„Walentynki miałam spędzić w samotności. Kiedy sąsiad zaprosił mnie na spacer, nie wypadało odmówić”
„Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Czułam jednocześnie ulgę i strach. Jakbym zdradziła własny plan samotności, ale też dała sobie coś, czego bardzo mi brakowało. Jeszcze nie wiedziałam, czy to błąd, czy pierwszy od dawna uczciwy odruch”.

Walentynkowy poranek był cichy aż do przesady. Ulica pod oknem żyła, jakby wszyscy dostali ten sam scenariusz: kwiaty, uśmiechy, czyjeś dłonie splecione w pośpiechu. U mnie w mieszkaniu było tylko tykanie zegara i kubek wystygłej kawy. Myśli same wracały do Karola, do lat bycia obok, ale zawsze jakby w kolejce. Zauważyłam Daniela na klatce schodowej, zupełnie obcego, i wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten dzień nie pozwoli mi schować się w rutynie.
Uśmiechnął się lekko
Pukanie do drzwi było na tyle ciche, że przez chwilę udawałam, że go nie słyszę. Stałam w kuchni z talerzem w dłoni i patrzyłam na zlew, jakby mógł mnie uratować przed koniecznością reakcji. Drugie pukanie było już pewniejsze. Westchnęłam i ruszyłam w stronę przedpokoju.
— Tak? — zapytałam ostrożnie, uchylając drzwi.
Daniel stał trochę z boku, jakby nie chciał zajmować za dużo miejsca. W ręku trzymał niewielką kopertę, a jego wzrok uciekał gdzieś ponad moje ramię.
— Przepraszam, że przeszkadzam… — zaczął. — Administracja zostawiła mi to przez pomyłkę. Chyba powinno trafić do pani.
Wzięłam kopertę i skinęłam głową. Normalnie już bym zamknęła drzwi, ale coś mnie zatrzymało. Może to było to niezręczne zawieszenie, może fakt, że oboje wiedzieliśmy, jaki to dzień.
— Walentynki, co? — rzucił nagle, jakby sprawdzał grunt.
Poczułam, jak automatycznie napinają mi się ramiona.
— Raczej dzień jak każdy inny — odpowiedziałam zbyt szybko.
Uśmiechnął się lekko, bez ironii.
— Pomyślałem… jeśli i tak nie ma pani planów… mógłbym zaproponować spacer. Nic zobowiązującego. Tylko żeby nie siedzieć cały dzień w czterech ścianach.
Serce zabiło mi mocniej, co było niemal śmieszne. Spacer. Jedno słowo, a w głowie miałam już alarm. Przecież obiecałam sobie, że nie będę nikogo wpuszczać. Że nie będę się łudzić. Że nie będę znowu tą, która liczy za dwoje.
— Ja… — zaczęłam i urwałam. Cisza między nami zrobiła się ciężka.
Widziałam w jego oczach gotowość do wycofania się. I to było dziwne, bo zamiast ulgi poczułam ukłucie żalu.
— Może krótki — powiedziałam w końcu. — Tylko spacer.
— Jasne. O nic więcej mi nie chodziło — odparł szybko.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Czułam jednocześnie ulgę i strach. Jakbym zdradziła własny plan samotności, ale też dała sobie coś, czego bardzo mi brakowało. Jeszcze nie wiedziałam, czy to błąd, czy pierwszy od dawna uczciwy odruch.
Szliśmy dalej
Zeszliśmy po schodach w milczeniu, jakby każde z nas bało się zepsuć coś, co jeszcze nawet nie zdążyło się uformować. Na zewnątrz powietrze było chłodne, ale rześkie. Paweł szedł pół kroku obok, nie za blisko, nie za daleko. Zauważyłam to od razu i sama siebie za to zganiłam. Od kiedy zaczęłam mierzyć takie drobiazgi?
— Zawsze tu tak spokojnie — powiedział, wskazując na boczną ulicę. — A dziś jakoś… ciszej niż zwykle.
— Może wszyscy są zajęci świętowaniem — odpowiedziałam. — Albo udają, że są.
Spojrzał na mnie uważniej, jakby chciał zapamiętać ton mojego głosu.
— A pani udaje? — zapytał.
To pytanie było zaskakująco proste, a jednak poczułam, jak coś we mnie drgnęło.
— Raczej ćwiczę obojętność — odparłam po chwili. — Nie zawsze skutecznie.
Uśmiechnął się krótko.
— Znam to.
Szliśmy dalej. Opowiadał o pracy, o tym, że przeprowadził się tu niedawno, że jeszcze nie czuje się „u siebie”. Słuchałam i nagle dotarło do mnie, jak dawno nikt nie mówił do mnie w taki sposób. Bez popisywania się, bez przerywania. Kiedy mówiłam ja, nie zerkał w telefon, nie rozglądał się nerwowo. Złapałam się na tym, że porównuję go do Tomasza. Do jego nieobecnego spojrzenia, do rozmów urywanych w połowie, bo coś zawsze było ważniejsze. Natychmiast poczułam wstyd. To niesprawiedliwe, powtarzałam w myślach. On nie jest Tomaszem. To tylko spacer.
— Jeśli pytam za dużo, proszę powiedzieć — odezwał się nagle. — Mam tendencję do bycia… zbyt uważnym.
— To nie problem — zaprzeczyłam szybko. I ku własnemu zaskoczeniu dodałam: — Raczej coś, do czego nie jestem przyzwyczajona.
Zatrzymaliśmy się na chwilę przy przejściu. Stałam obok niego i czułam dziwne napięcie, jakby to, co niewypowiedziane, było głośniejsze od słów. Wiedziałam, że zaczynam się otwierać, choć bardzo nie chciałam tego przyznać.
Zawahałam się
Kiedy ruszyliśmy dalej, coś we mnie wyraźnie się rozszczelniło. Spacer, który miał być tylko sposobem na zabicie czasu, nagle zaczął otwierać miejsca, do których dawno nie zaglądałam. Daniel mówił o drobiazgach, o ulubionej piekarni za rogiem, o sąsiadce z parteru, która zawsze myli piętra. A ja słuchałam, ale równolegle w głowie wracał Tomasz. Przypomniałam sobie, jak kiedyś szliśmy podobną ulicą, a on co chwilę przyspieszał kroku. Ja dostosowywałam się bez słowa, jakby to było oczywiste. Jakby moje tempo nigdy nie miało znaczenia.
— Wszystko w porządku? — zapytał Paweł, kiedy nagle zwolniłam.
— Tak… tylko się zamyśliłam — odpowiedziałam.
Nie skłamałam, ale też nie powiedziałam całej prawdy. Myśli kłębiły się same. O wszystkich razach, kiedy mówiłam „nieważne”, choć było ważne. O wieczorach, gdy czekałam na wiadomość, tłumacząc sobie jego ciszę zmęczeniem, obowiązkami, życiem. Zawsze znajdowałam powód, by go usprawiedliwić. Teraz obok mnie szedł ktoś, kto pytał, czy nie jest mi zimno. Kto dostosował krok do mojego bez komentarza.
Poczułam nagłe ukłucie żalu. Nie do Tomasza nawet, ale do siebie. Do tej wersji mnie, która zgodziła się na bycie dodatkiem. Samotność, której tak się bałam, nie zaczęła się przecież po rozstaniu. Ona przyszła dużo wcześniej, tylko wtedy była cichsza.
— Wcześniej… była pani w długim związku? — zapytał ostrożnie, jakby wyczuwał granicę.
Zawahałam się.
— Tak. Zbyt długim — odpowiedziałam w końcu.
Kiwnął głową, nie dopytując. I w tej prostocie było coś, co sprawiło, że poczułam się widziana, a nie oceniana. Zrozumiałam, że ten spacer nie należy do Daniela. Należy do mnie. Przypomina o tym, czego się zgadzałam nie zauważać.
Wracaliśmy w ciszy
Zatrzymaliśmy się przy małym skwerze, gdzie latarnie rzucały miękkie światło na puste ławki. Daniel przez chwilę stał w ciszy, jakby zbierał w sobie odwagę. Poczułam napięcie, to charakterystyczne zawieszenie, po którym zwykle następowały słowa, zmieniające ton rozmowy.
— Wiesz… — zaczął, po raz pierwszy zwracając się do mnie bez dystansu. — Nie zaprosiłem cię tylko dlatego, że to walentynki.
Spojrzałam na niego uważnie. Serce znów przyspieszyło, ale tym razem nie z ekscytacji, raczej z czujności.
— Po rozstaniu długo unikałem ludzi — kontynuował. — Każde bliższe spotkanie wydawało mi się ryzykiem. Bałem się, że znowu utknę w czymś, co będzie połowiczne. Albo że sam taki będę.
Te słowa trafiły we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Były zbyt bliskie temu, co sama nosiłam w środku.
— Dlaczego mi to mówisz? — zapytałam cicho.
Wzruszył ramionami.
— Bo dziś poczułem, że jeśli znowu się wycofam, to już zawsze będę stał z boku. A tego się boję najbardziej.
Ciepło i niepokój zmieszały się we mnie w jedno. Z jednej strony czułam bliskość, to rzadkie uczucie bycia na tym samym poziomie szczerości. Z drugiej był alarm. Zbyt dobrze znałam relacje budowane na lęku, nawet jeśli były wypowiedziane najłagodniejszym tonem. Przez chwilę widziałam siebie sprzed lat. Jak słuchałam Tomasza, tłumaczącego swoje wahania, i brałam je za dowód wrażliwości. Jak godziłam się na niepewność, myląc ją z głębią.
— Doceniam to, że mi ufasz — powiedziałam w końcu. — Ale ja nie chcę zaczynać od strachu. Już wiem, dokąd to prowadzi.
Daniel spuścił wzrok. Nie było w nim pretensji, raczej zrozumienie. I to bolało najbardziej, bo nie dawało prostego zakończenia. Wracaliśmy w ciszy. Czułam, że coś się domknęło, choć nie potrafiłam jeszcze nazwać co.
Nie byłam opuszczona
Wróciłam do mieszkania sama. Drzwi zamknęły się cicho, bez dramatyzmu, a jednak poczułam, jakby coś we mnie osiadło na swoim miejscu. Zdjęłam płaszcz, odwiesiłam go starannie, choć ręce lekko mi drżały. Cisza, która rano była ciężarem, teraz brzmiała inaczej. Nie jak pustka, tylko jak przestrzeń. Usiadłam na kanapie i pozwoliłam myślom płynąć. Daniel nie był rozwiązaniem, nie był też pomyłką. Był lustrem. Pokazał mi, jak bardzo przyzwyczaiłam się do bycia tą, która rozumie, czeka i się dopasowuje. Spacer nie obiecał mi niczego i właśnie dlatego był tak ważny. Nie musiałam nic udowadniać ani ratować.
Pomyślałam o Tomaszu bez tej znajomej fali napięcia. Raczej jak o kimś, kto nauczył mnie, gdzie kończy się kompromis, a zaczyna rezygnacja z siebie. Zrozumiałam, że moja samotność nie była karą, tylko sygnałem, którego długo nie chciałam słuchać. Nie wiedziałam, czy Daniel jeszcze zapuka. Nie wiedziałam też, czy byłabym gotowa, gdyby to zrobił. Ale po raz pierwszy od dawna nie czułam wstydu z powodu własnych granic.
Walentynki minęły, a ja nie czułam porażki. Raczej coś na kształt cichej ulgi. Zostałam sama, to prawda. Ale tym razem nie byłam opuszczona.
Karolina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żałuję, że puściłam męża samego na ferie. Wrócił przesiąknięty smrodem waniliowych perfum, kłamstwa i zdrady”
- „W Alpach odkryłam, że mąż mnie zdradza, a on próbował mydlić mi oczy. Za swoją grę na 2 fronty powinien dostać Oscara”
- „Tej zimy na lodzie złapałam nie tylko zająca. To była miłość od pierwszego zderzenia”

