał się pierwszy. Zadzwonił chwilę po tym, jak zdjęłam buty.
– Jak minął dzień? – zapytał, a w tle słyszałam hotelowy szum.
– W porządku – odpowiedziałam automatycznie. – Spokojnie.
Zapadła krótka cisza. Ta sama, która od miesięcy pojawiała się między nami coraz częściej.
– U mnie intensywnie. Spotkania jedno po drugim – westchnął. – Padam na twarz.
– Rozumiem – powiedziałam, choć tak naprawdę coraz rzadziej rozumiałam.
Przez chwilę chciałam mu opowiedzieć o spacerze, o kawie, o śmiechu, który pojawił się nagle i bez zaproszenia. O tym, że było mi dobrze. Zatrzymałam się jednak w połowie zdania, którego nawet nie zaczęłam.
– Tęsknisz? – zapytał niespodziewanie.
Zawahałam się.
– Tak – skłamałam miękko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby.
Po rozmowie usiadłam na kanapie i poczułam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać. To nie było poczucie winy. Raczej dziwne rozdarcie. Jakby mój dzień należał do kogoś innego niż wieczór. Jakby dwa światy nie chciały się już skleić.
Kiedy Tomek wrócił dwa dni później, przywitałam go uśmiechem. Opowiadał o wyjeździe, a ja słuchałam, kiwając głową w odpowiednich momentach. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Tylko ja byłam gdzieś obok.
– Jesteś jakaś zamyślona – zauważył w końcu.
– Mam dużo na głowie – odpowiedziałam szybko.
Prawda była inna. Zrozumiałam, że nie potrafię już z nim rozmawiać. Mogę jednak być słyszana. Tylko nie tutaj. To odkrycie bolało bardziej niż jakakolwiek kłótnia, bo nie mogłam go cofnąć.
Myśli nie dawały mi spokoju
Po walentynkach zapadła cisza, której nikt z nas nie nazwał, ale oboje ją poczuliśmy. Paweł przestał pisać pierwszy. Ja na pytania odpowiadałam krócej, ostrożniej, jakby każde zdanie mogło zdradzić coś, czego jeszcze nie rozumiałam. To było męczące, bo nagle zabrakło tej lekkości, która pojawiła się tak niespodziewanie.
Złapałam się na tym, że w myślach wracam do tamtego dnia. Nie do konkretnych momentów, tylko do siebie samej. Do tego, jaka byłam spokojna. Jaka uważna. Jakbym na chwilę przestała się pilnować.
– Coś się między nami zmieniło – powiedział Tomasz pewnego wieczoru, odkładając telefon.
– Co masz na myśli? – zapytałam, choć wiedziałam.
– Jesteś bliżej, a jednocześnie dalej.
To zdanie chodziło za mną cały wieczór. Bliżej i dalej jednocześnie. Dokładnie tak się czułam. Chciałam mu powiedzieć, że to nie jego wina. Że nikt nie zrobił nic złego. Ale jak wytłumaczyć, że brakowało mi rozmów, które nie były tylko raportem z dnia?
Z Pawłem spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie. Wymieniliśmy krótkie spojrzenie, szybki uśmiech.
– Wszystko u ciebie w porządku? – zapytał cicho.
– Tak – odpowiedziałam szybko.
Stałam między półkami, udając zainteresowanie produktami, a w środku czułam narastający niepokój. Nie tęskniłam za nim wprost. Tęskniłam za tą wersją siebie, którą przy nim zobaczyłam. To było najtrudniejsze do przyznania.
Wieczorami analizowałam każde słowo, każdy gest z przeszłości, jakby mogły mi dać odpowiedź. Zamiast tego pojawiały się kolejne pytania. Czy jeden dzień może naprawdę zmienić tak wiele? Czy raczej obnażył to, co już dawno było naruszone? Zaczęłam rozumieć, że nie da się wrócić do stanu sprzed. Nawet jeśli nikt nie przekroczył żadnej granicy.
Dowiedział się prawdy
Nie planowałam tej rozmowy. Przyszła sama, w najmniej odpowiednim momencie. Tomasz siedział przy stole, przeglądając coś na laptopie, gdy nagle zamknął go z cichym kliknięciem.
– Byłaś z Pawłem w walentynki? – zapytał spokojnie.
To nie było zwykłe pytanie. Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł.
– Skąd…? – zaczęłam, ale urwałam. To nie miało znaczenia.
– Lena wspomniała o tym mimochodem – dodał. – Dla niej to było oczywiste.
Usiadłam naprzeciwko niego, splatając dłonie. W głowie miałam pustkę.
– Nic się nie wydarzyło – powiedziałam w końcu. – Naprawdę.
Tomek patrzył na mnie długo, jakby próbował zobaczyć coś pod powierzchnią słów.
– Właśnie to mnie martwi – odpowiedział cicho. – Że mówisz „nic”, a ja czuję, że to nieprawda.
Tego samego dnia Paweł napisał krótką wiadomość.
– „Lena wie. I nie jest spokojna”.
Spotkaliśmy się wieczorem, żeby to wyjaśnić. We czwórkę. Bez krzyków, bez oskarżeń. Lena mówiła rzeczowo, precyzyjnie, jakby analizowała sytuację, a nie własne emocje.
– Tu nie chodzi o fakty – powiedziała. – Chodzi o to, co to znaczyło.
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Po raz pierwszy ktoś nazwał to, przed czym uciekałam. Tomek milczał, a jego cisza była cięższa niż jakiekolwiek słowa.
– Czuję się odsunięta – dodała Lena. – Jakbyście byli w czymś razem beze mnie.
W drodze do domu mąż odezwał się dopiero pod drzwiami.
– Może i mnie nie zdradziłaś – powiedział. – Ale przestałaś być tylko moja.
Te słowa bolały najbardziej, bo były prawdziwe. Nie potrafiłam już powiedzieć, że to nic nie znaczyło. Wiedziałam, że znaczyło. Nie dla Pawła. Tylko dla mnie.
Coś się zmieniło na dobre
Zostaliśmy razem mimo wszystko. Tak było najłatwiej do wytłumaczenia światu i najtrudniej do wytłumaczenia sobie. Tomasz starał się bardziej, przynajmniej na początku. Pytał, czy wszystko w porządku, proponował wspólne wieczory, nawet słuchał cierpliwiej niż zwykle. A ja odpowiadałam poprawnie, spokojnie, jak ktoś, kto nauczył się nowego języka, ale wciąż myśli w starym.
Z Pawłem kontakt niemal zamarł. Kilka zdawkowych wiadomości, jedno wymuszone spotkanie w większym gronie. Za każdym razem czułam ciężar niewypowiedzianych zdań, które wisiały między nami jak coś, czego nie wolno już dotknąć. Nie było dramatu, nie było pożegnań. Było powolne odsuwanie się, jakbyśmy oboje bali się sprawdzić, co jeszcze tam zostało.
Najtrudniejsze przyszło później, w zwykłe dni. Kiedy siedziałam obok Tomasza i wiedziałam, że nie potrafię już wrócić do tamtej wersji siebie sprzed walentynek. Nie dlatego, że wydarzyło się coś zakazanego. Tylko dlatego, że zobaczyłam różnicę. Jedno niewinne porównanie wystarczyło, by rysy stały się widoczne.
Zrozumiałam, że czasem nie trzeba zdrady, by coś się skończyło. Wystarczy chwila, w której ktoś zobaczy nas naprawdę. A potem wrócić tam, gdzie od dawna patrzono obok.
Gabriela, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Tej zimy na lodzie złapałam nie tylko zająca. To była miłość od pierwszego zderzenia”
- „W moim związku od dawna wiało nudą. Mąż był zimny jak lód, więc szukałam ciepła w ramionach innego”
- „Żałuję, że puściłam męża samego na ferie. Wrócił przesiąknięty smrodem waniliowych perfum, kłamstwa i zdrady”

