Reklama

To miał być ten weekend. Ten, który wszystko naprawi. Ten, o którym marzyłam od listopada, planując każdy szczegół z ogromną precyzją. Zamiast widoku na ośnieżone szczyty i ciepła kominka, dostałam niebieską poświatę telewizora i same pretensje. Pamiętam ten dzień, kiedy rezerwowałam domek. To było dwa miesiące temu. Siedzieliśmy w kuchni, a Paweł, patrząc mi głęboko w oczy – tak jak kiedyś, na początku, gdy jeszcze potrafił sprawić, że czułam się jedyną kobietą na świecie – przysiągł. Powiedział: "Ala, obiecuję. Walentynki będą tylko dla nas. Żadnej pracy, żadnego telefonu, żadnych kumpli. I przede wszystkim – żadnego sportu w telewizji. Jedziemy w góry, pochodzimy, zmęczymy się, a potem nie wyjdziemy z łóżka".

Uwierzyłam mu. Jak ja bardzo chciałam mu uwierzyć. Nasze życie ostatnio przypominało mijanie się w korytarzu hotelowym. On wracał późno, ja wstawałam wcześnie. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto kupi chleb, czy zapłaciłeś za prąd, trzeba odkamienić ekspres. Gdzieś pomiędzy tymi technicznymi komunikatami zgubiła się bliskość. Czułam, że stajemy się współlokatorami, których łączy wspólny kredyt, a nie namiętność. Dlatego ten wyjazd miał być kołem ratunkowym.

Spakowałam wszystko. Kupiłam nową bieliznę – taką, która kosztowała połowę mojej tygodniówki, ale chciałam, żeby mu opadła szczęka. Zorganizowałam opiekę dla psa u mojej siostry, co wymagało dyplomatycznych negocjacji. Kupiłam nawet te jego ulubione batony proteinowe na szlak, żeby nie marudził, że jest głodny w połowie podejścia. W piątek wieczorem, kiedy wróciłam z pracy, torby stały w przedpokoju. Byłam gotowa. Czekałam. A on wszedł, rzucił klucze na szafkę i powiedział: "Słuchaj, jestem padnięty. Nie dam rady prowadzić cztery godziny w nocy. Jedźmy rano". Zabolało, ale przełknęłam to. Okej, zmęczenie materiału. Jesteśmy dorośli, bądźmy rozsądni. Położyliśmy się spać.

To był mój pierwszy błąd

Zeszłam do salonu o 8:00 rano w sobotę. Walentynki. W kuchni pachniało kawą, co dało mi cień nadziei. Może wstał wcześniej, żeby zrobić śniadanie? Może pakuje rzeczy do samochodu? Paweł siedział na kanapie. W bokserkach i rozciągniętym t-shircie z logiem jakiegoś starego maratonu, w którym brał udział pięć lat temu. W ręku trzymał pilota, a na ekranie migały powtórki bramek z ligi angielskiej.

– Cześć, kochanie – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie, choć żołądek zacisnął mi się w supeł. – Gotowy? Jak wyjedziemy za pół godziny, to jeszcze zdążymy na popołudniowe wejście na szczyt.

Nie odwrócił nawet głowy.

– Daj spokój, Ala. Zobacz, jaka pogoda – mruknął, wskazując głową w stronę okna, za którym świeciło piękne, zimowe słońce.

– No właśnie widzę! Jest idealnie! – niemal krzyknęłam z entuzjazmem.

– Zimno jest. I wieje. Sprawdzałem prognozę, w górach ma być zamieć. Nie ma sensu się pchać. Zostańmy w domu, zamówimy coś dobrego, posiedzimy. Przecież o to ci chodziło, żebyśmy byli razem, nie?

Zamarłam. To była ta jego taktyka.

– Paweł, sprawdziłam wszystko, warunki są dobre. Mamy rezerwację, która przepadnie. Obiecałeś.

– Ale nie mam dziś siły– jęknął, zmieniając kanał. – Cały tydzień siedziałem przy biurku. Jak teraz pójdę w góry, to w poniedziałek nie wstanę. Miej litość.

Stanęłam na środku salonu z tą idiotyczną, walentynkową nadzieją w sercu, która właśnie umierała.

To po co obiecywałeś? – zapytałam cicho.

– Przestań już. Zróbmy sobie luźny dzień. Obejrzymy film.

Ustąpiłam. To był mój pierwszy błąd tego dnia. Pomyślałam: dobra, może faktycznie jest zmęczony. Może ważniejsze jest bycie razem tutaj, niż bycie w górach. Rozpakowałam torby, czując się, jakbym rozpakowywała własną porażkę. Ale jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek koszmaru.

Czuję się jak mebel w tym domu

Południe. Miałam nadzieję, że skoro zostajemy, to zrobimy coś razem. Może planszówki? Może spacer do parku? Może chociaż wspólne gotowanie? Ale Paweł przyspawał się do kanapy. O 13:00 zaczął się pierwszy mecz. O 15:00 kolejny. O 17:00 jakieś studio analiz pomeczowych. Krzątałam się po domu jak duch. Próbowałam zagaić rozmowę.

– Może chociaż wyjdziemy na kawę? – zapytałam, stając między nim a telewizorem.

Wychylił się, żeby widzieć ekran.

– Przecież możemy równie dobrze wypić ją w domu.

Wróciłam do kuchni. Czułam, jak narasta we mnie gula w gardle. Zaczęłam analizować naszą przeszłość. Wątek, który spychałam do podświadomości od dawna, nagle wypłynął z całą mocą. Moja przyjaciółka, Kaśka, mówiła mi to już rok temu: "Ala, on cię bierze na przeczekanie. Jesteś wygodna. Obsługujesz go, organizujesz mu życie, a on tylko z tego korzysta". Wtedy się na nią obraziłam. Teraz, stojąc nad stygnącą kawą, czułam, że Kaśka miała rację.

Paweł kiedyś był inny. Kiedy się poznaliśmy, to on ciągnął mnie na rowery, na kajaki. To on był motorem napędowym. Co się stało? Czy to ja go znudziłam? Czy to rutyna? A może to była tylko maska, którą nosił, żeby mnie zdobyć, a teraz, gdy już jestem "zaklepana", mógł wrócić do swojej prawdziwej natury leniwca? O 19:00, kiedy na ekranie pojawiły się kolejne rozgrywki coś we mnie pękło. Czułam się upokorzona. Siedziałam wystrojona (bo rano, naiwnie, ubrałam się ładniej, myśląc, że jednak gdzieś wyjdziemy), a on leżał w tych samych bokserkach, z okruchami chipsów na klatce piersiowej.

– Paweł – powiedziałam twardo. – Jest Walentynkowy wieczór. Miało być aktywnie. Miało być razem. A ty od dziesięciu godzin nie spojrzałeś na mnie ani razu.

Westchnął głośno, ostentacyjnie. Jakbym była natrętną muchą.

– Znowu zaczynasz? Przecież jestem tutaj. Siedzę obok. O co ci chodzi?

– O to, że mnie ignorujesz! – głos mi zadrżał. – O to, że złamałeś obietnicę. O to, że czuję się jak mebel w tym domu!

Paweł sięgnął po telefon, nie odrywając wzroku od telewizora.

– Przesadzasz.

– Nie przesadzam, mam dość bycia na drugim planie!

On nie widział problemu

Sytuacja eskalowała błyskawicznie.

– Wyłącz ten telewizor – zażądałam.

– Jeszcze dziesięć minut. Koniec połowy.

– Teraz.

– Daj mi spokój, Ala! – krzyknął, nagle agresywnie.

W tym momencie zatrzymałam się. To nie był ton zniecierpliwionego partnera. To był ton kogoś, kto nie ma do ciebie za grosz szacunku.

– Obiecałeś! – wrzasnęłam, czując, jak łzy wreszcie wypływają. – Obiecałeś aktywny weekend! Obiecałeś czas dla nas! Czy ty w ogóle rozumiesz, co to znaczy dotrzymać słowa?! Czy kiedykolwiek będziesz odpowiedzialny za coś, co obiecałeś?!

Paweł wreszcie oderwał wzrok od ekranu. Jego twarz była kamienna. Zimna. Obojętna. To było gorsze niż złość. To była totalna pogarda.

– Przestań histeryzować – rzucił i sięgnął po pilota, by podgłośnić mecz.

– Czy ty siebie słyszysz? – zapytałam szeptem. – Paweł, my się rozpadamy.

– Masz wszystko. Dom, faceta, spokój. Ale tobie ciągle mało. Ciągle musisz coś mieszać, wymyślać jakieś wyjazdy, jakieś "aktywności". Nie pasuje ci, że chcę odpocząć we własnym domu?

– Nie pasuje mi, że mnie okłamujesz! Że mnie zbywasz! Że jestem dla ciebie nikim!

Wtedy wypowiedział te słowa. Te, które zakończyły nasz związek, zanim zdążyłam to sobie uświadomić. Podniósł się lekko, jego twarz stężała, a oczy zwęziły się w szparki.

– Nie mam zamiaru się zmieniać. Taki jestem. Albo to bierzesz i dajesz mi święty spokój, albo wiesz, gdzie są drzwi. Nie będę tańczył, jak mi zagrasz, tylko dlatego, że są walentynki.

Zamarłam. To było ultimatum. Ale nie takie, które daje nadzieję na negocjacje. To było stwierdzenie faktu. On nie widział problemu. On uważał, że to ja jestem problemem. Jego bierność, jego lenistwo, jego brak zaangażowania – dla niego to była "norma", a moje oczekiwania były "fanaberiami". W tamtej sekundzie zobaczyłam naszą przyszłość. Zobaczyłam kolejne dziesięć lat. Ja, prosząca o uwagę. On, siedzący przed telewizorem. Ja, planująca wakacje, na których on marudzi. Ja, wychowująca nasze ewentualne dzieci praktycznie w pojedynkę, podczas gdy "tatuś musi odpocząć". Ten obraz był tak przerażający, tak szary i beznadziejny, że poczułam fizyczny ból w klatce piersiowej.

– Naprawdę? – zapytałam, czując, jak spokój spływa na mnie nagłą falą. To był spokój rezygnacji.

– Naprawdę – odparł i odwrócił wzrok z powrotem na ekran. – A teraz daj mi obejrzeć końcówkę.

W głowie miałam gonitwę myśli

Odwróciłam się na pięcie i poszłam do sypialni. Moje torby z niedoszłego wyjazdu wciąż tam stały, tylko częściowo rozpakowane. To była ironia losu, która ułatwiła mi decyzję. Wyjęłam dużą walizkę. Działałam jak automat. Nie płakałam. Łzy skończyły się w momencie, gdy on powiedział, że nie zamierza się zmieniać. Wrzuciłam kosmetyczkę. Laptopa. Ładowarkę. Kilka swetrów. Nie brałam wszystkiego. Tylko to, co niezbędne na start. Resztę odbiorę później, albo niech to wyrzuci. W tej chwili rzeczy materialne nie miały znaczenia. W głowie miałam gonitwę myśli, ale jedna wybijała się na pierwszy plan: "Uciekaj. Jeśli teraz zostaniesz, to już nigdy nie odejdziesz. Jeśli teraz to przełkniesz, on będzie wiedział, że może cię traktować jak śmiecia do końca życia".

Zadzwoniłam do Kaśki.

– Mogę wpaść? – zapytałam krótko.

– Co się stało? Masz dziwny głos. Jesteście w górach?

– Nie. Będę za 20 minut.

Zapięłam walizkę. Spojrzałam na nasze wspólne zdjęcie na szafce nocnej. Byliśmy na nim tacy szczęśliwi, opaleni, w Tatrach, dwa lata temu. Pomyślałam o tym chłopaku ze zdjęcia i o tym mężczyźnie w salonie. To byli dwaj różni ludzie. A może ten sam, tylko wtedy jeszcze mu się chciało udawać? Wyszłam z sypialni, ciągnąc za sobą walizkę. Kółka stukały o panele – *tur-tur-tur*. Ten dźwięk musiał przebić się przez odgłosy meczu, bo Paweł wychylił się zza oparcia kanapy.

Zobaczył walizkę. Zobaczył moją kurtkę i buty w ręku. Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt zdziwienia. A może to był strach? Nie, to było raczej niedowierzanie. Był tak pewny siebie, tak przekonany o mojej zależności od niego, że widok mnie wychodzącej nie mieścił mu się w głowie.

Powiedziałeś, że się nie zmienisz

– Co ty odwalasz? – zapytał, wstając z kanapy. Tym razem pilota odłożył.

Korzystam z twojej rady – powiedziałam chłodno, zakładając buty. – Wiem, gdzie są drzwi.

– Ala, przestań. Gdzie ty pójdziesz na noc? Jest ciemno. Nie wygłupiaj się. Wracaj tu.

Nie było w tym prośby. Był rozkaz. I nuta irytacji, że psuję mu komfort wieczoru.

– Nie, Paweł. To ty się wygłupiasz. Myślałeś, że będę siedzieć i patrzeć, jak marnujesz mi życie? Powiedziałeś, że się nie zmienisz. Wierzę ci. I dlatego odchodzę.

Chwyciłam rączkę walizki.

– Czekaj! – zrobił krok w moją stronę – Ale o co ci chodzi? O ten głupi wyjazd? Jutro pojedziemy! Obiecuję! Wstanę rano i pojedziemy!

Zaśmiałam się gorzko.

– Jutro? Paweł, ty nic nie rozumiesz. Tu nie chodzi o góry. Tu chodzi o to, że ja jestem samotna w tym związku od miesięcy. A dzisiaj, w walentynki, zamiast spędzić czas ze mną, wolałeś oglądać, jak inni faceci spełniają swoje marzenia na boisku.

– Ale to tylko mecz! – krzyknął bezradnie.

Otworzyłam drzwi. Zimne powietrze z klatki schodowej uderzyło mnie w twarz, przynosząc ulgę.

– Właśnie. To tylko mecz. A ja byłam "tylko" twoją dziewczyną.

– Ala, nie rób tego... – jego głos stracił moc, stał się cichszy.

W jego oczach zobaczyłam ten błysk. To było poczucie winy. Wiedziałam, że ono tam jest. Wiedziałam, że w głębi duszy wie, że wszystko popsuł. Ale nie potrafił tego wyrazić. Jego ego było zbyt wielkie, by powiedzieć "przepraszam". Stał tam, wiedząc, że właśnie tracił jedyną osobę, której na nim zależało.

– Żegnaj, Paweł. Miłego oglądania.

– Zostawisz mnie tak? Z tym wszystkim? – wskazał ręką na bałagan.

Trzasnęłam drzwiami. Zbiegłam po schodach, prawie niosąc walizkę, byle szybciej. Byle nie usłyszeć otwierających się drzwi, byle nie dać mu szansy na dogonienie mnie. Ale on nie wybiegł. Nie zawołał. Został tam, na swojej kanapie. Wsiadłam do samochodu, dłonie mi drżały tak bardzo, że ledwo trafiłam kluczykiem do stacyjki. Kiedy silnik zaskoczył, pozwoliłam sobie na pierwszy głęboki oddech od dwunastu godzin. W lusterku wstecznym spojrzałam na nasze okna na drugim piętrze. Niebieska poświata telewizora wciąż migała. Nawet nie podszedł do okna, żeby sprawdzić, czy odjechałam. Wrócił do meczu.

To ostatecznie potwierdziło, że podjęłam dobrą decyzję. Płacz przyszedł dopiero u Kaśki. Płakałam nie za nim, ale za czasem, który zmarnowałam, łudząc się, że on dorośnie. Ale wiecie co? Dziś czuję się lżejsza. Nie ma gór, nie ma romantycznego weekendu, ale jest cisza. I nikt nie każe mi czuć się winną za to, że chcę od życia czegoś więcej niż wegetacji na kanapie. Paweł dzwonił kilka razy. Pisał, że "przemyślał to" i że "możemy spróbować jeszcze raz". Nie odpisałam. Pamiętałam jego słowa: "Nie mam zamiaru się zmieniać". Ja też nie mam zamiaru zmieniać decyzji.

Ala, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama