Reklama

Luty zawsze był dla mnie miesiącem trudnym. Wszędzie te czerwone serduszka, promocje dla par w kinach, reklamy czekoladek, które sugerują, że jeśli nie masz komu ich wręczyć, jesteś wybrakowanym towarem.

Nie lubię walentynek

Przez ostatnie lata udawało mi się ignorować ten zgiełk. Zakopywałam się w pracy, brałam nadgodziny w biurze projektowym albo wyjeżdżałam do rodziców na wieś, gdzie zasięg był słaby, a problemy sercowe wydawały się błahe w obliczu rąbania drewna do kominka. Jednak w tym roku coś się zmieniło. Może to kwestia zbliżających się trzydziestych urodzin, a może po prostu zmęczenie materiału. Kiedy moja przyjaciółka, Kinga, po raz setny zapytała, czy zainstaluję wreszcie aplikację randkową, zamiast prychnąć z pogardą, po prostu kiwnęłam głową.

Czułam się dziwnie, wypełniając profil. Musiałam opisać siebie w kilku zdaniach. Co miałam napisać? Że jestem pracoholiczką, która boi się odrzucenia? Że w wolnym czasie czytam biografie historyczne? Ostatecznie postawiłam na bezpieczne ogólniki. Lubię góry, dobrą literaturę i szczerość.

Szczerość była czymś, czego najbardziej brakowało w mojej ostatniej relacji. Relacji, która zakończyła się nagle, bez wyjaśnień, zostawiając we mnie wyrwę, której nie potrafiłam zasypać przez lata.

Chciałam kogoś poznać

Dwa dni przed walentynkami dostałam powiadomienie. „Masz dopasowanie: Tomasz, 52 lata”. Zmarszczyłam brwi. Był ode mnie starszy o ponad dwadzieścia lat. Moje ustawienia dopuszczały taką różnicę, choć zaznaczyłam ją raczej przez pomyłkę, niż z realnej potrzeby szukania kogoś znacznie starszego. Jednak jego profil mnie zaintrygował.

Wymieniliśmy kilka wiadomości. Był kulturalny, elokwentny i zabawny. Kiedy zaproponował kolację w walentynki, wahałam się tylko przez chwilę. Pomyślałam, że raz się żyje. Co mam do stracenia? Najwyżej zjem dobrą kolację i wrócę do domu bogatsza o kolejne doświadczenie.

Szykując się do wyjścia, mimowolnie wracałam myślami do Roberta. To był mój jedyny, poważny związek. Byliśmy rówieśnikami, poznaliśmy się na studiach. Robert był wulkanem energii, człowiekiem, przy którym nie dało się nudzić, ale też nie dało się odpocząć. Kochałam go tą pierwszą, naiwną miłością, która wierzy, że wszystko można przezwyciężyć. Planowaliśmy wspólną przyszłość, rozmawialiśmy o imionach dla dzieci, a nawet oglądaliśmy mieszkania. A potem, pewnego listopadowego dnia, po prostu zniknął.

Zostawił mnie

Nie, to nie jest metafora. Dosłownie się spakował, gdy byłam w pracy, i zostawił na stole kartkę z napisem: „To mnie przerasta. Przepraszam”. Zablokował numer, usunął mnie z mediów społecznościowych. Przez wspólnych znajomych dowiedziałam się tylko, że wyjechał za granicę.

Nie wiedziałam, co zrobiłam źle. Czy byłam zbyt wymagająca? Za mało atrakcyjna? A może po prostu on był tchórzem? Ta niewiedza trawiła mnie od środka. Robert był jak duch, który nawiedzał mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Porównywałam do niego każdego mężczyznę, którego spotykałam. Żaden nie miał tego błysku w oku, tej spontaniczności. Ale żaden też nie złamał mi serca w tak brutalny sposób. Stojąc przed lustrem w bordowej sukience, obiecałam sobie jedno: tego wieczoru Robert nie istnieje. Liczy się tylko tu i teraz. Liczy się Tomasz.

Restauracja, którą wybrał Tomasz, była jednym z tych miejsc, do których wchodzi się z lekkim onieśmieleniem. Czekał na mnie przy stoliku w rogu sali, z dala od głównego przejścia. Kiedy podniosłam wzrok, poczułam ukłucie w żołądku. Nie ze strachu, ale z wrażenia.

Zauroczył mnie

Wyglądał znacznie lepiej niż na zdjęciach. Miał siwe, gęste włosy zaczesane do tyłu i twarz człowieka, który wiele widział, ale zachował w sobie pogodę ducha. Wstał, gdy podeszłam, i pocałował mnie w dłoń. To był gest staroświecki, ale w jego wykonaniu wyglądał niezwykle naturalnie.

– Monika? Wyglądasz zjawiskowo – powiedział głębokim, ciepłym głosem.

– Dziękuję. Ty również – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie głosu.

Rozmowa płynęła gładko, jakbyśmy znali się od lat. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Opowiadał o swojej pracy z pasją, a ja słuchałam go jak zaczarowana. Był inteligentny, szarmancki i niesamowicie uważny. Pytał o moje projekty, o moje marzenia, o to, co sprawia, że się uśmiecham.

Czułam się przy nim ważna. Czułam się kobieca. Przez chwilę zapomniałam o różnicy wieku, o tym, że to randka w ciemno z aplikacji. Miałam wrażenie, że spotkałam kogoś, kto naprawdę może stać się kimś bliskim. Jednak jego oczy miały w sobie coś znajomego. Ten specyficzny odcień błękitu, z szarymi plamkami wokół źrenic. Gdzieś już widziałam takie oczy. Zrzucałam to jednak na karb zmęczenia i wyobraźni. Przecież to niemożliwe, bym go znała.

Nic nie podejrzewałam

Kiedy kelner zabrał talerze po daniu głównym, atmosfera stała się jeszcze bardziej intymna. Tomek zamówił herbatę i oparł się wygodnie o krzesło, patrząc na mnie z delikatnym uśmiechem.

– Dawno nie czułem się tak dobrze w czyimś towarzystwie. Moje życie ostatnio było dość puste.

– Rozumiem to doskonale – przyznałam szczerze. – Czasami praca nie wystarcza, żeby zagłuszyć ciszę w domu.

– Dokładnie. Moja żona odeszła pięć lat temu. Choroba. Długo nie mogłem się pozbierać. Potem rzuciłem się w wir pracy, podróży. Ale w końcu człowiek wraca do pustego salonu i rozumie, że sukces smakuje gorzko, gdy nie ma go z kim dzielić.

Wzruszyła mnie jego otwartość. Opowiedziałam mu o swoim zmęczeniu samotnością, choć pominęłam temat Roberta. Nie chciałam psuć nastroju opowieściami o byłym chłopaku.

– A masz dzieci? – zapytałam, chcąc zmienić nieco tor rozmowy na bardziej neutralny grunt rodzinny.

Twarz Tomasza rozjaśniła się dumą, ale w jego oczach mignął też cień smutku.

– Mam syna. Jedynego. To skomplikowana historia. Bardzo go kocham, ale mamy trudne relacje. Jest bardzo podobny do mnie z młodości. Niepokorny, uciekający przed odpowiedzialnością. Przez lata podróżował po świecie, szukając swojego miejsca. Dopiero niedawno wrócił do kraju.

Myślałam, że padnę

– To chyba dobrze, że wrócił? – zapytałam uprzejmie.

– Tak, mam nadzieję, że wreszcie dorośnie. Ma prawie trzydzieści lat, a wciąż zachowuje się jak nastolatek. Ostatnio nawet założył firmę, próbuje się ustatkować. Chcesz zobaczyć zdjęcie? Właśnie wysłał mi fotkę ze swojego nowego biura. Jestem z niego dumny, mimo wszystko.

Wyciągnął telefon z kieszeni marynarki. Przesunął palcem po ekranie i podał mi urządzenie. Wzięłam telefon do ręki z grzecznym uśmiechem, przygotowana na to, by pochwalić przystojnego syna. I wtedy mój świat zaczął wirować. Patrzyłam na ekran i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

Na zdjęciu, w nowoczesnym wnętrzu, siedział mężczyzna z szerokim, szelmowskim uśmiechem. Miał ten sam dołek w brodzie, te same błękitne oczy z szarymi plamkami, ten sam nonszalancki styl bycia. To był Robert. Mój Robert. Ten sam, który trzy lata temu zostawił mnie z kartką na stole. Ręka mi zadrżała tak mocno, że omal nie upuściłam telefonu na stół.

– Wszystko w porządku? – głos Tomasza dobiegł do mnie jakby zza grubej szyby. – Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

Zobaczyłam przeszłość

Oddałam mu telefon powolnym ruchem, starając się opanować oddech. W głowie miałam gonitwę myśli. Uciec? Udawać, że nic się nie stało? Wykrzyczeć mu w twarz, że jego syn to drań? Ale przecież Tomasz nie był niczemu winien. Był miły, kulturalny, szukał szczęścia tak samo jak ja. To była okrutna ironia losu. Umawiam się z ojcem mojego byłego. Co więcej – ten ojciec jest wspaniałym człowiekiem, w przeciwieństwie do syna.

– Moniko? – Tomasz położył swoją dłoń na mojej.

Jego dotyk był ciepły, ojcowski. To mnie otrzeźwiło. Musiałam być szczera. Wpisałam to przecież w profilu. Zabrałam rękę i wzięłam głęboki wdech.

– Twój syn… ma na imię Robert, prawda?

Tomasz zamarł. Jego brwi uniosły się w zdziwieniu.

– Tak. Skąd wiesz?

Spojrzałam mu prosto w oczy. Nie mogłam kłamać.

– Znam go. Bardzo dobrze go znam. Byliśmy parą przez dwa lata. Mieszkaliśmy razem.

Patrzył na mnie z niedowierzaniem, analizując moje słowa. Widziałam, jak w jego oczach procesują się informacje. Jego uśmiech powoli znikał, zastąpiony wyrazem szoku i konsternacji.

– Ty jesteś tą Moniką? – zapytał cicho. – Tą, o której Robert mówił, że ją skrzywdził?

Nie mogłam uwierzyć

To zdanie sprawiło, że poczułam ukłucie w sercu, ale jednocześnie dziwną ulgę. A więc Robert o mnie mówił? Przyznał się do krzywdy?

– Nie wiem, co ci mówił – odpowiedziałam, starając się zachować godność. – Wiem tylko, że zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia trzy lata temu.

Tomasz oparł czoło na dłoni i westchnął głęboko. Nagle wydawał się o dziesięć lat starszy. Cały blask i energia zniknęły, ustępując miejsca zmęczeniu rodzica, który musi sprzątać bałagan po swoim dziecku.

– Przepraszam cię – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Przepraszam cię najmocniej. Nie miałem pojęcia. Świat jest przerażająco mały.

– Nie masz za co przepraszać – odparłam, choć czułam, że łzy napływają mi do oczu. – To nie twoja wina. Ale… rozumiesz, że to zmienia wszystko.

– Oczywiście – podniósł głowę i spojrzał na mnie z ogromnym smutkiem. – To by było… niestosowne. I bolesne dla wszystkich.

Kelner podszedł zapytać o deser, ale Tomasz odprawił go gestem dłoni. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie – dwoje obcych ludzi połączonych przez jednego, nieobecnego mężczyznę. I wtedy stało się coś niezwykłego. Zamiast zakończyć spotkanie i uciec w popłochu, zostaliśmy.

– Dlaczego on to zrobił? – zapytałam nagle. To pytanie wisiało we mnie od lat. Skoro miałam przed sobą człowieka, który znał Roberta najlepiej, musiałam zapytać.

Poznałam prawdę

Tomasz milczał przez chwilę, obracając w palcach szklankę z wodą.

– Robert zawsze bał się stabilizacji – zaczął powoli, ważąc każde słowo. – Widział, jak odchodziła jego matka. Widział moje cierpienie. Ubzdurał sobie, że miłość to tylko ból i strata. Kiedy zaczęło się między wami robić poważnie, spanikował. Uciekł, bo myślał, że w ten sposób uchroni ciebie i siebie przed przyszłym cierpieniem. To głupie, niedojrzałe myślenie, ale tak to sobie tłumaczył. Wiem, bo rozmawialiśmy o tym, gdy wrócił miesiąc temu. Żałuje tego, ale wie, że spalił za sobą mosty.

Słuchałam go, a każde zdanie było jak plaster na starą ranę. A więc to nie była moja wina. Nie byłam „za mało” jakaś. To był jego strach, jego demony. Robert nie uciekł ode mnie, uciekł od samego siebie.

– Dziękuję, że mi to powiedziałeś – szepnęłam. – Naprawdę tego potrzebowałam.

Tomasz uśmiechnął się smutno.

– Jesteś wspaniałą kobietą. Robert był głupcem, że cię wypuścił. I ja teraz czuję się jak głupiec, bo los postawił cię na mojej drodze w takich okolicznościach. Gdybyśmy spotkali się w innym życiu, w innym układzie… kto wie.

Nie było deseru

Nie było romantycznego spaceru po starówce. Po tej rozmowie wiedzieliśmy oboje, że dalsze kontynuowanie randki w kontekście romantycznym jest niemożliwe. Cień Roberta był zbyt duży, zbyt wyraźny. Siedział między nami przy tym stoliku, niewidzialny, ale obecny. Tomasz nalegał, że odwiezie mnie do domu taksówką, ale odmówiłam. Potrzebowałam spaceru. Potrzebowałam zimnego, lutowego powietrza, żeby oczyścić umysł. Wyszliśmy przed restaurację. Padał lekki śnieg, wirując w świetle latarni.

– Moniko – Tomasz zatrzymał mnie na chwilę. – Życzę ci, żebyś znalazła kogoś, kto nie będzie uciekał. Kogoś, kto doceni to, kim jesteś.

– A ja życzę tobie, żebyś ułożył sobie relacje z synem. I żebyś znalazł kogoś, kto wypełni ten pusty dom.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Nie było w tym flirtu, tylko głęboki, ludzki szacunek. Idąc do domu przez ośnieżone ulice, mijałam pary trzymające się za ręce. Zazwyczaj czułabym zazdrość albo smutek. Ale tego wieczoru czułam spokój. Spotkanie z Tomaszem, choć zakończyło się fiaskiem jako randka, dało mi coś o wiele cenniejszego niż bukiet róż czy pudełko czekoladek. Dało mi zamknięcie. Zrozumiałam, że rozdział pod tytułem „Robert” jest ostatecznie zakończony. Nie przez niego, ale przeze mnie.

Zrozumiałam, iż nie muszę nikogo szukać na siłę. Los i tak postawi na mojej drodze odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie – nawet jeśli czasem będą to spotkania tak absurdalne jak to dzisiejsze. To były najdziwniejsze walentynki w moim życiu. Ale paradoksalnie – chyba najlepsze od lat. Bo w końcu odzyskałam samą siebie.

Monika, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama