„Walentynki miały być dla mnie dniem żałoby. Zmarły mąż zafundował mi jednak emocjonalny rollercoaster nawet po śmierci”
„Był tylko szok i organizacja pogrzebu, na którym czułam się jak aktorka grająca główną rolę w filmie, którego scenariusza nie czytałam. Przez pierwsze miesiące byłam w letargu”.

Nigdy nie sądziłam, że dźwięk łamiącej się czekolady może brzmieć jak wyrok, a cisza w pustym mieszkaniu będzie krzyczeć głośniej niż kłótnia. Kiedy po raz pierwszy od dziesięciu lat kupiłam ten cholerny prezent sama dla siebie, myślałam, że to szczyt desperacji. Nie wiedziałam jeszcze, że to początek najważniejszej lekcji w moim życiu. I że nie wszystko wokół wygląda tak, jak mi się wydaje.
Szymona nie było
Luty w tym roku był wyjątkowo podły. Nie taki bajkowy, z prószącym śniegiem, który osiada na rzęsach i wygląda jak filtr z Instagrama. To był luty brudny, mokry, pełen błota pośniegowego i tego przenikliwego wiatru, który wdziera się pod płaszcz i mrozi kości. Ale to nie pogoda była najgorsza. Najgorsza była ta wszechobecna, agresywna czerwień. Wystawy sklepowe krzyczały promocjami dla dwojga. W kawiarniach serwowano latte z serduszkiem z cynamonu, a kwiaciarnie na każdym rogu wyglądały, jakby wybuchła w nich bomba z różami.
Dla kogoś, kto właśnie przeżywa swoje pierwsze walentynki w pojedynkę, miasto wyglądało jak poligon. Czułam się jak intruz we własnym życiu. Jeszcze rok temu byłam po tamtej stronie — wybierałam z Markiem wino, śmialiśmy się z komercjalizacji miłości, a potem i tak lądowaliśmy w łóżku, ignorując cały świat. Teraz Szymona nie było.
Została po nim szafa pełna koszul, których wciąż nie miałam siły spakować, i ten specyficzny zapach wody kolońskiej, który powoli wietrzał z poduszek, doprowadzając mnie do szału. Została też pustka. I te przeklęte walentynki. Zdecydowałam, że nie będę ofiarą. Nie będę tą smutną wdową, która siedzi w ciemności i płacze do zdjęcia. Postanowiłam, że zrobię coś, co zawsze uważałam za szczyt snobizmu. Weszłam do „Manufaktury Czekolady” — tego małego, pretensjonalnego sklepiku na rogu, gdzie jedna pralinka kosztuje tyle, co porządny obiad.
— Poproszę to największe pudełko — powiedziałam, starając się, by mój głos nie drżał.
Ekspedientka, dziewczyna z dorysowanymi brwiami, spojrzała na mnie z mieszanką litości i znudzenia.
— To z edycji limitowanej? Zakazany Owoc?
— Tak. Dla mnie. Wszystkie dla mnie — rzuciłam, płacąc zbliżeniowo.
Wyszłam stamtąd z pudełkiem obwiązanym złotą wstążką, czując się dziwnie... potężna. I jednocześnie potwornie samotna. Ale to nie był koniec. To, co miało się wydarzyć tego wieczoru, miało korzenie w czymś, co odkryłam trzy miesiące temu. W czymś, co sprawiło, że moja żałoba miała smak piołunu, a nie tylko smutku.
Moje cierpienie jest oszustwem
Muszę się cofnąć w czasie. Szymon zginął w wypadku samochodowym osiem miesięcy temu. Koniec. Nie było pożegnań, nie było ostatnich słów. Był tylko szok i organizacja pogrzebu, na którym czułam się jak aktorka grająca główną rolę w filmie, którego scenariusza nie czytałam. Przez pierwsze miesiące byłam w letargu. Funkcjonowałam na autopilocie. Praca, dom, sen, praca. Ale trzy miesiące temu, robiąc porządki w garażu, miejscu, które było królestwem Szymona, coś znalazłam.
Stare pudło z narzędziami. A w nim, na samym dnie, owinięty w szmatę do polerowania, stary model iPhone’a. Rozładowany. Serce podeszło mi do gardła. Znaliśmy się od studiów. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Przynajmniej tak mi się wydawało. Znałam kod do jego głównego telefonu, do maila, do konta w banku. Byliśmy transparentni. Po co mu był drugi telefon? Naładowałam go, trzęsącymi się rękami podłączając kabel. Czułam się brudna. Jak szpieg we własnym małżeństwie. To pewnie stary grat, o którym zapomniał — tłumaczyłam sobie. Ale instynkt podpowiadał mi co innego. Ten ścisk w żołądku, który pojawia się, gdy wiesz, że zaraz stanie się coś złego.
Telefon się włączył. Nie miał blokady ekranu. Weszłam w wiadomości. Było ich niewiele. Wszystkie do jednego kontaktu zapisanego jako K. Ostatnia wiadomość, wysłana dwa dni przed wypadkiem: „Nie mogę się doczekać. Ewa nic nie podejrzewa. Będzie idealnie. Do zobaczenia w piątek. Kocham, S”.
Ewa nic nie podejrzewa. Kocham, S. Upuściłam telefon na betonową posadzkę. Ekran pękł, ale słowa nadal tam były. Wyraźne, ostre jak brzytwa. Mój idealny mąż. Mój Szymon, który przynosił mi herbatę do łóżka, który trzymał mnie za rękę podczas każdego pobierania krwi, bo wiedział, że mdleję. Ten sam Szymon miał kogoś innego. Miał jakąś K.
Przez ostatnie trzy miesiące żyłam z tą wiedzą jak z nowotworem. Nie powiedziałam nikomu. Ani mojej matce, ani najlepszej przyjaciółce, Kaśce. Wstydziłam się. Wstydziłam się, że opłakuję kogoś, kto mnie okłamywał. Że moje cierpienie jest oszustwem, bo on wcale nie był mój. Zaczęłam własne śledztwo. Przejrzałam bilingi (nic nie znalazłam, telefon był na kartę prepaid). Przeszukałam jego rzeczy. Znalazłam rachunki z restauracji, w których rzekomo był na spotkaniach z klientami. Daty zgadzały się z wiadomościami. Dziś, w walentynki, ból był podwójny. Tęskniłam za nim i nienawidziłam go jednocześnie.
Otworzyłam
Wróćmy do dzisiejszego wieczoru. Przyszłam do mieszkania z pudełkiem czekoladek. W holu pachniało jeszcze pastą do podłóg, którą dozorca namiętnie polerował klatkę schodową. Weszłam do środka, rzuciłam płaszcz na fotel. Podeszłam do okna. Moje mieszkanie na trzecim piętrze miało jedną wielką zaletę ” szeroki parapet, na którym można było usiąść. Zrobiłam sobie herbatę, wzięłam pudełko Zakazany Owoc i usiadłam, patrząc na oświetlone miasto.
I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zamarłam. Nikogo się nie spodziewałam. Kaśka wiedziała, że chcę być sama (myślała, że to z powodu żałoby, nie wiedziała o K.). Może kurier? Ale o tej godzinie? Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer. Na korytarzu stała młoda kobieta. Bardzo młoda. Mogła mieć góra dwadzieścia kilka lat. Długie, jasne włosy, skromny płaszcz. W rękach trzymała dużą kopertę.
Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Instynkt. To był ten sam instynkt, który kazał mi włączyć stary telefon w garażu. Otworzyłam.
— Pani Ewa? — zapytała cicho. Miała duże, sarnie oczy i wyglądała na przerażoną.
— Tak. A pani?
— Nazywam się Klaudia. — Głos jej zadrżał. — Ja... ja znałam pana Szymona.
Klaudia. K. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Więc to ona. Ta smarkula. Ta dziewczyna, która mogłaby być jego córką. To z nią mnie zdradzał? Z nią pisał, że mnie kocha, ale Ewa nic nie podejrzewa? Fala gorąca uderzyła mnie w twarz. Miałam ochotę zatrzasnąć jej drzwi przed nosem albo rzucić się na nią z pazurami. To było pierwotne, zwierzęce uczucie.
— Czego chcesz? — wycedziłam, nawet nie zapraszając jej do środka. — Przyszłaś sprawdzić, jak sobie radzi wdowa po twoim kochanku?
Dziewczyna cofnęła się, jakbym ją uderzyła. Jej oczy napełniły się łzami.
— Co? Nie! Boże, nie... Pani myśli, że ja i pan Szymon...? — Zasłoniła usta. — O Jezu.
Stała tak chwilę, a ja patrzyłam na nią z nienawiścią. Ale w jej reakcji było coś, co mnie zbiło z tropu. Nie było tam buty, nie było triumfu drugiej kobiety. Było przerażenie i... wstyd?
— Proszę, niech pani pozwoli mi wejść na chwilę — powiedziała błagalnie, wyciągając w moją stronę kopertę. — Muszę to pani oddać. Obiecałam mu, że jeśli... jeśli coś się stanie, to dostarczę to osobiście. Ale bałam się. Zbierałam się osiem miesięcy.
Odsunęłam się odruchowo, wpuszczając ją do środka. Weszła do salonu, rozglądając się niepewnie. Zobaczyła czekoladki na parapecie.
— Walentynki... — szepnęła. — On tak bardzo chciał zdążyć przed zeszłymi walentynkami.
— O czym ty mówisz? — Mój głos był ostry, ale ręce mi się trzęsły. Usiadłam na fotelu, bo nogi odmawiały posłuszeństwa. — Kim ty jesteś?
Klaudia usiadła na brzegu kanapy. Położyła kopertę na stoliku.
— Jestem studentką architektury na ASP. Pan Szymon... on był moim mentorem. Nieformalnym.
Prychnęłam.
— Mentorem? I pisał do ciebie „Kocham, S.”? Znalazłam telefon, Klaudia. Nie kłam.
Dziewczyna poczerwieniała, ale sięgnęła do torebki i wyciągnęła swój telefon. Przesunęła palcem po ekranie i podała mi go.
— Proszę przeczytać kontekst. Całą rozmowę. Nie tylko ostatnie zdanie.
Wzięłam telefon. Czułam się jak w jakimś surrealistycznym śnie. Przewijałam wiadomości w górę.
„Projekt jest prawie gotowy. To będzie coś niesamowitego. Ewa oszaleje” — pisała Klaudia.
„Musi być idealnie. To ma być dom naszych marzeń. Chcę jej to dać na 10. rocznicę. Ale cii, Ewa nic nie podejrzewa” — odpisywał Szymon.
„Szymon, te plany altany... są genialne. Jesteś niesamowitym projektantem”.
„Dzięki, młoda. Cieszę się, że mogę pomóc ci w portfolio. Ale pamiętaj, priorytet to ten dom pod miastem. To ma być niespodzianka życia”.
I ta ostatnia wiadomość, którą widziałam na jego telefonie, ale ucięta przez moją wyobraźnię i brak kontekstu wcześniejszych SMS-ów.
„Nie mogę się doczekać. Ewa nic nie podejrzewa. Będzie idealnie. Do zobaczenia w piątek. Kocham, S”. — Tu Klaudia wskazała palcem na ekran. — On nie napisał „Kocham Cię”. On napisał „Kocham S.” , w sensie „Kocham (swoją żonę) — Szymon”. Albo po prostu to był skrót myślowy, bo pisał o projekcie domu dla pani. On zawsze tak pisał o pani. Że panią kocha. W co drugim SMS-ie było o pani.
Zatkało mnie. Patrzyłam na ekran. Kocham, S. — to mógł być podpis. Albo urwane zdanie.
— A spotkania? Restauracje? — zapytałam słabo.
— Konsultowaliśmy projekt. — Klaudia otworzyła kopertę. Wysypały się z niej wydruki, szkice, wizualizacje.
Na stole wylądował projekt pięknego, parterowego domu z wielkimi oknami. Z dokładnie takim oknem z siedziskiem, jakie lubiłam, ale z widokiem na las, nie na ulicę.
— Kupił działkę pod miastem rok temu — wyjaśniła Klaudia. — Chciał zrobić niespodziankę na walentynki, ale biurokracja się przedłużała. Potem chciał zdążyć na rocznicę. Zatrudnił mnie, bo chciał dać szansę komuś młodemu, a ja potrzebowałam pieniędzy na czesne. Płacił mi gotówką, żeby pani nie zauważyła przelewów. Dlatego ten drugi telefon. Żeby pani nie zobaczyła powiadomień od architekta.
Chwyciłam jeden ze szkiców. Na marginesie, pismem Szymona, było nabazgrane: „Tu musi być dużo światła. Ewa kocha słońce, ale nienawidzi, jak razi ją w oczy przy czytaniu. Zastosujmy te rolety, o których mówiliśmy”. Dalej: „Kuchnia duża. Lubimy gotować razem. Dwa zlewy, koniecznie!”.
Łzy zaczęły kapać na papier, rozmazując tusz.
— On... on mnie nie zdradzał? — To pytanie zawisło w powietrzu, banalne i tragiczne zarazem.
— Proszę pani. — Klaudia uśmiechnęła się smutno. — On o pani mówił bez przerwy. Czasami to było aż nudne. Ewa by to wolała w błękicie, Ewa ma uczulenie na ten rodzaj drewna. On budował ten dom jako pomnik dla waszej miłości. Kiedy zginął... nie wiedziałam, co zrobić. Działka formalnie jest przepisana na państwa, dokumenty są u notariusza, ale nikt pani o tym nie powiadomił, bo sprawa utknęła. Bałam się przyjść. Bałam się, że pani pomyśli dokładnie to, co pani pomyślała.
Zaśmiałam się przez łzy
Klaudia wyszła godzinę później. Wypiłyśmy herbatę. Płakałyśmy obie. Dała mi klucze do bramy tej działki, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Zostałam sama. Znowu. Ale ta samotność była inna. Przez ostatnie trzy miesiące żyłam w klatce zbudowanej z gniewu, zazdrości i poczucia odrzucenia. Nienawidziłam zmarłego męża za to, że zniszczył moje wspomnienia. A on... on w tym czasie, w tajemnicy, próbował spełnić moje największe marzenie, o którym mówiłam mu lata temu szeptem, leżąc w wannie.
Podeszłam do okna. Wzięłam pudełko pralin. Otworzyłam je. Zapach czekolady uderzył mnie mocno, słodko, duszno. Wzięłam pierwszą pralinkę. Biała czekolada z malinami. Włożyłam ją do ust. Rozpływała się powoli. Spojrzałam na swoje odbicie w ciemnej szybie. Widziałam kobietę po trzydziestce, z opuchniętymi oczami, w wyciągniętym swetrze. Kobietę, która jest sama w walentynki. Ale nagle zrozumiałam coś fundamentalnego.
Szymon nie był idealny. Miał swoje wady: zostawiał skarpetki na podłodze, zapominał zakręcić pastę do zębów, ale kochał mnie. Kochał mnie tak bardzo, że kombinował jak koń pod górę, żeby mnie zaskoczyć. Jego tajemnice nie były mroczne. Były dowodem troski. Przez osiem miesięcy opłakiwałam stratę fizyczną. Przez trzy opłakiwałam stratę zaufania. A teraz? Teraz siedziałam w oknie i czułam, jak odzyskuję go na nowo. Nie ciałem, bo ciała już nie było. Ale duchem. Odzyskałam moje dobre wspomnienia. Odzyskałam prawo do tęsknoty.
Sięgnęłam po drugą czekoladkę. Ciemna z chilli. Pikantna.
— Dziękuję, kochanie — szepnęłam do pustego pokoju. — I przepraszam, że w ciebie zwątpiłam. Ale trzeba było nie bawić się w Jamesa Bonda z tym drugim telefonem, głupku.
Zaśmiałam się przez łzy. To był pierwszy szczery śmiech od wypadku. Spojrzałam na ulicę. Para nastolatków całowała się pod latarnią. Ktoś niósł wielkiego pluszowego misia. Kicz. Komercja. Ale gdzieś pod tym wszystkim była prawda. Miłość to nie tylko te balony i serduszka. Miłość to też te sekrety, to planowanie przyszłości, której można nie dożyć. To dbanie o to, żeby słońce nie raziło w oczy, nawet jeśli cię tam już nie będzie, żeby zasłonić roletę.
To były moje pierwsze samotne walentynki. Kupiłam sobie czekoladki. Usiadłam w oknie. I zrozumiałam, że choć fizycznie jestem sama, to nigdy nie byłam bardziej kochana niż w tej chwili, siedząc nad planami domu, który on zbudował w swojej głowie dla nas. Miłość nie kończy się, gdy ktoś odchodzi. Ona zmienia stan skupienia. Czasem zamienia się w ból, czasem w plany architektoniczne na papierze, a czasem w smak solonego karmelu na języku, gdy jesz go sama, myśląc o nim.
Zjadłam kolejną pralinę. Była pyszna. Życie, mimo wszystko, wciąż miało smak. I po raz pierwszy od bardzo dawna, nie czułam się ofiarą losu. Czułam się kobietą, która była wielką miłością czyjegoś życia. A to wystarczy, by przetrwać niejedne walentynki.
Ewa, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Narzeczona chciała ślubu na bogato, a ja liczyłem każdy grosz. Powiedziała, że nie pójdzie do ołtarza ze sknerą”
- „W tłusty czwartek liczyłam na pączki u synowej, ale musiałam obejść się smakiem. Dla niej jestem jak nieproszony gość”
- „Zapłaciłam fortunę za pączka z niespodzianką. W środku była jednak tylko zwykła marmolada”

