„W walentynkowy wieczór zapanował chłód nie tylko przez awarię ogrzewania. Zimno wyciągnęło z nas to, co najgorsze”
„Weszliśmy do środka i od razu uderzyła mnie cisza inna niż zwykle. Nie taka domowa, oswojona, tylko obca, chłodna. Zrzuciłem buty i odruchowo dotknąłem kaloryfera w przedpokoju. Był lodowaty. – Świetnie – mruknąłem. – Jeszcze tego brakowało”.

W ten wieczór wróciliśmy późno, zmarznięci nawet bardziej w środku niż na zewnątrz. Walentynki miały być czymś w rodzaju cichej obietnicy, że jeszcze potrafimy być razem, ale już w drodze do domu wiedziałem, że coś się nie udało. Anita patrzyła przez okno tramwaju, a ja udawałem, że ta cisza jest zwyczajna. Jeszcze nie rozumiałem, że tej nocy zamarznie znacznie więcej niż tylko kaloryfer.
Bałem się nawet pytać
Szliśmy obok siebie, choć każde z nas było jakby w innym miejscu. Ulica wydawała się nienaturalnie pusta, a światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie. Anita podciągnęła płaszcz pod samą brodę, ja wcisnąłem ręce głębiej w kieszenie. Myślałem, że jeśli nic nie powiem, to ten wieczór po prostu się rozmyje, zniknie jak para z ust.
– Zimno – rzuciła w końcu, nie patrząc na mnie.
– Taka pora roku – odpowiedziałem zbyt szybko, jakbym mówił do kogoś obcego.
Nie zaprotestowała. Skinęła tylko głową, a to zabolało bardziej, niż gdyby zaczęła się kłócić. W restauracji było podobnie. Ja mówiłem o pracy, o jakimś drobiazgu, który mnie zirytował, a ona mieszała w talerzu, uśmiechając się uprzejmie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że ten uśmiech był zmęczony.
– Fajnie było – dodałem po chwili, bardziej dla siebie niż dla niej.
– Jeśli tak uważasz – odpowiedziała cicho.
To jedno zdanie zawisło między nami. Chciałem zapytać, co ma na myśli, ale zabrakło mi odwagi. Zawsze wierzyłem, że lepiej nie ruszać trudnych tematów późnym wieczorem. Jutro będzie lepszy moment. Tylko że tego nazbierało się za dużo.
Na klatce schodowej sąsiad Roman z góry szarpał się z drzwiami do swojego mieszkania. Uśmiechnął się do nas szeroko.
– Dobry wieczór! Ale dziś zmroziło, co? – rzucił wesoło.
– Dobry – odpowiedziałem automatycznie.
Anita nawet nie uniosła wzroku. Minęliśmy go, a ja poczułem dziwny wstyd, jakby ktoś obcy zobaczył coś, co miało pozostać tylko między nami.
W windzie cisza stała się gęsta. Słyszałem jej oddech, nierówny, przyspieszony. Chciałem powiedzieć, że mi zależy, że ten wieczór coś dla mnie znaczył. Zamiast tego obserwowałem cyfry pięter, jakby od nich zależało rozwiązanie.
– Paweł… – zaczęła, ale urwała.
– Tak? – spojrzałem na nią po raz pierwszy od wyjścia z restauracji.
– Nic. Zapomnij.
Drzwi windy otworzyły się z cichym brzękiem. Wszedłem pierwszy, przytrzymując jej drzwi. Udawałem, że wszystko jest w porządku. Ona już wtedy wiedziała, że to nieprawda.
Przywitało nas zimne mieszkanie
Weszliśmy do środka i od razu uderzyła mnie cisza inna niż zwykle. Nie taka domowa, oswojona, tylko obca, chłodna. Zrzuciłem buty i odruchowo dotknąłem kaloryfera w przedpokoju. Był lodowaty.
– Świetnie – mruknąłem. – Tego jeszcze brakowało.
Anita zdjęła płaszcz powoli, jakby każdy ruch kosztował ją wysiłek. Stała przez chwilę w miejscu, rozglądając się po mieszkaniu, jakby widziała je po raz pierwszy.
– Zawsze coś – powiedziała. – Nawet tu nie może być normalnie.
Wzruszyłem ramionami.
– Pewnie jakaś chwilowa awaria. Zadzwonię jutro do administracji.
To „jutro” zabrzmiało w powietrzu ciężko. Anita podeszła do okna i oparła czoło o szybę. Na zewnątrz migotały światła samochodów.
– Wiesz, że ty zawsze mówisz „jutro”? – zapytała spokojnie, aż za spokojnie.
– A co mam teraz zrobić? – odpowiedziałem, już poirytowany. – Jest noc.
– Dokładnie. U nas zawsze jest noc, Paweł.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Zamiast tego poszedłem do kuchni, włączyłem czajnik, choć wcale nie miałem ochoty na cokolwiek ciepłego. Potrzebowałem zajęcia, czegokolwiek, co pozwoli mi nie patrzeć jej w oczy.
– Zimno mi – powiedziała, wchodząc za mną. – I nie chodzi tylko o kaloryfery.
– Nie przesadzaj – odparłem automatycznie. – Ubierz się cieplej.
Zatrzymała się w pół kroku.
– Właśnie o to chodzi. Zawsze mam się dostosować. Do temperatury, do ciebie, do twojego milczenia.
Poczułem ukłucie w żołądku. Chciałem się bronić, wytłumaczyć, że to nie jest odpowiedni moment, że jesteśmy zmęczeni. Zamiast tego spojrzałem na zegarek.
– Jest późno. Pogadamy jutro, dobrze?
Uśmiechnęła się krótko, bez cienia radości.
– Jasne. Jak zawsze.
Poszła do sypialni, a ja zostałem w kuchni, słuchając, jak czajnik klika, informując, że woda się zagotowała. Parę razy dotknąłem kaloryfera, jakby mógł nagle odżyć. Wtedy jeszcze wierzyłem, że to tylko techniczny problem.
Nie chciałem usłyszeć prawdy
Położyliśmy się wcześnie, choć żadne z nas nie było senne. Nałożyłem na siebie dwa koce, Anita zrobiła to samo. Leżeliśmy obok, a jednak w odległości, której nie dało się zmierzyć centymetrami. Słyszałem tykanie zegara z kuchni i jej cichy, urywany oddech.
Próbowałem zasnąć, wmawiając sobie, że zmęczenie w końcu wygra. Zamiast snu przyszły myśli. O tym, że kiedyś wystarczała nam jedna rozmowa, żeby było lżej. Teraz każde słowo wydawało się ryzykiem.
– Paweł… – odezwała się w końcu, ledwo słyszalnie.
– Słucham.
Przez chwilę milczała.
– Pamiętasz, kiedy ostatnio tak naprawdę ze mną rozmawiałeś?
Zastanawiałem się zbyt długo.
– Przecież rozmawiamy cały czas.
– Nie – odpowiedziała. – Mówimy do siebie. To nie to samo.
Odwróciłem się na bok, plecami do niej.
– Jest środek nocy. Naprawdę musimy teraz?
– Właśnie teraz – powiedziała ostrzej. – Bo w dzień zawsze jest coś ważniejszego.
Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie nie chciałem. Zacisnąłem dłonie pod kocem.
– Czuję się, jakbym była tu tylko dodatkiem do twojego życia – ciągnęła. – Jak mebel, który zawsze stoi w tym samym miejscu.
– To niesprawiedliwe – rzuciłem. – Pracuję, staram się…
– Starasz się nie czuć – przerwała mi. – I nie widzieć, że ja też jestem zmęczona.
Cisza po jej słowach była ciężka. Wpatrywałem się w ścianę, próbując znaleźć w niej coś, co mnie uratuje. W głowie kłębiły się odpowiedzi, ale żadna nie chciała wyjść.
– Boję się – dodała ciszej. – Że obudzę się któregoś dnia obok kogoś, kto mnie w ogóle nie zna.
To zdanie sprawiło, że coś we mnie zgasło. Chciałem powiedzieć, że to nieprawda, że przecież jestem obok. Ale nawet dla mnie brzmiało to pusto.
– Nie wiem, czego ode mnie chcesz – wyszeptałem.
– Chcę, żebyś był uważniejszy – odpowiedziała bez wahania.
Leżeliśmy tak jeszcze długo, wpatrzeni w ciemność. Zimno wciskało się pod koce, ale było niczym w porównaniu z tym, co narastało między nami.
Te słowa zostały mi w głowie
Nie wiem, kto pierwszy podniósł głos. Może to się stało samo, kiedy cisza przestała już unosić ciężar niewypowiedzianych pretensji. Anita usiadła na łóżku, szczelniej owinęła się kocem i spojrzała na mnie tak, jakby wreszcie podjęła decyzję.
– Ja tak dłużej nie potrafię – powiedziała spokojnie, ale w tym spokoju było coś ostatecznego. – Udaję przed sobą, że mi wystarcza twoja obecność w jednym pokoju. A nie wystarcza.
Usiadłem naprzeciwko niej. Serce biło mi szybciej, choć twarz miałem nieruchomą.
– Zawsze dramatyzujesz – odpowiedziałem. – Każdy związek tak wygląda po latach.
Parsknęła krótkim śmiechem.
– Widzisz? Nawet teraz mówisz, że to „każdy”. Żeby przypadkiem nie powiedzieć tego, że chodzi o nas.
Poczułem złość zmieszaną ze strachem.
– A ty myślisz, że mi jest łatwo? Że nie czuję presji? – wyrzuciłem z siebie. – Ciągle słyszę, że jestem nie taki, że za mało, że nie dość.
– Bo nigdy nie pytasz, co to jest „dość” – odpowiedziała natychmiast. – Zamykasz się i liczysz, że problem sam się rozwiąże.
Wstała i podeszła do okna. Jej sylwetka odbijała się w szybie, drobna i napięta.
– Ja już nie chcę walczyć sama – dodała. – A mam wrażenie, że ty od dawna stoisz z boku.
Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać.
– Może po prostu nie umiem inaczej – powiedziałem ciszej. – Może taki jestem.
Odwróciła się gwałtownie.
– A ja nie chcę spędzić życia, czekając, aż się nauczysz.
Zapadła cisza. Taka, w której każde kolejne zdanie mogło tylko pogorszyć sprawę. Wiedziałem, że powiedziałem za mało. Widziałem w jej oczach zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z tą nocą. Położyliśmy się z powrotem, każdy na swoim skrawku łóżka. Już się nie dotykaliśmy. Wiedziałem, że przekroczyliśmy granicę, zza której nie da się wrócić do udawania.
Zostało tylko zimno w sercu
Rano obudziło mnie ciche stukanie w kaloryfer. Najpierw pojedyncze, niepewne dźwięki, potem coraz wyraźniejsze. Dotknąłem metalu – był ciepły. Ogrzewanie wróciło, jakby ta noc w ogóle się nie wydarzyła. Anita już nie spała. Siedziała na brzegu łóżka, ubrana, z włosami związanymi byle jak. Wyglądała spokojnie, co było najbardziej niepokojące.
– Sąsiad pisał na grupie osiedlowej, że w całym pionie była awaria – powiedziała bez emocji. – Już naprawili.
Skinąłem głową.
– Zadzwonię do administracji, żeby sprawdzić, czy na pewno to koniec…
– Nie trzeba – przerwała mi. – To już nie ma znaczenia.
W kuchni było ciepło, zwyczajnie. Czajnik stał tam, gdzie go zostawiłem w nocy. Wszystko wyglądało znajomo, bezpiecznie, jakbyśmy mieli zaraz usiąść do wspólnego śniadania. A jednak wiedziałem, że coś się nieodwracalnie przesunęło.
– Zostanę dziś u koleżanki – powiedziała, wkładając klucze do torebki. – Muszę pomyśleć. Bez czekania, aż coś samo się ułoży.
Chciałem ją jakoś zatrzymać. Powiedzieć, że spróbuję zachowywać się inaczej, że teraz już rozumiem. Ale zabrakło mi słów, które nie brzmiałyby jak spóźniona obietnica.
– Dobrze – odpowiedziałem w końcu.
Spojrzała na mnie jeszcze raz. Nie było w tym spojrzeniu złości. Raczej rezygnacja. Wyszła, zamykając drzwi cicho, bez trzasku. Zostałem sam w ciepłym już mieszkaniu. Kaloryfery grzały pełną parą, jakby chciały nadrobić straconą noc. Usiadłem na kanapie i dotarło do mnie, że awaria była tylko pretekstem. Prawdziwy problem ignorowałem miesiącami, licząc, że da się go odkręcić jednym ruchem, kiedy już naprawdę będzie trzeba. Tego dnia zrozumiałem, że nie każdą ciszę da się przeczekać. I że nie wszystko, co da się naprawić technicznie, wraca do stanu sprzed pęknięcia.
Paweł, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „U sąsiadki była awaria ogrzewania, więc wygrzewała się u mnie. Myślałem, że to miłość, ale byłem w błędzie”
- „Liczyłam na miłe chwile w Tatrach, ale mąż wolał umizgi z kochanką. Czuję się tak, jakbym ugrzęzła w pośniegowym błocie”
- „Latami czekałam na pierścionek zaręczynowy, ale bez skutku. Gdy tylko kupiłam mieszkanie, facet padł przede mną na kolana”

