Reklama

Sądziłam, że moje życie to już tylko powolne odliczanie dni, przerywane jedynie wizytami listonosza i sporadycznymi telefonami od córki, która wiecznie nie ma czasu. Walentynki traktowałam jak komercyjny wymysł, dzień, w którym samotność boli bardziej niż zwykle, wciskając się w każdy kąt mojego mieszkania. Nie przypuszczałam, że zapach drożdżowego ciasta i jeden impulsywny gest mogą sprawić, że przestałam patrzeć wyłącznie w przeszłość. To historia o tym, że nawet gdy wydaje nam się, że nasz czas minął, życie potrafi zapukać do drzwi w najmniej oczekiwanym momencie.

Patrzyłam na to wszystko z dystansem

Obudziłam się tego dnia z dziwnym ciężarem na piersi. Czternasty lutego. W kalendarzu wiszącym w kuchni ta data nie była zaznaczona na czerwono, ale świat zewnętrzny nie pozwalał o niej zapomnieć. W telewizji śniadaniowej prezenterzy w różowych koszulach szczebiotali o idealnych prezentach, a w sklepie spożywczym, do którego zeszłam rano po mleko, potykałam się o sterty czekoladek w kształcie serc. Patrzyłam na to wszystko z dystansem, a może nawet z lekką pogardą, która w rzeczywistości była tylko pancerzem ochronnym.

Wróciłam do mieszkania, zamknęłam drzwi na dwa zamki i oparłam się o nie plecami. Cisza. Absolutna, gęsta cisza, którą przerywało jedynie buczenie starej lodówki. Kiedyś ten dom tętnił życiem. Pamiętam, jak Roman krzątał się po kuchni, wiecznie czegoś szukając, jak nasza córka, Ewa, biegała po korytarzu, gubiąc kapcie. Teraz Ewa mieszkała w Londynie, a Romana nie było ze mną od pięciu lat. Zostałam ja i moje cztery ściany, które znały każdą moją myśl.

Spojrzałam na telefon leżący na komodzie. Ekran był czarny. Ewa pewnie zadzwoni wieczorem, w biegu, między pracą a kolacją ze swoim narzeczonym. Powie szybkie: kocham cię, mamo i rozłączy się, zanim zdążę zapytać, czy ciepło się ubiera. Nie miałam do niej pretensji, miała swoje życie, a ja nie chciałam być tą matką, która wisi u nogi dorosłego dziecka jak kamień młyński.

Musiałam coś ze sobą zrobić. Musiałam zająć ręce, żeby głowa przestała analizować moją samotność. Podeszłam do szafki i wyciągnęłam wielką, ceramiczną misę. Była ciężka, solidna, pamiętała jeszcze czasy mojej babci. Pieczenie zawsze było moją ucieczką. Kiedy świat walił mi się na głowę, ja zagniatałam ciasto. Proste, rytmiczne ruchy dłoni, sprężystość mąki połączonej z mlekiem i drożdżami – to była moja medytacja.

Mijaliśmy się na klatce od lat

Wysypałam mąkę na stolnicę, robiąc w środku mały krater na rozczyn. Drożdże pracowały w szklance, pieniąc się i rosnąc, jakby chciały uciec. Lubiłam ten zapach. Był zapachem domu, bezpieczeństwa, obietnicą czegoś dobrego. Kiedy zaczęłam wyrabiać ciasto, poczułam, jak napięcie w moich ramionach powoli puszcza. Uderzałam dłonią w miękką masę, przewracałam ją, zagniatałam, wkładając w to całą swoją frustrację i niespełnioną potrzebę bliskości.

Myślałam o Romanie. O naszych pierwszych walentynkach, kiedy nie mieliśmy grosza przy duszy, a on przyniósł mi bukiet zwiędniętych tulipanów, które kupił za bezcen na rynku tuż przed zamknięciem. Śmialiśmy się wtedy do łez, jedząc kanapki z serkiem topionym i popijając je herbatą. Byliśmy młodzi, głupi i przekonani, że mamy przed sobą nieskończoność. Nieskończoność okazała się jednak mieć bardzo konkretny termin ważności.

Ciasto rosło w cieple piekarnika, a zapach powoli wypełniał całe mieszkanie. Słodka woń wanilii, masła i pieczonej kruszonki zaczęła wydostawać się na klatkę schodową. Wiedziałam to, bo usłyszałam trzaśnięcie drzwi u sąsiada. Mieszkał tuż obok, drzwi w drzwi. Pan Tadeusz. Wiedziałam o nim niewiele, mimo że mijaliśmy się na klatce od lat. Zawsze kłanialiśmy się sobie uprzejmie, wymieniając uwagi o pogodzie albo o tym, że znów nie posprzątano chodnika przed blokiem.

Wiedziałam, że jest na emeryturze, że chyba też jest sam, bo nigdy nie widziałam u niego żadnej kobiety. Czasem słyszałam przez ścianę dźwięk radia, zawsze nastawionego na wiadomości albo muzykę klasyczną. Był cichym, nienarzucającym się sąsiadem, rodzajem ducha, którego obecność się czuje, ale rzadko widzi. Wyjęłam blachę z piekarnika. Ciasto wyrosło pięknie, złocista kruszonka lśniła kusząco. Postawiłam je na blacie i nagle uderzyła mnie absurdalność sytuacji. Upiekłam ogromną blachę drożdżowego ciasta ze śliwkami i kruszonką. Dla kogo? Dla siebie samej? Przecież nie zjem tego przez tydzień, a drożdżowe najlepsze jest świeże.

Wdzięczność zmieszana z niedowierzaniem

Stałam nad tym parującym ciastem i czułam, jak wzbiera we mnie fala żalu. Nie chciałam jeść go sama, patrząc w telewizor. Nie w ten dzień. Spojrzałam na ścianę dzielącą mnie od mieszkania pana Tadeusza. Słyszałam ciche szuranie kapci. Był w domu. Oczywiście, że był. Gdzie miałby być taki starszy pan w walentynkowe popołudnie? Serce biło mi mocniej. To był impuls. Głupi, szalony impuls. Chwyciłam solidny kawałek ciasta, wciąż gorący, i położyłam go na talerzyku w różyczki. Zanim zdążyłam przemyśleć wszystkie za i przeciw, zanim zdążyłam się wycofać i uznać, że wychodzę na desperatkę, byłam już na klatce schodowej.

Dwa kroki. Tyle dzieliło moje drzwi od jego. Zadzwoniłam dzwonkiem. Dźwięk był ostry, przeszywający. Przez chwilę nic się nie działo i już miałam uciekać z powrotem do swojej bezpiecznej samotni, kiedy usłyszałam szczęk zamka. Drzwi uchyliły się powoli. W progu stanął pan Tadeusz. Miał na sobie starannie wyprasowaną koszulę w kratę i wełnianą kamizelkę. Wyglądał schludnie, ale jego oczy były smutne, jakby zgaszone.

– Dzień dobry, pani Lucyno – powiedział, wyraźnie zaskoczony. – Coś się stało? Czy zalałem panią?

– Nie, nie, skądże – zaprzeczyłam szybko, czując, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Wyciągnęłam przed siebie talerzyk. – Upiekłam ciasto. Drożdżowe. I pomyślałam... jest go tak dużo, że sama nie przejem. A dziś taki dzień, że szkoda, żeby się zmarnowało. Może miałby pan ochotę na kawałek?

Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. Jego wzrok powędrował z mojej twarzy na parujące ciasto, a potem z powrotem na mnie. Zobaczyłam w jego oczach coś, co ścisnęło mnie za gardło. To nie było łakomstwo. To była wdzięczność zmieszana z niedowierzaniem.

– Pani Lucyno... – zaczął, a jego głos lekko zadrżał. – To niezwykle miłe. Zapach czułem już od godziny. Przypomina mi... dawne czasy.

– Proszę brać, póki ciepłe – zachęciłam go, uśmiechając się nieśmiało.

– A może... – zawiesił głos, jakby bał się własnej śmiałości. – Może wejdzie pani na chwilę? Mam dobrą herbatę, liściastą. Głupio tak jeść samemu, skoro autorka stoi za progiem.

Zawaham się. Nie planowałam wizyty. Miałam na sobie domowy sweter i brak makijażu. Ale kiedy spojrzałam w głąb jego przedpokoju, zobaczyłam tę samą ciszę, która panowała u mnie.

– Z przyjemnością – odpowiedziałam.

Samotność w czterech ścianach robi się zbyt głośna

Mieszkanie Tadeusza było lustrzanym odbiciem mojego, ale urządzone zupełnie inaczej. Było tu dużo ciemnego drewna, regały pełne książek sięgające aż do sufitu i stary zegar z wahadłem, który odmierzał czas głośnym cykaniem. Było nieskazitelnie czysto, wręcz sterylnie, co zdradzało, że gospodarz ma dużo czasu na dbanie o porządek. Zaprowadził mnie do kuchni. Na stole leżała koronkowa serweta. Tadeusz krzątał się przy czajniku z taką starannością, jakby parzenie herbaty było najważniejszą misją dyplomatyczną.

– Proszę wybaczyć bałagan – powiedział, choć wokół nie było ani pyłku kurzu. – Nie spodziewałem się gości. Zwłaszcza w taki dzień.

– Ja też nie planowałam wychodzić – przyznałam, siadając na krześle. – Ale czasem samotność w czterech ścianach robi się zbyt głośna, prawda?

Tadeusz zatrzymał się z puszką herbaty w dłoni i spojrzał na mnie uważnie.

– Tak – przytaknął cicho. – Zbyt głośna. To dobre określenie.

Postawił przede mną parującą filiżankę w delikatny, kwiatowy wzór. Porcelana była cieniutka, elegancka.

– To filiżanki mojej żony, Marii – wyjaśnił, widząc, jak im się przyglądam. – Wyciągam je tylko od wielkiego święta. Albo kiedy mam wyjątkowego gościa.

Poczułam się wyróżniona, ale i onieśmielona. Ukroiłam kawałek ciasta dla niego i dla siebie. Pierwszy kęs. Było idealne. Puszyste, wilgotne, nie za słodkie. Tadeusz zamknął oczy, przeżuwając powoli.

– Niesamowite – szepnął. – Smakuje jak dzieciństwo. Jak niedziele u mojej babci na wsi. Nie jadłem domowego ciasta od... – zawiesił głos, licząc w myślach. – Od siedmiu lat. Odkąd Maria odeszła.

Potrzebowaliśmy tego kawałka ciasta

Atmosfera, która mogła być niezręczna, nagle stała się gęsta od emocji, ale w taki dobry, oczyszczający sposób. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw ostrożnie, badając grunt, potem coraz śmielej. Opowiedziałam mu o Romanie. O tym, jak mnie denerwował, zostawiając skarpetki na podłodze, i o tym, jak bardzo mi teraz tych skarpetek brakuje. Opowiedziałam o Ewie i o tym, jak bardzo boli mnie, że stajemy się sobie obce. Tadeusz słuchał z uwagą, jakiej dawno od nikogo nie zaznałam. Nie przerywał, nie dawał „dobrych rad”, po prostu był. Potem sam zaczął mówić. O Marii. O tym, że poznali się w bibliotece, gdzie oboje sięgnęli po tę samą książkę. Że nie mieli dzieci, więc byli dla siebie całym światem.

– Wie pani, co jest najgorsze? – zapytał, patrząc w fusy na dnie filiżanki. – Że człowiek zapomina głosu. Pamiętam jej twarz, mam zdjęcia. Pamiętam jej zapach. Ale głosu... Czasem próbuję go sobie przypomnieć przed snem i ogarnia mnie panika, bo słyszę tylko ciszę.

Pokiwałam głową, czując łzy pod powiekami.

– Ja mam to samo z Romanem – wyznałam. – Czasem włączam stare nagrania z wakacji, tylko po to, żeby usłyszeć, jak się śmieje. Ale to nie to samo.

Siedzieliśmy tak, dwoje rozbitków przy kuchennym stole, jedząc drożdżowe ciasto w walentynkowe popołudnie. Dzieliła nas ściana, a połączył nas smutek i mąka. Ale w tej rozmowie nie było tylko żalu. Było też dużo ciepła. Śmialiśmy się, wspominając modę z dawnych lat i nasze pierwsze, nieporadne randki. W pewnym momencie Tadeusz wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz zapadał zmrok.

– Dziwne – powiedział. – Rano myślałem, że ten dzień będzie torturą. Że będę siedział w fotelu i gapił się w ścianę, udając, że data w kalendarzu nie istnieje. A teraz... teraz jest mi dobrze.

– Mi też – przyznałam szczerze. – Chyba potrzebowaliśmy tego kawałka ciasta bardziej, niż nam się wydawało.

Nie musimy czekać do wiosny

Gdy herbata w dzbanku się skończyła, a na talerzu zostały tylko okruszki kruszonki, nadszedł czas, by wrócić do siebie. Ale coś się zmieniło. Powietrze między nami nie było już puste.

– Pani Lucyno – zatrzymał mnie w drzwiach Tadeusz. – Dziękuję. Naprawdę. To ciasto było pyszne, ale rozmowa... rozmowa była jeszcze lepsza.

– Ja również dziękuję, panie Tadeuszu. Za herbatę i za wysłuchanie.

– Wie pani... – podrapał się po siwiejącej skroni, nieco zakłopotany. – Tak rozmawialiśmy o tym, że nasze mieszkania są trochę puste. Że brakuje w nich życia. Wspominała pani, że kiedyś miała pani piękny ogród na działce, którą musieliście sprzedać.

– Tak, kochałam grzebać w ziemi. To mnie uspokajało – przytaknęłam.

– Ja mam duży balkon. Południowy, słoneczny. Od lat stoi pusty, tylko beton i barierka. Może... – spojrzał na mnie z nadzieją. – Może na wiosnę pomogłaby mi pani go zagospodarować? Nie znam się na kwiatach, Maria się tym zajmowała. Ale chętnie bym się nauczył. Zbiłbym skrzynki, przygotował ziemię. A pani wybrałaby rośliny. Co pani na to?

Zaskoczył mnie. To była propozycja projektu. Czegoś, co wykraczało poza jedną wizytę przy herbacie. To była propozycja wspólnego działania, patrzenia w przyszłość, a nie tylko rozpamiętywania przeszłości. Wyobraziłam sobie ten balkon. Skrzynki pełne pelargonii, może pomidorki koktajlowe, zioła... Poczucie, że mam cel. Że mam po co rano wstać i sprawdzić, czy coś wykiełkowało.

– To wspaniały pomysł – uśmiechnęłam się szeroko, czując, jak w środku rośnie we mnie nowa energia. – Ale nie musimy czekać do wiosny. Możemy zacząć planować już teraz. Mam katalogi ogrodnicze, mogę przynieść. Zrobimy listę sadzonek.

Tadeusz rozpromienił się. Jego twarz nagle straciła z dziesięć lat.

– Naprawdę? To by było... to by było coś. To może w przyszły wtorek? Upiekę szarlotkę. Nie jest tak dobra jak pani drożdżowe, ale staram się.

– Umowa stoi – powiedziałam.

Nie wiem, co z tego wyniknie

Wróciłam do swojego mieszkania, ale nie było już takie samo. Cisza nie była już tak przytłaczająca. Wiedziałam, że za ścianą jest ktoś, kto mnie rozumie. Kto też czeka na wiosnę. Spojrzałam na telefon. Była wiadomość od Ewy: „Wszystkiego dobrego, mamo. Przepraszam, że nie dzwonię, urwanie głowy. Kocham cię”. Zamiast poczuć ukłucie żalu, odpisałam spokojnie: „Dziękuję, kochanie. Nie martw się. Ja też mam dzisiaj miły wieczór. Całuję”.

Umyłam misę po cieście, nucąc pod nosem melodię, którą słyszałam u Tadeusza w radiu. Zrozumiałam, że moim błędem było czekanie na koniec. Że zamknęłam się w żałobie jak w twierdzy, myśląc, że nic mnie już nie czeka. A życie? Życie jest jak ciasto drożdżowe. Czasem trzeba się trochę natrudzić, żeby wyrosło na nowo.

Nie wiem, co z tego wyniknie. Czy to będzie przyjaźń, czy tylko sąsiedzka pomoc przy kwiatach. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że postanowiliśmy stworzyć coś nowego. Powoli, bez pośpiechu, tak jak rosną rośliny. Na razie mieliśmy plan na balkon. A to już było bardzo dużo. Wystarczająco, by przetrwać zimę i z nadzieją czekać na słońce.

Lucyna, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama