„W Walentynki straciłam szansę na miłość i szacunek do własnego ojca. Żałuję, że poszłam na randkę do tej restauracji”
„Moja pierwsza myśl była absurdalnie niewinna: »O Boże, tata skończył wcześniej spotkanie z Niemcami i zrobił mamie niespodziankę! Zabrał ją tutaj!«. Serce podskoczyło mi z radości. Chciałam do nich podbiec, przytulić ich”.

Nigdy nie lubiłam Walentynek. Jest w tym dniu coś desperackiego, co sprawia, że nawet najszczęśliwsze pary zaczynają się pocić ze stresu, czy wybrany stolik w restauracji jest wystarczająco blisko okna, a bukiet róż wystarczająco wielki.
Marzyłam o miłości
Dla singli to dzień sądu ostatecznego. Dla mnie, która od dwóch lat leczyła serce po toksycznym związku z narcyzem imieniem Tomek, ten dzień miał być testem na to, czy jestem gotowa. Czy potrafię wyjść do ludzi, włożyć obcisłą sukienkę, umalować usta na krwistą czerwień i udawać, że wierzę w happy endy.
Kuba, facet, z którym pisałam od trzech tygodni, wydawał się idealnym kandydatem do przełamania lodów. Zabawny, inteligentny, architekt z własną firmą. Żadnych gierek w stylu „odpiszę za trzy dni”. Brzmiało zbyt dobrze, żeby było prawdziwie, ale moja mama, święta kobieta, która wierzy w miłość bardziej niż dziecko, powtarzała mi przez telefon:
– Daj sobie szansę. Zobacz na nas z tatą. Trzydzieści lat po ślubie, a on wciąż przynosi mi kawę do łóżka. Prawdziwi mężczyźni istnieją.
Te słowa dźwięczały mi w głowie, gdy zapinałam zamek mojej małej czarnej. Mój ojciec, legenda, człowiek-skała. Nigdy nie spóźniał się na obiad, zawsze pamiętał o rocznicach i patrzył na moją matkę z takim ciepłem, że moje koleżanki zazdrościły mi „starych”. To był mój punkt odniesienia. Mój złoty standard.
Byli dla mnie wzorem
Kiedy Tomek mnie zdradził dwa lata temu, to właśnie tata przyjechał po mnie w środku nocy, zebrał mnie z podłogi w wynajmowanym mieszkaniu i powiedział: „Córeczko, on nie był ciebie wart. Znajdziesz kogoś, kto będzie cię traktował jak królową”. Kuba wybrał miejsce, które krzyczało „chcę ci zaimponować” – jedną z tych restauracji, gdzie menu nie ma cen przy daniach, a kelnerzy poruszają się bezszelestnie jak ninja. Półmrok, świece, zapach trufli i drogich perfum.
Kuba czekał przy stoliku. Wyglądał lepiej niż na zdjęciach – co w dzisiejszych czasach jest cudem równym zamienieniu wody w wino. Wstał, pocałował mnie w dłoń (staroświeckie, ale urocze) i wręczył pojedynczą, ciemną różę.
– Nie chciałem przesadzać z bukietem, żebyś nie musiała go taszczyć, ale nie mogłem przyjść z pustymi rękami – powiedział z uśmiechem, który miał w sobie coś chłopięcego.
Zaczęło się idealnie. Rozmowa płynęła. Śmialiśmy się z korporacyjnych absurdów, rozmawialiśmy o podróżach, o tym, dlaczego pizza z ananasem to zbrodnia przeciwko ludzkości. Czułam, jak pancerz, który nosiłam od dwóch lat, powoli pęka.
– Wiesz – powiedział Kuba po godzinie, krojąc stek. – Bałem się, że to będzie kolejna drętwa randka, ale masz w sobie coś takiego szczerego. Rzadko spotykam kobiety, które nie udają kogoś innego.
Między nami iskrzyło
Uśmiechnęłam się, czując ciepło na policzkach.
– Mam dobre wzorce – odpowiedziałam, myśląc o rodzicach. – W domu nauczono mnie, że kłamstwo ma krótkie nogi, a szczerość to podstawa. Moi rodzice są razem od trzech dekad. To buduje pewne standardy.
– Trzydzieści lat? Szacunek – gwizdnął cicho. – Moi rozwiedli się, jak miałem siedem lat. Ojciec poszedł w tango z sekretarką. Klasyk gatunku.
Biedny Kuba. Nie wiedział, jak to jest mieć ojca-bohatera. Pomyślałam o tacie, który tego wieczoru miał mieć ważne spotkanie z kluczowym klientem z Niemiec. Mama mówiła, że nawet w Walentynki musi pracować, żeby zapewnić nam ten standard życia. „Biedny Andrzejek”, wzdychała rano, prasując mu koszulę. „Nawet dzisiaj nie odpocznie”.
– Przykro mi – powiedziałam szczerze. – Ale wiesz, nie każdy facet to świnia.
Kuba uniósł kieliszek.
– Wiem. Ja się staram nie być. Za nas?
– Za nas – stuknęłam szkłem o szkło.
I wtedy to się stało. Musiałam skorzystać z toalety. Przeprosiłam Kubę, wzięłam torebkę i wstałam. Droga do łazienki prowadziła przez drugą, bardziej kameralną salę restauracji, oddzieloną od głównej części ażurową ścianką.
Nie wierzyłam oczom
Przechodziłam szybko, stukając obcasami, zamyślona, analizując w głowie, czy Kuba już nadaje się na to, by go pocałować na koniec wieczoru. Mój wzrok błądził bezwiednie po sali. Zatrzymałam się. To było jak zwolnienie filmu. Mój mózg zarejestrował obraz, ale odmówił jego przetworzenia.
Trzy loże dalej, w półmroku, siedział mężczyzna. Widziałam go z profilu. Siwiejące skronie, idealnie skrojony granatowy garnitur, ten sam, który rano wisiał na drzwiach sypialni moich rodziców. Charakterystyczny profil, lekko garbaty nos – pamiątka po młodzieńczych treningach boksu. To był mój ojciec.
Moja pierwsza myśl była absurdalnie niewinna: „O Boże, tata skończył wcześniej spotkanie z Niemcami i zrobił mamie niespodziankę! Zabrał ją tutaj!”. Serce podskoczyło mi z radości. Chciałam do nich podbiec, przytulić ich, pokazać Kubie: „Patrz, to są ci legendarni rodzice, o których ci mówiłam!”. Zrobiłam krok w ich stronę. I wtedy kobieta siedząca naprzeciwko niego odwróciła głowę.
To nie była moja mama. Ta kobieta miała może 26 lat. Długie, lśniące blond włosy opadały jej na ramiona, które były nagie, bo miała na sobie sukienkę na cienkich ramiączkach, zdecydowanie zbyt wyzywającą jak na „spotkanie biznesowe”.
To był mój ojciec
Stałam tam, na środku przejścia, jak idiotka. Może to klientka? Tłumaczka? Córka tego Niemca? Mózg gorączkowo szukał racjonalnych wyjaśnień, budował tamy przeciwko nadchodzącej fali prawdy.
Ale potem zobaczyłam dłoń. Ręka mojego ojca – ta sama, która uczyła mnie jeździć na rowerze, która podpisywała moje usprawiedliwienia, która głaskała mamę po policzku – teraz spoczywała na udzie tej dziewczyny. Ukryłam się za filarem. Czułam się jak w tanim thrillerze, ale moje ciało reagowało prawdziwym szokiem. Ręce mi się trzęsły, oddech stał się płytki.
Ona się śmiała. Pełne usta, mocny makijaż. Wyglądała jak… ulepszona wersja mnie. Byłyśmy w podobnym wieku. To było najbardziej chore. Mój nieskazitelny ojciec, nachylił się nad stolikiem. Widziałam, jak coś do niej szepcze. Wzięła truskawkę z deserowego talerzyka i podsunęła mu pod usta. On ją zjadł. Obraz idealnego małżeństwa, który nosiłam w sobie jak relikwię, właśnie płonął, a popiół dusił mnie od środka.
Wszystkie kłamstwa zaczęły układać się w całość. Te „długie spotkania w kancelarii”. Wyjazdy integracyjne, na które mama nigdy nie chciała jechać. Nagła dbałość o dietę i siłownię w wieku 55 lat, którą mama przypisywała dbałości o zdrowie „dla wnuków”. Nowe koszule, perfumy.
Byłam wściekła
Moja mama siedziała teraz w domu, pewnie w swoim ulubionym polarze, oglądając komedię romantyczną i czekając, aż jej mąż wróci z pracy, żeby odgrzać mu kolację. Ta wizja sprawiła, że smutek zamienił się we wściekłość. Zimną, krystaliczną furię. Co miałam zrobić? Uciec? Udawać, że nic nie widziałam? Wrócić do Kuby i dokończyć deser, wiedząc, że mój świat to makieta z tektury? Nie wiem, co mnie opętało. Adrenalina? A może potrzeba zniszczenia tego fałszu tu i teraz? Zamiast do toalety, ruszyłam prosto do ich stolika.
Kiedy byłam dwa metry od nich, blondynka mnie zauważyła. Jej wzrok prześlizgnął się po mnie obojętnie. Dla niej byłam tylko obcą kobietą w restauracji. Prawdopodobnie myślała, że on jest w separacji, albo w ogóle nie pytała o żonę. Ale ojciec… Jego reakcja była warta Oscara, choć w kategorii horroru. Kiedy podniosłam wzrok i nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłam, jak krew odpływa mu z twarzy. Dosłownie poszarzał. Jego ręka, wciąż spoczywająca na jej udzie, drgnęła, jakby poparzył go prąd, i zsunęła się bezwładnie na krzesło.
Zatrzymałam się przy krawędzi ich stolika. Cisza, która zapadła między nami, była gęstsza niż sos w ich krewetkach. Blondynka spojrzała na ojca, potem na mnie, wyczuwając zmianę atmosfery.
– Andrzeju? – zapytała, a jej głos był irytująco piskliwy. – Znasz ją?
Dosłownie zamarł
Ojciec otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wyglądał jak ryba wyrzucona na brzeg. Mistrz ciętej riposty nagle stracił język w gębie. Błagał mnie wzrokiem: „Nie rób tego. Nie tutaj. Nie teraz”.
Patrzyłam na niego i nie widziałam taty. Widziałam obcego faceta, żałosnego kłamcę w drogim garniturze. Przez głowę przelatywały mi tysiące scenariuszy. Mogłam zrobić awanturę. Wylać na niego wino. Uderzyć ją. Mogłam zacząć krzyczeć, ale zrobiłam coś gorszego. Uśmiechnęłam się. To był uśmiech psychopatki, zimny i pozbawiony emocji.
– Cześć, tato – powiedziałam głośno i wyraźnie.
Słowo „tato” zadziałało jak granat wrzucony do szamba. Twarz blondynki zmieniła się w maskę niedowierzania. Odsunęła się od niego gwałtownie, jakby nagle zaczął śmierdzieć.
– Tato? – powtórzyła, patrząc na niego z obrzydzeniem. – Powiedziałeś, że twoja córka mieszka w Londynie.
A więc kłamał też jej. Oczywiście. Kłamstwo ma warstwy jak cebula. Ojciec wstał. Nogi mu się trzęsły.
– Sandra… ja ci wszystko wyjaśnię... – bełkotał te klasyczne, żałosne frazesy, które słyszy się w kiepskich serialach. Nigdy nie sądziłam, że usłyszę je na żywo od własnego ojca.
Mój autorytet upadł
– Wyjaśnisz? Powiesz, że to nie jest twoja kochanka? To twoja nowa asystentka, której sprawdzasz jakość materiału sukienki?
Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli się odwracać. Kelnerzy zwolnili kroku. Byliśmy centrum uwagi.
– Sandra, proszę… nie rób sceny… mama… – zaczął, ale urwał, gdy zobaczył moje oczy.
– Nie waż się wymawiać jej imienia – syknęłam, nachylając się nad nim. – Mama myśli, że pracujesz. Że zarabiasz na naszą rodzinę. A ty siedzisz tu i bawisz się w Casanovę z dziewczyną, która mogłaby być moją koleżanką z roku.
Spojrzałam na dziewczynę. Ona też była ofiarą, choć w mniejszym stopniu. Wyglądała na przerażoną.
– Ma żonę – powiedziałam do niej spokojnie. – Od trzydziestu lat. Czeka na niego w domu z kolacją. Jeśli ci powiedział, że są w separacji albo że ona go nie rozumie, kłamał. Tak jak kłamał nam przez całe życie.
Świat mi się zawalił
Dziewczyna chwyciła torebkę, rzuciła Andrzejowi spojrzenie pełne pogardy i wybiegła z restauracji. Nawet nie obejrzała się za siebie. Zostaliśmy sami. Ja i wrak mojego autorytetu.
