Reklama

Poranki z Pawłem od dawna wyglądały tak samo: szybka kawa, wymiana kilku zdań o planach na dzień, pocałunek bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Mówiliśmy o przyszłości, ale coraz rzadziej o sobie. Walentynki miały być dla mnie pretekstem do bliskości, nie do prezentów. Kiedy tego ranka w jego samochodzie znalazłam paragon, poczułam ukłucie, którego nie potrafiłam już zignorować.

Ten paragon był podejrzany

Sprzątałam samochód Pawła zupełnie bezmyślnie. On był w domu, ja chciałam tylko wyrzucić papiery, które od tygodni walały się po schowkach. Otworzyłam drzwi, usiadłam na fotelu pasażera i zaczęłam zgarniać paragony po myjni, stare bilety parkingowe, ulotki, których nikt nigdy nie czyta. Jeden z nich był inny. Świeży. Zatrzymałam go między palcami, zanim jeszcze dotarło do mnie, dlaczego serce przyspieszyło.

Kwiaciarnia. Godzina 8:12. Bukiet czerwonych róż.

– Dziwne – mruknęłam sama do siebie, choć w aucie byłam sama.

Paweł o tej porze zawsze był już w pracy. Przynajmniej tak mówił. Przypomniałam sobie poranek: stał w przedpokoju, zapinał kurtkę, narzekał na korki. Pocałował mnie w policzek i wyszedł. Nic szczególnego. Teraz ten obraz zaczął się chwiać, jakby ktoś podmienił tło.

Próbowałam myśleć racjonalnie. Może kupił kwiaty do biura. Może jakaś uroczystość, o której zapomniał mi powiedzieć. Przecież nie jestem zazdrosna, powtarzałam w myślach, tylko rozsądna. A jednak palce same zwinęły paragon i wsunęły go do kieszeni płaszcza, jakby był dowodem w sprawie, której jeszcze nie chciałam prowadzić.

Zamknęłam samochód i wróciłam do mieszkania. Paweł siedział przy stole z laptopem.

– Znalazłaś coś ciekawego? – zapytał, nawet na mnie nie patrząc.

– Same śmieci – odpowiedziałam zbyt szybko.

Usiadłam naprzeciwko niego i przez chwilę obserwowałam, jak stuka w klawiaturę. Znałam każdy jego gest, a mimo to nagle poczułam, że patrzę na obcego człowieka. Przypomniały mi się drobiazgi, które wcześniej spychałam na bok: późniejsze powroty, imię Lucyny pojawiające się coraz częściej w rozmowach, telefon odkładany ekranem do dołu.

– Wszystko w porządku? – uniósł wzrok.

– Tak – skłamałam. – Po prostu zmęczona.

Uśmiechnął się i wrócił do pracy, a ja siedziałam sztywno, czując, jak w środku narasta napięcie. Paragon w kieszeni ciążył bardziej niż klucze czy telefon. Wiedziałam już, że nie zapomnę o nim. Że każda jego godzina będzie tykać we mnie jak zegar, odliczając czas do wieczora.

Dostałam inny prezent

Cały dzień ciągnął się w nieskończoność. Robiłam wszystko wolniej niż zwykle, co chwilę zerkałam na telefon, choć nie było tam żadnych wiadomości. Paragon nosiłam w torebce jak coś zakazanego, czego nie wolno mi wyjąć, a jednocześnie nie potrafię się tego pozbyć. Pod wieczór poprawiłam makijaż i przez moment pomyślałam, że zachowuję się jak nastolatka, która czeka na cud. Ten wstyd był gorszy niż rozczarowanie. Paweł krzątał się po kuchni, jakby ten wieczór niczym nie różnił się od innych.

Zrobiłem kolację walentynkową – powiedział z dumą. – Żebyśmy nie musieli nigdzie wychodzić.

Uśmiechnęłam się, bo tak należało. Usiadłam przy stole, obserwując, jak stawia talerze. Przez cały czas czułam napięcie w ramionach, jakby moje ciało wiedziało więcej niż ja sama chciałam przyznać. Po kolacji podał mi pudełko czekoladek, przewiązane wstążką.

– Wszystkiego dobrego kochanie – dodał lekko.

– Dziękuję – odpowiedziałam, choć głos mi się załamał.

Czekałam na ten bukiet z paragonu, na gest, na coś, co potwierdziłoby, że te walentynki są naprawdę nasze. Paweł usiadł na kanapie i włączył telewizor, jakby temat był zamknięty.

I to wszystko? – wyrwało mi.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

– No… tak. Przecież mówiłaś, że nie zależy ci na kwiatach.

Pokiwałam głową, czując, jak policzki mnie pieką. Miał rację. Mówiłam tak wiele razy. Tylko że wtedy chodziło mi o coś zupełnie innego.

– W kwiaciarniach były dziś straszne kolejki – dodał po chwili. – Zresztą pewnie już wszystko wykupione.

Serce uderzyło mi mocniej. Odwróciłam wzrok, żeby nie zobaczył, jak bardzo ta uwaga mnie dotknęła. W głowie natychmiast pojawiła się godzina z paragonu. 8:12. Poranek. Bez kolejek.

– Rozumiem – powiedziałam, a to słowo zabrzmiało jak wyrok.

Siedzieliśmy obok siebie, oglądając program, którego treści nie pamiętam. Między nami było kilka centymetrów kanapy i cała przepaść niewypowiedzianych myśli. Czułam się dziecinna, że rozczarowują mnie „tylko” czekoladki, a jednocześnie byłam pewna, że to nie o prezent chodzi. Chodziło o to, że coś, co powinno być dla mnie oczywiste, nagle przestało takie być.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Paweł oddychał spokojnie, a ja wpatrywałam się w sufit, ściskając w dłoni torebkę, w której był paragon. Wiedziałam już, że sama z tym nie wytrzymam.

Musiałam się poradzić

Z Roksaną umówiłam się następnego dnia po pracy. Znałyśmy się od lat i była jedyną osobą, przy której nie musiałam udawać, że wszystko mam poukładane. Usiadłyśmy przy stoliku pod oknem, a ja od razu poczułam ulgę, jakby samo jej spojrzenie zdejmowało ze mnie część ciężaru.

– Źle wyglądasz – powiedziała bez wstępu, nachylając się w moją stronę.

– Dzięki – odpowiedziałam z krzywym uśmiechem. – Też się cieszę, że cię widzę.

Przez chwilę mówiłyśmy o pracy, o sprawach zupełnie nieistotnych. Odkładałam to, co naprawdę chciałam powiedzieć, jakby wypowiedzenie tego na głos miało nadać temu realny kształt. W końcu wyjęłam z torebki złożony paragon i położyłam go na stole.

Roksana spojrzała na niego, potem na mnie.

– Iga… – zaczęła ostrożnie. – To tylko paragon.

– Wiem – weszłam jej w słowo. – Właśnie to jest najgorsze. Że niby nic.

Opowiedziałam jej wszystko: poranek, godzinę zakupu, walentynkowy wieczór, zdanie o pustych kwiaciarniach. Słowa wypływały ze mnie coraz szybciej, jakbym bała się, że jeśli się zatrzymam, to znów wszystko zbagatelizuję. Roksana słuchała w milczeniu, bawiąc się łyżeczką.

A jak się z tym czujesz? – zapytała w końcu.

– Jak wariatka – przyznałam. – Jakbym sama szukała problemu. Przecież on nic mi nie powiedział wprost. Może naprawdę przesadzam.

– A może po prostu nie chcesz zobaczyć tego, co już widzisz – odpowiedziała spokojnie.

Zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula.

– Myślisz, że on mnie… – urwałam, nie potrafiąc dokończyć.

Roksana nie odpowiedziała od razu. Spojrzała przez okno, potem znów na mnie.

– Myślę, że twoje przeczucia nie wzięły się znikąd – powiedziała cicho. – I że masz prawo czuć się pominięta, nawet jeśli nikt nie wypowiedział wielkich słów.

Siedziałam w ciszy, czując, jak złość miesza się ze smutkiem. Złość na Pawła, ale też na siebie, że tak długo tłumaczyłam to, co mnie raniło.

Boję się zapytać wprost – wyszeptałam. – Boję się odpowiedzi.

– Czasem bardziej boli brak odpowiedzi – odparła.

Kiedy się żegnałyśmy, uściskała mnie mocno. Wracając do domu, poczułam, że coś we mnie pękło. Już nie byłam tylko zaniepokojona. Byłam czujna. I po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że problem może mieć imię i twarz.

Obserwowałam męża

Po rozmowie z Roksaną przestałam udawać przed samą sobą, że nic się nie dzieje. Nie robiłam scen, nie zadawałam pytań. Po prostu zaczęłam patrzeć. Uważniej. Jakbym nagle zdjęła z oczu filtr, przez który dotąd widziałam Pawła takim, jakim chciałam go widzieć.

Pierwsze było jego milczenie. Telefon, który wcześniej leżał byle gdzie, teraz niemal zawsze był przy nim. Kiedy dzwonił, Paweł wychodził do drugiego pokoju, a wracając, mówił tylko:

– Sprawy z pracy.

Nie dopytywałam. Notowałam w głowie ton głosu, krótkość odpowiedzi, to, że unikał mojego spojrzenia. Wieczorami częściej zostawał dłużej, tłumacząc się nadgodzinami. Kiedyś cieszyłby mnie jego zapał, teraz każde takie zdanie zostawiało po sobie niepokój.

Lucyna znów ma problem z raportem – rzucił pewnego dnia, zdejmując buty. – Muszę jej pomóc.

To imię zabrzmiało inaczej niż wcześniej. Nie jak nazwisko z opowieści, ale jak ktoś realny. Wyobraziłam ją sobie zupełnie bez powodu: skupioną, uśmiechniętą, może wdzięczną za uwagę. Złapałam się na tym, że porównuję się do obrazu, który sama stworzyłam.

– Często jej pomagasz – zauważyłam, starając się, by brzmiało to neutralnie.

– Bo jest nowa – odpowiedział zbyt szybko. – I ambitna.

Skinęłam głową. W środku jednak coś mnie ścisnęło. Przypomniałam sobie, że od dawna nie mówił o mnie w ten sposób. Ambitna. Ciekawa. Ważna.

Zaczęłam liczyć drobiazgi: ile razy sprawdzał godzinę, ile razy odpisywał na wiadomości przy mnie, a ile razy odwracał ekran. Jednocześnie nienawidziłam siebie za to śledzenie. Za tę podejrzliwość, która kłóciła się z obrazem mnie samej jako rozsądnej, spokojnej kobiety.

Wieczorem, kiedy poszedł pod prysznic, jego telefon zawibrował na stole. Nie wzięłam go do ręki. Patrzyłam tylko na ekran, na którym pojawiło się jedno imię. Lucyna. Odwróciłam się plecami, jakby ten widok był czymś zakazanym. Wiedziałam już jednak, że nie są to tylko moje wyobrażenia. Że ślady, które widzę, układają się w prawdę, od której nie da się uciec.

Tej nocy zrozumiałam, że albo zapytam wprost, albo będę żyła w ciągłym napięciu. Paragon wciąż miałam schowany w szufladzie.

A jednak się przyznał

Nie doszło do wielkiej awantury. Nie było podniesionych głosów ani dramatycznych gestów. Kiedy wieczorem wyjęłam paragon z szuflady i położyłam go na stole, Paweł spojrzał na mnie długo, zbyt długo jak na niewinność. Milczał. A w tym milczeniu było wszystko, czego nie chciałam usłyszeć.

To nie był bukiet dla ciebie – powiedział w końcu cicho, jakby chodziło o coś zupełnie błahego.

Pokiwałam głową. Właśnie tego się spodziewałam, a jednak zabolało bardziej, niż przypuszczałam. Nie zapytałam dla kogo były róże. To pytanie nagle straciło znaczenie. Ważniejsze było to, że potrafił wręczyć mi czekoladki i udawać, że to wystarczy. Że ja też przez chwilę udawałam razem z nim.

Tego wieczoru położyliśmy się spać osobno. On na kanapie, ja w sypialni, w ciszy przerywanej tylko odgłosami miasta za oknem. Czułam pustkę, ale też ulgę. Jakby coś ciężkiego wreszcie przestało wisieć nade mną bez nazwy.

Nie wiem jeszcze, czy odejdę. Nie wiem, jak będzie wyglądało moje życie za miesiąc czy rok. Wiem natomiast, że po raz pierwszy od dawna nie oszukuję samej siebie.

Iga, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama