Reklama

Człowiek powinien się cieszyć, że ma jeszcze rodzinę. Że nie siedzi sam w Wigilię przy stole, gdzie tylko jedno nakrycie. Tak sobie powtarzam każdego roku, kiedy od rana krzątam się po kuchni. Nie jestem już gospodynią tych świąt. Już nie u mnie pachnie barszczem i kapustą z grzybami. Teraz jestem tylko... gościem. Tylko. A może aż?

Zegar wskazywał 15:40, kiedy zamknęłam ostatni pojemnik z pierogami. Sześćdziesiąt sztuk, jak co roku, równo ułożone, posypane cebulką. Dwie siatki, solidne, bo w jednej jeszcze śledzie w oleju, kompot z suszu i sernik z brzoskwinią, który Tosia kiedyś uwielbiała. Teraz tylko na niego patrzy. Dzieci mają swoje gusta.

Na stół w kuchni położyłam białą serwetę. Tak z przyzwyczajenia. Nikt dziś tu nie siądzie. W moim domu już się nie świętuje. Danka powiedziała, że Michał będzie po mnie o 17:00. Punktualnie, jak co roku. Ubrałam się wcześniej. Bordowy sweter z cekinami, perły i delikatny makijaż. Lubię wyglądać odświętnie. Nawet jeśli nikt tego nie zauważy.

Usiadłam. Spojrzałam na zegarek. 16:05. Czekałam i myślałam: „Czy ja im jeszcze naprawdę jestem potrzebna?”. Znowu jadę jako gość. Nie jako mama, babcia, gospodyni. Jako obowiązek albo wspomnienie.

Czekałam prawie godzinę

– Jeszcze chwilę – powiedziałam sama do siebie, patrząc przez okno na drogę zasypaną śniegiem.

Byłam już gotowa. Płaszcz wisiał przy drzwiach, rękawiczki leżały na komodzie. Siatki stały pod stołem. Wszystko przygotowane, żeby nie się spóźnić, żeby nie robić kłopotu.

17:00 wybiła punktualnie. Wstałam z krzesła i zaczęłam przechadzać się po mieszkaniu. Tak na rozruszanie. Tak z nerwów. Nic się nie wydarzyło.

17:15. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Próbowałam nie patrzeć na niego co chwilę, ale ręka sama sięgała po telefon. Jeszcze nie dzwonił. „Może korek. Może nie ma gdzie zaparkować” – próbowałam sobie wytłumaczyć.

17:30. Usiadłam z powrotem, chociaż już mnie nosiło. Spojrzałam na pierogi – czy przypadkiem nie popękały w pojemniku. W głowie miałam męczące pytanie: „Czy na pewno mówiła siedemnasta? Nie osiemnasta?”. Nie, mówiła: „Bądź gotowa na siedemnastą, Michał po ciebie podjedzie”. Tak mówiła. Słyszałam wyraźnie.

O 17:50 zadzwonił domofon. Podskoczyłam.

– Mamo? To ja, Michał… Już jestem na dole.

Zeszłam. On czekał przy aucie z rękami w kieszeniach, z miną trochę skruszoną.

– Mamo, przepraszam, naprawdę... Coś nam się pomieszało. Myśleliśmy, że Danka po ciebie pojedzie. A ona, że jej siostra i…

Nic się nie stało – uśmiechnęłam się, choć w środku coś mi drgnęło. – Młodzi jesteście, zabiegani...

Wsiadłam do auta. Wycieraczki ślizgały się po szybie, a ja wpatrywałam się w światła ulic. „A może jednak się stało?” – pomyślałam. „Może właśnie to się stało – zapomnieli o mnie”.

Nie było tam bliskości

W domu Danki panował świąteczny porządek. Choinka w kącie – duża, równa, kolorowa jak z katalogu. W tle leciała cicho kolęda, a z kuchni dochodził zapach barszczu.

– Mama, weź sobie więcej ryby. Zrobiłam specjalnie bez cebuli – rzuciła Danka przez ramię, wyciągając coś z piekarnika.

– Dziękuję, Danusiu. Pyszna – odpowiedziałam z uśmiechem, choć ledwo spróbowałam. Śledź w śmietanie gryzł się z emocjami w gardle.

Franek i Tosia siedzieli przy stole, każde wpatrzone w swój telefon. Czasem tylko coś mamrotali, przewracając oczami, kiedy Michał prosił, żeby odłożyli elektronikę, chociaż na czas opłatka.

– No, dzieciaki, przynajmniej teraz – Michał próbował. – To przecież Wigilia.

Podali mi opłatek. Danka pocałowała mnie w policzek. Tosia rzuciła: „Wesołych, babciu”. Franek uścisnął mnie jedną ręką. Usiedliśmy. Barszcz był gorący, z uszkami, które chyba kupili – bo przecież wiem, jak smakują domowe. Rozmawiali głównie o zakupach, o planach na ferie, o tym, że trzeba wymienić zmywarkę. Siedziałam cicho, słuchałam. „A gdzie się podziała bliskość?” – myślałam.

Nikt nie zapytał mnie, jak się czuję. Czy nie było mi zimno, czy mam co czytać, czy czegoś nie potrzebuję. Nikt nie zapytał o Ryśka, o moje święta, moje wspomnienia.

– Babciu, a ty w ogóle robisz jeszcze jakieś zdjęcia aparatem? – zapytał Franek, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Czasem. Jak mi się uda... – uśmiechnęłam się smutno.

Wzięłam kolejny kawałek sernika, choć nie byłam głodna. Potrzebowałam czegoś słodkiego. „Może lepiej było zostać w domu” – pomyślałam, zerkając na swoje dłonie, które kiedyś tyle robiły w święta. A dziś... tylko trzymają widelec.

Nie tylko w domu było pusto

Kolacja skończyła się jakoś tak... bez zakończenia. Nie było wspólnego kolędowania, nie było rozmów przy choince. Tosia zniknęła do swojego pokoju, Franek zaszył się z konsolą na kanapie, a Danka z Michałem zaczęli zbierać ze stołu. Próbowałam pomóc, ale usłyszałam tylko:

– Mamo, usiądź, odpocznij sobie. Jesteś gościem.

No właśnie. Zabrzmiało to we mnie głucho. Jeszcze kilka lat temu to ja mówiłam takie rzeczy mojej mamie. Żeby usiadła, żeby już nic nie robiła. Tylko że wtedy... robiłam to z czułością. A tu czułości nie było. Była grzeczność. Taka... poprawna.

Michał odwoził mnie tuż przed dwudziestą pierwszą. Samochód pachniał nowością. W radiu leciała cicho kolęda – ta o cichej nocy. Nie odezwał się przez pierwsze kilka minut. Ja też nie. Wpatrywałam się w migające lampki na balkonach, w ludzi idących z opłatkiem, z dziećmi, z prezentami.

Jeszcze raz przepraszam, naprawdę było nam głupio – powiedział nagle Michał, zerkając na mnie.

– Wiem, wiem... Nic się nie stało – odpowiedziałam odruchowo.

Tylko że coś się stało. Nie dziś. Nie o siedemnastej. Coś się stało dawno temu, niezauważalnie. Powoli. Kiedy przestałam być sercem tych świąt, a stałam się dodatkiem. Dekoracją. Formalnością.

Wysiadłam pod blokiem. Michał pomógł z siatkami, pożegnał się szybko. W domu było cicho. Pachniało pierogami, których nie zjedli. Choinka świeciła w kącie. Usiadłam na kanapie w tym samym miejscu co roku. Spojrzałam na zegarek. 21:12. „Może trzeba im odpuścić. A może sobie” – pomyślałam. „Może nie chodzi o kolację, tylko o to, że już nie jestem dla nikogo ważna”.

Muszę coś zmienić

Położyłam się spać późno, choć byłam zmęczona. Nie tylko ciałem – ale też duszą. Przewracałam się z boku na bok, słuchałam tykania zegarka i wyciszającego się miasta za oknem. Śnieg nadal padał. Cicho. Jakby nie chciał nikomu przeszkadzać.

Myśli jednak nie dawały spokoju. Próbowałam się zmusić do wdzięczności. W końcu nie byłam sama. Miałam z kim połamać się opłatkiem, miałam ciepłą zupę i śmiech wnuków w tle. Tylko... czy to wystarczy?

„Czy tak mają teraz wyglądać moje święta?” – zapytałam samą siebie w ciemności. – „Czy naprawdę trzeba aż tak bardzo udawać, że wszystko jest w porządku?”. Bo nie było. Nie było serdeczności, ciepła, tych spojrzeń, które nic nie muszą mówić, bo się wie. Było poprawnie. Sprawnie. Grzecznie i jakoś… smutno.

Miałam ochotę wrócić do przeszłości. Do lat, kiedy święta znaczyły coś więcej niż sałatka i prezenty z promocji. Kiedy ktoś tęsknił za moim piernikiem. Kiedy dzieci krzyczały: „Babciu, pokaż, jak się robi kluski z makiem!”. Kiedy Rysiek całował mnie w czoło po pasterce. Teraz... teraz jestem tylko przystankiem. Obowiązkiem do odhaczenia. Zdjęciem na lodówce.

„Może nie warto tak dalej” – pomyślałam. Może naprawdę lepiej być samotną z wyboru, niż niezauważoną wśród bliskich. Przynajmniej wtedy wiadomo, dlaczego człowiek czuje się sam. Może przyszłe święta spędzę inaczej. Może sama. Może szczerze. Nie wiem jeszcze. Wiem tylko, że coś musi się zmienić.

Weronika, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama