Reklama

Poranki w naszym mieszkaniu od lat wyglądały tak samo. Dwa kubki na stole, radio grające cicho w tle i my, siedzący naprzeciwko siebie jak znajomi, którzy już wszystko o sobie wiedzą. Czekałam na walentynki nie jak dziewczyna, tylko jak kobieta, która chciała jednego potwierdzenia, że wciąż istniejemy jako „my”. Bałam się ciszy bardziej niż samotności.

Nie na taki prezent czekałam

Tego wieczoru stół nakryłam staranniej niż zwykle. Nie było świec ani czerwonych serwetek, tylko czyste talerze i zupa, którą Tomasz lubił najbardziej. Chciałam, żeby poczuł się zauważony. Usiadł naprzeciwko mnie, zdjął sweter, odłożył telefon ekranem do dołu. Ten gest kiedyś coś znaczył. Teraz tylko mnie uspokajał na chwilę.

– Pamiętasz, jaki dziś dzień? – zapytałam, udając lekkość.

Spojrzał na mnie, jakby sprawdzał, czy to pytanie jest warte odpowiedzi.

– Walentynki – powiedział spokojnie. – Wiem.

Czekałam. Na uśmiech, na żart, na cokolwiek. W końcu westchnął i oparł łokcie na stole.

– Renata, musimy porozmawiać.

Serce uderzyło mi szybciej, ale jeszcze wierzyłam, że to rozmowa o czymś drobnym. O zmęczeniu, o pracy, o planach. Skinęłam głową.

Mam wrażenie, że zmarnowałem trzydzieści lat – powiedział, patrząc gdzieś obok mnie. – Nasze małżeństwo… to był błąd.

Zupa ostygła. Patrzyłam na jego usta, poruszające się dalej, ale nie słyszałam już słów. W końcu dotarło jedno.

– Jak to… zmarnowałeś? – wyszeptałam. – Przecież to było nasze życie.

Wzruszył ramionami.

– Właśnie o to chodzi. Ja tylko w nim uczestniczyłem, ale ono było bardziej twoje,

Poczułam, jak policzki mnie pieką. Wstyd, który nie miał konkretnego kształtu, rozlał się we mnie.

– Chcesz powiedzieć, że nic nie znaczyłam? – zapytałam ostrzej, niż planowałam.

– Nie mówię tego – odparł. – Mówię, że chcę wreszcie poczuć wolność. Zrobić coś dla siebie.

– A ja? – głos mi zadrżał. – Kim ja byłam przez te lata?

Popatrzył na mnie uważnie, jakby naprawdę się zastanawiał.

– Dobrą żoną – powiedział po chwili. – Ale to dla mnie za mało.

Wstał, zebrał talerze i zaniósł je do kuchni, jakby rozmowa była skończona. Zostałam sama przy stole, w walentynkowy wieczór, z uczuciem, że ktoś właśnie przekreślił całe moje dorosłe życie jednym spokojnym zdaniem.

Próbowałam zrozumieć

Przez kolejne dni chodziłam za nim jak cień. Nie dosłownie, ale w myślach byłam przy każdym jego ruchu. Gdy zapinał kurtkę, zastanawiałam się, czy wróci o zwykłej porze. Gdy nalewał sobie herbatę, liczyłam na to, że zapyta, czy ja też chcę. Nie pytał. Wolność zaczynała się od drobiazgów.

– Musimy wrócić do tamtej rozmowy – powiedziałam któregoś wieczoru, gdy siedział na kanapie z gazetą.

Nie podniósł wzroku.

– Już wszystko powiedziałem.

– Nie, Tomasz. Powiedziałeś jedno zdanie i zostawiłeś mnie z nim samą – usiadłam naprzeciwko. – Ja próbuję zrozumieć, co się stało.

Odłożył gazetę z wyraźnym znużeniem.

– Nic się nie stało. Po prostu przestałem chcieć tak żyć.

– A kiedy przestałeś? – zapytałam. – Rok temu? Dziesięć lat?

Milczał dłuższą chwilę.

– Nie wiem. To się działo powoli.

Te słowa bolały najbardziej. Powoli. A ja przez ten czas planowałam święta, martwiłam się o rachunki, odkładałam swoje marzenia na później.

– Mogliśmy coś zmienić – powiedziałam ciszej. – Nadal możemy.

Uśmiechnął się blado.

– Ty zawsze chcesz naprawiać. Ja nie chcę już niczego naprawiać.

Wróciłam do sypialni i usiadłam na brzegu łóżka. Przypomniałam sobie propozycję pracy w innym mieście, z której zrezygnowałam, bo on „nie był gotowy na zmiany”. Wakacje, na które nie pojechaliśmy, bo jemu było wszystko jedno. Każde moje ustępstwo wydawało mi się kiedyś dowodem miłości. Teraz wyglądało jak powolne znikanie. Następnego dnia spróbowałam jeszcze raz.

– Czy jest ktoś inny? – zapytałam wprost.

– Nie – odpowiedział bez wahania. – Chodzi tylko o mnie.

To „tylko” zabrzmiało jak wyrok. Zrozumiałam, że w jego opowieści nie ma dla mnie miejsca. Byłam przeszkodą, nie partnerką. A ja wciąż łudziłam się, że wystarczy dobra rozmowa, żeby odzyskać trzydzieści lat wspólnego sensu.

Zwierzyłam się bliskim

Najpierw powiedziałam Lidii. Zaprosiłam ją na herbatę, choć wiedziałam, że to tylko pretekst. Siedziała naprzeciwko mnie, dorosła, spokojna, z tym samym skupionym spojrzeniem co ojciec. Kiedy wypowiedziałam na głos słowa o „zmarnowanych trzydziestu latach”, skrzywiła się lekko.

– Mamo… – zaczęła ostrożnie. – Może tata po prostu przechodzi jakiś kryzys. Ludzie w jego wieku czasem… przewartościowują życie.

– A ja? – przerwałam jej. – Ja nie jestem częścią tego życia?

Westchnęła.

– Jesteś. Zawsze będziesz. Ale może on potrzebuje przestrzeni.

Słuchałam jej i czułam, jak coś we mnie twardnieje. Nie gniew, raczej rozczarowanie. Chciała być sprawiedliwa, rozsądna. Nie potrafiła stanąć po żadnej stronie.

– Nie chcę, żebyście się niszczyli nawzajem – dodała cicho. – Może warto dać mu czas.

Czas. Znowu czas. Jakby to był zasób, którego miałam w nadmiarze. Wieczorem zadzwoniłam do Ireny. Znała mnie od studiów, była świadkiem wszystkich moich „jeszcze trochę”, „może jutro”, „on się zmieni”.

– Renata, ja to widziałam od dawna – powiedziała bez ogródek. – Ty zawsze byłaś sama w tym małżeństwie.

– To dlaczego nic nie mówiłaś? – zapytałam z żalem.

– Mówiłam. Tylko nie chciałaś słuchać.

Jej słowa zabolały, bo były prawdziwe.

– Co mam teraz zrobić? – zapytałam, czując, jak łamie mi się głos.

Przestać go przekonywać – odpowiedziała stanowczo. – I zacząć myśleć o sobie.

Odłożyłam telefon i usiadłam w ciemnym pokoju. Jedna osoba radziła cierpliwość, druga godność. A ja stałam pośrodku, rozdarta między strachem przed samotnością a przerażeniem, że jeszcze raz zrezygnuję z siebie.

Zaczęłam przyglądać się naszej przeszłości. Każde wspomnienie, które dotąd uważałam za dowód bliskości, nagle traciło kolory. Tomasz wracał późno z pracy – mówiłam sobie, że jest odpowiedzialny. Nie pytał o moje sprawy – tłumaczyłam, że taki ma charakter. Milczał przy stole – uznawałam to za spokój. Teraz widziałam w tym jedno: obojętność.

Pewnego popołudnia weszłam do jego gabinetu. Szukałam ładowarki, ale zatrzymałam się przy półce z segregatorami. Każdy opisany starannym pismem. Jego plany, projekty, notatki. Ani jednej rzeczy wspólnej. Żadnego „my”.

– Zawsze miałeś tu swój świat – powiedziałam, gdy stanął w drzwiach.

– Każdy powinien mieć – odparł.

– Ja nie miałam – spojrzałam na niego. – Ja byłam twoim zapleczem. Przystanią, do której wracałeś.

Nie zaprzeczył. To bolało bardziej niż kłótnia.

– Nigdy nie prosiłam o wiele – ciągnęłam. – Chciałam być ważna. Partnerką, nie wygodą.

Renata, nie rób ze mnie potwora – powiedział zmęczonym głosem. – Niczego ci nie obiecywałem.

Te słowa uderzyły mnie. Zrozumiałam, że całe lata żyłam obietnicami, które sama sobie dopowiadałam. On brał to, co dawałam, bo było podane.

Wróciłam do sypialni i spojrzałam w lustro. Widziałam kobietę, która tak bardzo chciała być kochana, że zgodziła się być niewidzialna. Iluzja pękła.

Mąż się wyprowadził

Stało się to w zwykły wtorek. Bez dramatycznych zapowiedzi. Tomasz stał w przedpokoju i składał swoje rzeczy do torby, spokojnie, metodycznie, jakby szykował się na krótki wyjazd służbowy.

– Wyprowadzam się – powiedział, nie patrząc na mnie. – Nie chcę już nic naprawiać.

Te słowa nie wywołały we mnie krzyku ani płaczu. Poczułam za to, jakby ktoś zgasił światło w pokoju, w którym siedziałam całe życie. Przez chwilę chciałam jeszcze coś powiedzieć, zapytać, zatrzymać go jednym zdaniem. Ale zobaczyłam w jego twarzy ulgę. I wtedy zrozumiałam, że każda moja prośba byłaby kolejnym upokorzeniem.

Czy kiedykolwiek mnie kochałeś? – zapytałam cicho.

Zatrzymał się. Odwrócił powoli.

– Na swój sposób – odpowiedział po chwili. – Ale to nie było to, czego szukałem.

Skinęłam głową. W tej jednej chwili pękło we mnie wszystko, co jeszcze trzymało mnie przy nim. Nie byłam błędem. Byłam kobietą, która oddała trzydzieści lat komuś, kto nigdy nie nauczył się brać odpowiedzialności za czyjeś uczucia.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam na podłodze w przedpokoju. Mieszkanie pełne wspomnień nagle stało się tylko przestrzenią, w której byłam sama ze sobą. Nie miałam planu. Nie czułam ulgi. Był wstyd, żal i pytanie, kim jestem bez „nas”.Skoro on wybrał wolność, ja musiałam nauczyć się żyć, nie przepraszając za swoje istnienie.

Renata, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama