„Walentynki nigdy mnie nie cieszyły. Do czasu, gdy zgubiłam rękawiczkę, a miłość znalazła mnie sama”
„Walentynki zawsze traktowałam jak dzień, który trzeba po prostu przeczekać: jak korek uliczny albo długą kolejkę w urzędzie. Wyszłam z pracy wcześniej tylko po to, żeby nie patrzeć na koleżanki planujące wieczory pełne emocji. Ulice były głośniejsze niż zwykle, jakby wszyscy chcieli udowodnić, że są szczęśliwi”.

Świat tamtego dnia był przesycony czerwienią, której nie znosiłam. Serca w witrynach, uśmiechy par na przystankach, cudze dłonie splecione jakby na pokaz. Szłam szybciej, z głową pełną ironicznych myśli i z kieszeniami zbyt płytkimi na spokój. Nie znosiłam walentynek, bo zawsze jakoś ciążyły, a z drugiej strony wydawały się potwornie sztuczne. Nie zauważyłam nawet, kiedy jedna rękawiczka przestała mnie chronić przed zimnem.
Poczułam coś dziwnego
Walentynki zawsze traktowałam jak dzień, który trzeba po prostu przeczekać: jak korek uliczny albo długą kolejkę w urzędzie. Wyszłam z pracy wcześniej tylko po to, żeby nie patrzeć na koleżanki planujące wieczory pełne emocji. Ulice były głośniejsze niż zwykle, jakby wszyscy chcieli udowodnić, że są szczęśliwi. Ja miałam na to swój sposób — kaptur naciągnięty na głowę i myśli krążące wokół spraw zupełnie przyziemnych.
Dopiero na trzeciej ulicy poczułam chłód w lewej dłoni. Zatrzymałam się gwałtownie, jakby ktoś pociągnął mnie za ramię. Rękawiczki nie było. Przez moment stałam bez ruchu, patrząc na przechodniów, którzy omijali mnie obojętnie. Pomyślałam, że to w sumie pasuje. Zawsze coś gubiłam: rzeczy, ludzi, momenty, w których powinnam zostać.
— Przepraszam! — usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się niechętnie. Stał kilka kroków dalej, lekko zdyszany, z uniesioną dłonią. W niej była moja rękawiczka.
— Upuściła ją pani wcześniej — powiedział spokojnie. — Próbowałem dogonić, ale… szybko pani chodzi.
Poczułam coś dziwnego — jakby ktoś naruszył moją prywatną przestrzeń, choć stał w bezpiecznej odległości. Skinęłam głową i wyciągnęłam rękę.
— Dziękuję. Pewnie nawet bym nie zauważyła.
Uśmiechnął się krótko, bez przesady, jakby nie chciał mnie speszyć.
— Szkoda byłoby zgubić coś, co jeszcze może się przydać.
To zdanie zawisło między nami na sekundę dłużej, niż powinno. Przytaknęłam, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Miał ciepły głos i spojrzenie, które nie oceniałо. Przez moment pomyślałam, że zapyta o coś więcej, ale on tylko zrobił krok w tył.
— Miłego wieczoru — dodał.
— Wzajemnie — odpowiedziałam odruchowo.
Odszedł, a ja stałam jeszcze chwilę, patrząc za nim. Potem ruszyłam dalej, już wolniej. Rękawiczka była na swoim miejscu, ale coś we mnie drgnęło. Jakby drobny gest, zupełnie nie na pokaz, zostawił ślad, którego nie potrafiłam zignorować.
Szliśmy chwilę obok siebie
Przez kilka dni po walentynkach łapałam się na tym, że wracałam myślami do tamtej krótkiej rozmowy. Do tonu jego głosu, do zdania, które brzmiało jak przypadek, a zostawiło po sobie zaskakująco dużo miejsca. Irytowało mnie to. Nie lubiłam, gdy obcy ludzie zajmowali we mnie więcej przestrzeni, niż na to zasługiwali. Spotkaliśmy się ponownie w drodze do pracy. Najpierw zauważyłam go kątem oka: ten sam płaszcz, ten sam spokojny krok. Udawałam, że go nie widzę, dopóki nie zrównał się ze mną na przejściu.
— Dzień dobry — powiedział, jakbyśmy znali się od dawna.
— Dzień dobry — odpowiedziałam ostrożnie.
Szliśmy chwilę obok siebie, bez pośpiechu. Zaskoczyło mnie, że cisza nie była niezręczna.
— Mam nadzieję, że rękawiczka nie zgubiła się ponownie — rzucił z lekkim uśmiechem.
— Tak. Chyba nawet bardziej ją teraz doceniam.
Spojrzał na mnie uważnie, ale bez natarczywości.
— Igor — przedstawił się po prostu.
— Klara.
I to wystarczyło. Bez pytań, bez deklaracji. Od tamtej pory zaczęliśmy mijać się częściej — czasem celowo, czasem zupełnie przypadkiem. Krótkie rozmowy na chodniku, kilka zdań o pogodzie, o drodze, o tym, jak miasto potrafi zmęczyć. Nie było w tym flirtu, a jednak czułam, że każde spotkanie zostawia mnie bardziej obecną.
Monika zauważyła pierwsza.
— Jesteś jakaś… rozproszona — powiedziała, mieszając herbatę w mojej kuchni. — Coś się stało?
Wzruszyłam ramionami.
— Nic takiego. Po prostu kogoś spotkałam.
— Kogoś? — Uniosła brwi. — Klara, ty nigdy nie mówisz „kogoś” bez powodu.
Opowiedziałam jej o Igorze, starając się zabrzmieć obojętnie. Słuchała uważnie, ale jej spojrzenie było czujne.
— Uważaj — powiedziała w końcu. — Takie historie brzmią ładnie tylko na początku.
— To nawet nie jest historia — zaprotestowałam. — To kilka rozmów.
A jednak, gdy wracałam tego wieczoru do domu, pomyślałam o nim. O tym, jak słuchał, zamiast wypełniać ciszę sobą. Emocje, których nie planowałam, zaczęły się we mnie układać w coś zbyt wyraźnego. I to właśnie zaczęło mnie najbardziej niepokoić.
Spojrzałam na niego ostro
To miało być kolejne zwyczajne spotkanie. Krótki spacer po pracy, kilka zdań rzuconych mimochodem, nic zobowiązującego. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyłam, kiedy szłam w jego stronę. Zima zaczynała odpuszczać, ale we mnie narastało napięcie, jakby coś nieuchronnie zmierzało do głosu. Usiedliśmy na ławce przy bocznej ulicy, gdzie ruch był mniejszy. Igor przez chwilę milczał, obracając w palcach kubek z gorącym napojem.
— Zauważyłem, że ostatnio jesteś gdzieś dalej — powiedział w końcu. — Jakbyś była tu tylko na chwilę.
Zaskoczyła mnie ta uważność. Od razu poczułam odruch obronny.
— Przesadzasz. Po prostu mam dużo na głowie.
— Wiem. — Skinął głową. — Też tak mówiłem, kiedy nie chciałem czegoś nazwać.
Spojrzałam na niego ostro.
— Nie wszystko trzeba nazywać.
— Czasem trzeba — odpowiedział spokojnie. — Bo inaczej się to gubi. Tak jak rękawiczki.
To było zbyt celne. Wstałam gwałtownie.
— Igor, ja nie szukam niczego więcej. Lubię te rozmowy, ale… — Zawahałam się. — Nie chcę, żebyś sobie coś dopowiadał.
On też wstał, ale nie podszedł bliżej.
— A jeśli to ja nie chcę już udawać, że to nic nie znaczy? — zapytał cicho. — Nie mówię o obietnicach. Mówię o uczciwości.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Przez głowę przemknęły mi wszystkie wcześniejsze rozczarowania, twarz Pawła, jego chłód, moje ciągłe dostosowywanie się.
— Boję się — wyrwało mi się nagle. — Kiedy robi się blisko, zawsze coś tracę.
Igor spojrzał na mnie z czymś, co przypominało zrozumienie.
— Ja też się boję — przyznał. — Ale bardziej boję się znowu przejść obok czegoś ważnego i udawać, że tego nie widziałem.
Milczeliśmy chwilę, stojąc naprzeciw siebie. Wiedziałam, że jeśli teraz odejdę, wrócę do bezpiecznej pustki. Jeśli zostanę, nic nie będzie już takie samo.
— Daj mi czas — powiedziałam w końcu, ciszej. — Nie umiem inaczej.
— Dobrze — odpowiedział bez wahania. — Tylko nie znikaj.
Nie obiecałam, ale też nie odeszłam od razu. I to było więcej, niż kiedykolwiek wcześniej potrafiłam dać.
Napisałam do niego późno
Po tamtym wieczorze wszystko zwolniło, jakby ktoś nagle ściszył dźwięki świata. Igor dotrzymał słowa — dał mi czas. Nie pisał bez powodu, nie pojawiał się przypadkiem na mojej trasie. Ta przestrzeń, o którą prosiłam, okazała się jednak zaskakująco głośna. Każdy dzień bez jego obecności uwierał bardziej, niż chciałam przyznać. Zaczęłam analizować swoje reakcje. To, jak instynktownie się wycofałam. Jak bardzo nauczyłam się trzymać wszystko na dystans, byle tylko nie ryzykować. I właśnie wtedy odezwała się przeszłość.
Wiadomość od Pawła przyszła wieczorem, krótka i rzeczowa. Pytał, co u mnie. Patrzyłam na ekran dłuższą chwilę, zanim odłożyłam telefon. Spotkaliśmy się kilka dni później zupełnie przypadkiem. Stał przede mną znajomy, a jednak obcy.
— Dobrze wyglądasz — powiedział, jakby to było coś, co zawsze mówił.
— Ty też — odpowiedziałam grzecznie.
Rozmowa była poprawna, spokojna, pusta. Zrozumiałam wtedy coś, co wcześniej wymykało mi się uparcie. To nie on był chłodny. To ja latami godziłam się na brak uważności, bo wydawała się bezpieczna. Pożegnaliśmy się szybko, bez żalu. Wracając do domu, pomyślałam o Igorze. O jego cierpliwości. O tym, że nie próbował mnie przekonać, tylko dał mi wybór. I że jego nieobecność bolała bardziej niż nieobecność Pawła kiedykolwiek.
Napisałam do niego późno, niepewnie: „Jeśli propozycja rozmowy nadal jest aktualna… chciałabym spróbować”.
Odpowiedź przyszła po chwili: „Jest. Zawsze była”.
Kiedy spotkaliśmy się ponownie, nie było wielkich słów. Usiadłam naprzeciw niego, czując strach, ale i coś nowego — gotowość. Zrozumiałam, że bliskość nie polega na braku lęku, tylko na decyzji, by nie pozwolić mu wszystkim rządzić.
Chodziło o uwagę
Spotykaliśmy się dalej, bez planów rozpisanych na przyszłość. Bez obietnic, które miałyby mnie przytłoczyć. Były za to rozmowy, w których nie musiałam niczego udawać. Chwile ciszy, które nie domagały się wypełnienia. Zauważyłam, że przestałam liczyć kroki do tyłu, a zaczęłam sprawdzać, jak to jest iść obok kogoś, a nie przed nim albo za nim.
Pewnego dnia, zupełnie zwyczajnego, przypomniały mi się tamte walentynki. Zimno, pośpiech i rękawiczka, którą ktoś postanowił oddać, choć mógł przejść obojętnie. Zrozumiałam, że nie chodziło o gest. Chodziło o uwagę. O decyzję, by kogoś zauważyć i pozwolić się zauważyć. Nie wszystko było proste. Nadal miewałam momenty, w których chciałam się wycofać, zamknąć w dobrze znanym dystansie. Różnica polegała na tym, że tym razem mówiłam o tym głośno. A Igor słuchał, nie próbując mnie naprawiać ani przyspieszać.
Walentynki przestały być dla mnie symbolem braku. Stały się przypomnieniem, że czasem wystarczy zostać chwilę dłużej. Nie uciec w pierwszym odruchu. Dać sobie prawo do bycia ważną —nie idealną, nie pewną, ale obecną. I to była decyzja, którą po raz pierwszy podjęłam naprawdę dla siebie.
Klara, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W domu tylko ja potrafiłam obsłużyć pralkę, zmywarkę i odkurzacz. Gdy przestałam to robić, dom wyglądał jak śmietnik”
- „Syn z niecierpliwością czeka, by zgarnęła mnie klepsydra. Ważne jest tylko to, bym przed śmiercią podpisała testament”
- „Teść ma prawie 70 lat i za grosz szacunku do innych. Teściowa dawała sobie wejść na głowę, a ja ustawię go do pionu”

