Reklama

Niedawno mój syn, Tomek, skończył 24 lata i postanowił pójść na swoje. Wziął kredyt na niewielkie mieszkanie, powoli rozkręcał biznes. Wiedzieliśmy z mężem, że mu się uda. To mądry chłopak. Nie dość, że zaradny, inteligentny, pracowity, to jeszcze opiekuje się nim GÓRA. Tak myślę. Inaczej nie byłoby go tutaj z nami.

Ja i Roman postanowiliśmy, że podczas „pożegnalnej” kolacji opowiemy Tomkowi pewną historię. I rzeczywiście, usiedliśmy na kanapie, by powspominać dawne czasy. Przygotowałam album ze zdjęciami Tomka z jego dzieciństwa. Narodziny, chrzest, pierwsze spacery, pierwsze samodzielne kroki. Tomek przewracał kartki, aż doszedł do TEGO zdjęcia – jedynego na stronie.
Pięć młodych dziewcząt siedziało na trawniku w sadzie. Nad ich głowami wisiały gałęzie pełne owoców.

Za nimi widać było murowany dom, zza którego wyłaniała się wieża wiejskiego kościółka. Jedną z tych dziewcząt byłam ja – włosy miałam zaplecione w długi warkocz

Czekałam na reakcję syna

– Fotomontaż? – spytał po chwili i spojrzał na nas skonsternowany.

– To nie fotomontaż – odparł mąż.

– Nie żartuj – Tomek zmarszczył brwi. – Na tym zdjęciu mama ma jeszcze długie włosy, a przecież babcia tysiące razy narzekała, że diabeł mamę podkusił, że na ślub z tobą ścięła swoje piękne, długie po pas włosy. I nigdy więcej nie zapuściła dłuższych niż do ramion. Poza tym rozpoznaję tę dziewczynę, widziałem ją na innych zdjęciach mamy. To Lidka? Lena?

– Lena – powiedziałam cicho, jak zwykle ze ściśniętym sercem wspominając moją najlepszą przyjaciółkę.

– No właśnie. Przecież mówiłaś, że zginęła w wypadku kilka tygodni przed waszym ślubem. Miała być świadkową. Fotomontaż.

– Nie do końca… – westchnął mąż.

Tomek wyczuł, że coś się kroi

– No dobra, opowiadajcie.

– Widzisz – zaczęłam – kiedyś to zdjęcie stało na komodzie, oprawione w ramkę. I masz rację, ciebie wtedy na nim nie było. A historia tego, jak się na nim pojawiłeś, jest… tak dziwna, że nikomu jej nie opowiadamy.

Tomek skinął poważnie głową.

– Jak wiesz, ja i twój tata lubimy piesze wyprawy. Kiedy się urodziłeś, siedziałam w domu przez rok i to było straszne. Najpierw ty chorowałeś, potem ja. W końcu wszystko wróciło do normy, więc od wiosny po późną jesień znów wędrowaliśmy po Polsce. Czasem był to weekend, czasem tydzień. Wynajmowaliśmy pokój, a potem wędrowaliśmy z tobą w chuście czy nosidełku. Uwielbiałeś to.

– Nadal uwielbiam wędrówki – uśmiechnął się Tomek.

– Kiedy skończyłeś dwa latka, postanowiliśmy pojechać w Bieszczady. Dwadzieścia lat temu można tam było znaleźć piękne, dzikie tereny. Wędrowaliśmy wówczas wzdłuż Sanu od miejscowości Dwernik aż do jeziora Jawor i znajdującej się w jego pobliżu miejscowości Polańczyk. Po drodze mieszkaliśmy u chłopów w stodołach za „Bóg zapłać” albo kilka groszy.

– I co rano jedliśmy wiejski chleb, piliśmy mleko prosto od krowy, czasem jeszcze ciepłe, no i pałaszowaliśmy domowej roboty przepyszny biały ser. Żyć nie umierać – dodał Roman z rozmarzonym wyrazem twarzy.

– Siódmego dnia naszej wędrówki dotarliśmy do niewielkiej wioski. Alinka zostawiła nosidło z tobą przed sklepem spożywczym w cieniu gruszki. Smacznie spałeś i mama nie chciała, żeby obudziły cię głosy zgromadzonych w środku ludzi.

– Kiedy wróciłam ze sklepu i podeszłam do nosidełka, serce zamarło mi w piersi – przejęłam opowieść od męża. – Było puste. Rozejrzałam się, ale nie dostrzegłam nikogo. Zaczęłam wołać twojego tatę, który był jeszcze w sklepie. Zaczęliśmy gorączkowe poszukiwania. Po kilku minutach przyszli nam z pomocą miejscowi. Wreszcie jeden z mężczyzn mieszkających w pobliżu stwierdził, że przez okno widział samochód, który zatrzymał się na chwilę przy sklepie.

– Facet nie potrafił podać marki samochodu ani tym bardziej numerów rejestracyjnych – dodał mąż.

Pojechaliśmy do komendy rejonowej. Ale w tamtych latach, zanim policja wszczęła procedury poszukiwawcze upływało kilka dni. Teraz już wiemy, że najważniejsze jest pierwsze czterdzieści osiem godzin… – coś zaczęło dławić mnie w gardle.

Jak zawsze, kiedy przypominałam sobie tamte tygodnie, czułam, że ogarnia mnie rozpacz.

Potrzebowałam chwili, by się opanować

– Po tygodniu bezowocnych poszukiwań wróciliśmy zrozpaczeni do Warszawy – przejął opowieść Romek i wziął mnie za rękę. – Nadal utrzymywaliśmy kontakt z grupą poszukującą, która została utworzona w komendzie wojewódzkiej, ale nie dostawaliśmy dobrych wieści. Po miesiącu wstrzymano poszukiwania na bliżej nieokreślony czas.

– Pół roku później byłam już pewna, że cię straciłam – westchnęłam. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się czułam. Nie mogłam pracować, sprzątać, gotować. Ciągle albo płakałam, albo wyklinałam. Albo rozmawiałam z tobą w myślach, prosząc cię, byś dał mi jakiś sygnał.

Tomek, który zastygł z rozszerzonymi oczami w chwili, gdy usłyszał, że jako dziecko został porwany, teraz poruszył się niespokojnie.

– Tak, masz rację – powiedziałam. – Zaczynałam tracić zmysły. Twój tata był przerażony.

– Chciałem zaprowadzić twoją mamę do psychiatry – dodał cicho Roman. – Na szczęście nie musiałem.

– Pamiętam tamten dzień. Była niedziela. Zima. Za oknem pochmurno, ponuro. Siedziałam na kanapie z twoim ulubionym kocykiem w dłoni. Serce mi krwawiło. I wtedy zobaczyłam nagły błysk światła na komodzie, gdzie stały zdjęcia. Wstałam i podeszłam bliżej. Zaczęłam je oglądać… Wyjęłam zdjęcie z ramki i odwróciłam je. Z tyłu zapisana była data i miejsce zrobienia zdjęcia. Ja pamiętałam tylko, że mieszkałyśmy na plebanii. Uznałam, że GÓRA daje mi znak, więc muszę zacząć działać. Apatia i rozpacz minęły, jak ręką odjął.
Jeszcze tego samego dnia wsiedliśmy z tatą w samochód i ruszyliśmy w Bieszczady. Była zima, droga śliska i niebezpieczna, ale po dwunastu godzinach dojechaliśmy w końcu na miejsce. Jakaś kobieta wynajęła nam w wiosce pokój. Wieczorem delikatnie pociągnęliśmy za język gospodynię. Zaczęłam opowiadać, że bardzo z mężem chcielibyśmy mieć dzieci, ale jakoś Pan Bóg dotąd nam nie pobłogosławił.

„To tak jak gosposia naszego proboszcza – gospodyni pokiwała głową. – Nie mogła mieć ze swoim chłopem, znaczy się organistą, dzieci. W końcu zmarł z pijaństwa. Szalała z rozpaczy, ale Bóg ją usłuchał. Kiedy umarła jej szwagierka, co to w Gdańsku mieszkała, ostał się dwuletni chłopczyk. No to go wzięła i przygarnęła jak swojego. Jak bardzo będziecie chcieli, to i wam Pan pobłogosławi” – kobieta pokiwała głową.

Nie wiemy, co się za tym kryje

– Następnego dnia byliśmy w plebanii z miejscowym policjantem – wtrącił się Roman. – Byłeś tam. Siedziałeś w chałupie proboszczowej gosposi. Jak się potem okazało, kobieta była psychicznie zaburzona. Obsesyjnie chciała mieć dziecko. Po śmierci męża uznała, że to już koniec, jej marzenie nigdy się nie ziści i powoli staczała się w przepaść obłędu. Nikt tego nie zauważył, bo na zewnątrz była cicha, grzeczna i poukładana. Kiedy pół roku wcześniej, wracając z Gdańska, zobaczyła śpiące w nosidełku dziecko, wmówiła sobie, że ktoś je porzucił. I zabrała ze sobą.

– Wszystko dobrze się skończyło dzięki temu magicznemu zdjęciu – zakończyłam opowieść.

Tomek przez długi czas milczał.

– Chciałbym dowiedzieć się, co się za tym kryje – powiedział w końcu.

– My też, ale to akurat jest marzenie ściętej głowy – powiedziałam.

– Czyżby? – mruknął mój syn i już wiedziałam, że zamierza to wyjaśnić.

Do czego go to doprowadzi?

Czytaj także:
„Ja oddałam jej serce, pieniądze i czas, a ona wmówiła wszystkim, że mam romans z szefem. Nazywała się jeszcze moją przyjaciółką”
„Żona zrobiła z wyjazdu nad Bałtyk wyprawę stulecia. Od początku czułem, że ten urlop to pomyłka”
„Siostra była ukochaną córeczką rodziców, ja byłam pomiotłem. Gdy potrzebowali pomocy, ona wolała balować w innym mieście”

Reklama
Reklama
Reklama