– Zniszczyłaś wszystko – szepnął ojciec, opadając na krzesło i chowając twarz w dłoniach.
– Nie, tato – odpowiedziałam, czując, jak łzy w końcu zaczynają spływać mi po policzkach. – Ty to zniszczyłeś. Ja tylko zapaliłam światło.
Odwróciłam się na pięcie. Nie czułam satysfakcji. Czułam tylko pustkę. Wielką, czarną dziurę w miejscu, gdzie jeszcze godzinę temu było serce. Wróciłam do stolika, przy którym siedział Kuba. Wyglądał na zaniepokojonego.
– Wszystko w porządku? Długo cię nie było. Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha – powiedział, wstając.
– Gorzej – wydusiłam. – Zobaczyłam prawdę.
Chwyciłam swoją torebkę. Nie byłam w stanie dokończyć tej randki. Nie byłam w stanie patrzeć na mężczyznę, jakiegokolwiek, bez podejrzenia, że pod tą warstwą uroku kryje się kłamca.
– Muszę wyjść. Teraz. Przepraszam cię, Kuba. Jesteś super, naprawdę. Ale… muszę wyjść – mówiłam chaotycznie.
– Sandra, co się stało? Ktoś cię zaczepił? Mam tam pójść? – W jego głosie była troska. Chciał być rycerzem.
Byłam mu wdzięczna
– Nie – położyłam mu rękę na ramieniu. – Spotkałam mojego ojca. Z kobietą.
Kuba zamilkł. Zrozumiał w sekundę. Jego twarz spoważniała.
– O cholera.
– Właśnie. Przepraszam za ten cyrk. Zapłacę za moją część… – zaczęłam szukać portfela drżącymi rękami.
– Przestań – złapał mnie za rękę. – Idź. Zamówię ci taksówkę. Napisz do mnie, jak będziesz bezpieczna. Tylko tyle.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Może jednak nie wszyscy faceci są tacy sami? Ale w tamtym momencie nie miało to znaczenia. Mój fundament pękł. Wyszłam na zewnątrz. Zimne, lutowe powietrze uderzyło mnie w twarz. Warszawa nocą była piękna, ale dla mnie wyglądała jak dekoracja teatralna, za którą kryje się brud i kable.
Wyjęłam telefon. Trzy nieodebrane połączenia od taty. Zablokowałam numer. I wtedy przyszła wiadomość od mamy. „Sandruś, jak randka? Mam nadzieję, że bawisz się lepiej niż tatuś w pracy. Zostawiłam mu kawałek sernika w lodówce. Daj znać, jak wrócisz. Kocham Cię”.
To był koniec
Stałam na chodniku, a ludzie z bukietami róż mijali mnie, śmiejąc się i całując. Patrzyłam na ekran telefonu, a litery rozmywały mi się przed oczami. Ściskałam w dłoni telefon jak bombę z opóźnionym zapłonem. Wiedziałam, że cokolwiek zrobię, zniszczę jej życie. Jeśli powiem – złamię jej serce. Jeśli będę milczeć – stanę się współwinna jego kłamstwa.
Tego wieczoru straciłam ojca, ale najgorsze było to, że wiedziałam, iż wkrótce będę musiała stać się katem własnej matki. Walentynki. Święto miłości. Dobre sobie. Wsiadłam do taksówki i podałam adres. Kierowca spojrzał na mnie w lusterku.
– Ciężka noc? – zapytał, widząc mój rozmazany makijaż.
– Nawet pan nie ma pojęcia – odpowiedziałam, patrząc w szybę.
To miał być wieczór o miłości. I był – o miłości, która umiera w brudnej loży drogiej restauracji, pozostawiając po sobie tylko zapach drogich perfum i smak zdrady, którego nie zmyje żadna pasta do zębów.
Sandra, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzę, by zabrać dzieci na ferie. Jednak, jak mam to zrobić, skoro ledwo mnie stać na kupno pasztetu i sera?”
- „Po 15 latach na spotkaniu klasowym spotkałem dawną dziewczynę. Na jej widok zrobiło mi się gorąco jak po zjedzeniu wasabi”
- „Tuż przed wyjazdem w Alpy odkryłam brudny sekret mojego męża. Na narty pojechałam z teściową i wcale tego nie żałuję”

