Reklama

To miał być nasz wieczór. Tylko my, kolacja przy świecach i cisza, o którą w dzisiejszym świecie tak trudno. Zaplanowałam każdy szczegół, od muzyki w tle po kolor serwetek. Byłam pewna, że nic nie jest w stanie zepsuć tej atmosfery. Myliłam się. Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, mój żołądek ścisnął się w supeł. Nie wiedziałam jeszcze, że za chwilę moje koronkowe plany zderzą się z niespodziewaną wizytą teściowej.

Cała magia wieczoru pękła jak bańka mydlana

Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy spojrzałam w lustro w przedpokoju, poprawiając ramiączko nowej, czerwonej sukienki. Wyglądałam dobrze. Nie, powiem to wprost – wyglądałam obłędnie. Przez ostatnie dwa miesiące w naszej firmie panował taki kocioł, że wracałam do domu zszarzała, zmęczona i marząca jedynie o szybkim prysznicu i dresach. Piotr, mój mąż, też nie miał lekko. Jego awans wiązał się z niekończącymi się nadgodzinami. Mijaliśmy się w drzwiach, wymieniając szybkie pocałunki i komunikaty o tym, kto ma kupić mleko.

Dlatego te walentynki były dla nas tak ważne. To nie chodziło o komercyjne święto, serduszka z plastiku czy pluszowe misie. Chodziło o odzyskanie siebie nawzajem. O to, żeby usiąść naprzeciwko, spojrzeć sobie w oczy i przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle wzięliśmy ślub pięć lat temu. Zaczęłam gotować już o szesnastej. Chciałam zrobić swoje popisowe danie. W salonie przygasiłam światła, zapalając chyba z trzydzieści małych świeczek. Na stoliku kawowym stały dwie szklane lampki. W powietrzu unosił się zapach kadzidełek. Piotr wrócił punktualnie o osiemnastej. Wszedł do mieszkania z bukietem ciemnoczerwonych róż i tym błyskiem w oku, którego nie widziałam od dawna.

– Wyglądasz... wow – wydusił z siebie, zrzucając marynarkę.

Podeszłam do niego, czując, jak napięcie ostatnich tygodni opada. Objął mnie w talii, przyciągnął do siebie.

– Wszystko gotowe – szepnęłam mu do ucha. – Tylko my, żadnych telefonów, żadnych maili.

– Tylko my – powtórzył zadowolony.

I wtedy, dokładnie w tej sekundzie, rozległ się dźwięk domofonu. Zamarliśmy. To nie był cichy, dyskretny sygnał. To było natarczywe brzęczenie.

– Zamawiałaś coś? – zapytał Piotr, marszcząc brwi.

– Nie. A ty? Może to kurier z jakimś dodatkowym prezentem? – spojrzałam na niego podejrzliwie.

Piotr podszedł do słuchawki. Wcisnął przycisk.

– Słucham?

Cisza. Potem szum i znajomy, piskliwy głos, który sprawił, że cała magia wieczoru pękła jak bańka mydlana.

– Piotrusiu? To ja, mama. Otwórz.

To miały być nasze chwile

Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Mama Piotra, Jadwiga, mieszkała na drugim końcu miasta. Nie miała samochodu. Wizyta u nas wymagała od niej przesiadki dwoma autobusami albo drogiej taksówki.

– Co ona tu robi? – syknęłam.

– Nie wiem – Piotr wyglądał na równie zdezorientowanego. – No ale przecież nie mogę jej nie wpuścić. Muszę otworzyć.

Wcisnął przycisk zwalniający blokadę drzwi na klatce. W tamtej chwili wiedziałam już, że plan idealny właśnie trafił do kosza. Zdmuchnęłam kilka świeczek i nerwowo wygładziłam sukienkę. Czułam wściekłość. To miały być nasze chwile. Kiedy po kilku minutach (winda w naszym bloku działa wolno, ale tym razem wydawało się, że jedzie całą wieczność) rozległo się pukanie do drzwi, Piotr otworzył. W progu stała ona. Jadwiga. W swoim beżowym płaszczu, z beretem nasuniętym na czoło i z miną męczennicy. Opierała się ciężko o futrynę.

– Ojej, dzieci... dobrze, że jesteście, trochę się zmęczyłam – wydyszała, wchodząc do środka bez pytania.

– Mamo? Co się stało? Przecież jest wieczór, czemu nie jesteś w domu – Piotr próbował zachować spokój.

– Przyjechałam do kościoła, tu niedaleko. I pomyślałam, że przywiozę qam od razu rosołu.

– Dzień dobry, mamo – powiedziałam, siląc się na uprzejmość. – Może usiądziesz?

– O, Ania. Ale się wystroiłaś – zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. – Czerwony? Odważnie. Ja bym w takim kolorze wyglądała jak wóz strażacki, ale tobie... no, ujdzie.

Zaprowadziliśmy ją do salonu. Usiadła na kanapie, dokładnie w miejscu, gdzie pięć minut temu planowaliśmy rozpocząć naszą kolację i rozmawiać o naszej przyszłości.

Teściowa wyjęła z torby duży słoik z rosołem.

– Proszę, no taki pyszny mi wyszedł, będziecie mieli jak znalazł na jutro na obiad. Przecież nie macie czasu gotować.

Dzień, na który czekaliśmy

– O, widzę, że macie kolację – zauważyła, patrząc na nakryty stół. Dwa nakrycia. Świece – Nie chciałam przeszkadzać. Napiję się tylko wody, posiedzę chwilę, aż trochę odpocznę i pójdę.

Wiedziałam, że to kłamstwo. I Piotr też to wiedział. Nikt nie ma serca wyprosić matki. To był ten rodzaj szantażu emocjonalnego, w którym Jadwiga była mistrzynią olimpijską.

– Mamo, nie wygłupiaj się – westchnął Piotr. – Zjesz z nami. Ania zrobiła dobre kotlety.

– No proszę. Ostatnio jak robiłaś kotlety, to były trochę suche, pamiętasz? Ale chętnie spróbuję. Może tym razem wyszły.

Zacisnęłam zęby. Poszłam do kuchni po trzeci talerz. Wyciągnęłam go z szafki z takim impetem, że omal go nie stłukłam.

„Spokojnie, Ania” – powtarzałam sobie w myślach. – „To tylko jeden wieczór. Bądź dorosła. Bądź miła”.

Ale w środku wrzałam. To był dzień, na który czekaliśmy. A teraz musiałam dzielić go z kobietą, która przy każdej okazji przypominała mi, że nie prasuję Piotrowi koszul tak dobrze jak ona. Wróciłam do salonu.

Teściowa przeżuwała każdy kęs powoli, z miną krytyka kulinarnego z programu telewizyjnego.

– Hmm. No, sos zdecydowanie za słodki, ja bym dała więcej tymianku, ale wiadomo, każdy ma swój gust.

Piotr unikał mojego wzroku. Wiedział, że jestem wściekła. Minęła godzina, a teściowa nadal raczyła nas swoimi opowieściami i plotkami z całego osiedla. Co chwila zerkałam na zegarek. Atmosfera gęstniała. Czułam się jak w surrealistycznym filmie. Moja sukienka, kolacja, cały ten wysiłek - wszystko wydawało się pójść na marne.

Tego już było za wiele

Myślałam, że nie może być gorzej, a jednak.

– Tak sobie patrzę na was... – zaczęła teściowa, wodząc wzrokiem od Piotra do mnie. – Macie piękne mieszkanie. Dwa pokoje, duży salon. Pracę macie, pieniądze macie. Ale pusto tu jakoś.

Piotr spojrzał na mnie porozumiewawczo. Wiedział, do czego to zmierza.

– Mamo, proszę... – zaczął ostrzegawczo.

– Ale co proszę? Ja tylko głośno myślę! – przerwała mu, nie zważając na jego ton. – Ja w waszym wieku to już miałam dwójkę dzieci. Piotruś szedł do pierwszej klasy, a Anetka raczkowała. A wy co? Kariera? Wycieczki? Pieska sobie kupicie zamiast dziecka?

Zacisnęłam dłonie. Tego już było za wiele. Presja z jej strony pojawiała się niemal przy każdej wizycie. Nie spodziewałam się, że poruszy ten temat także w Walentynki.

– Zegar tyka, Aniu. Nie ma na co czekać – dodała teściowa.

W końcu nie wytrzymałam:

– Jadwigo – powiedziałam cicho, ale twardo – Myślę, że powinnaś już iść. Jest późno, my też potrzebujemy odpoczynku. Zamówimy ci taksówkę.

Teściowa spojrzała na mnie zaskoczona. Chyba nie spodziewała się, że się odezwę. Zazwyczaj milczałam. Ale dzisiejszy wieczór był już i tak zrujnowany, więc nie miałam nic do stracenia.

– No... skoro tak – fuknęła, wstając. – To już pójdę. Ale wspomnicie moje słowa, jak na starość nikt wam szklanki wody nie poda!

To była najlepsza propozycja tego wieczoru

Kiedy drzwi za Jadwigą się zamknęły, oparłam się plecami o chłodne drewno i zamknęłam oczy. Usłyszałam, jak zamek klika. Dopiero wtedy wypuściłam powietrze z płuc. Piotr stał na środku salonu.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie sądziłem, że ten wieczór się tak potoczy.

– Przecież wiem – mruknęłam. – To nie twoja wina.

Obrócił się i spojrzał mi w oczy. Byliśmy zmęczeni. Romantyzm wyparował już dawno.

– Wiesz co? – powiedział Piotr, biorąc mnie za rękę. – Odpuśćmy to sprzątanie. Zostawmy te gary. Chodźmy obejrzeć jakiś głupi serial i zjeść resztę ciasta widelcem prosto z blachy.

Uśmiechnęłam się. To była najlepsza propozycja tego wieczoru.

– A w weekend SPA? – upewniłam się.

– A w weekend SPA. I zmieniam kod do domofonu – dodał z mrugnięciem oka.

Leżąc później na kanapie myślałam o tym dziwnym wieczorze. Nie było świec, nie było uniesień jak z filmu. Była proza życia, upierdliwa teściowa i my, stawiający czoła absurdowi. I może, paradoksalnie, to były najbardziej „prawdziwe” walentynki, jakie mogliśmy przeżyć. Bo miłość to nie tylko płatki róż. To też umiejętność patrzenia na siebie z wyrozumiałością, nawet gdy w drzwiach staje niezapowiedziana teściowa. Choć muszę przyznać – następnym razem, gdy usłyszę domofon w trakcie kolacji, po prostu udamy, że nie ma nas w domu.

Ania, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama