Reklama

Wróciłam do domu nad ranem, kiedy miasto było jeszcze przygaszone, a serduszka na witrynach wyglądały jak obietnice z innego świata. Ten nocny dyżur miał być ostatni, obiecywałam sobie to od tygodni. Marzyłam tylko o ciszy i chwili ciepła. Nie przypuszczałam, że przekraczając próg mieszkania, wejdę w chłód, który nie miał nic wspólnego z lutowym porankiem, a wszystko z moim życiem.

Przywitało mnie tylko chłód

Drzwi zamknęły się za mną z głuchym kliknięciem. Od razu poczułam, że coś jest nie tak. Zazwyczaj witał mnie znajomy zapach nagrzanych kaloryferów i ciche buczenie instalacji. Tym razem było tylko zimno, ostre i bezlitosne. Zdjęłam buty, postawiłam torbę pod ścianą i przeciągnęłam dłonią po kaloryferze. Metal był lodowaty.

Daniel? – zawołałam odruchowo, choć wiedziałam, że o tej porze rzadko bywał w domu.

Odpowiedziała mi cisza. Weszłam do kuchni, zapaliłam światło. Na stole leżała pusta filiżanka po kawie. Dotknęłam jej brzegu – była zimna. W sypialni łóżko było starannie pościelone, aż zbyt starannie, jakby nikt go nie dotykał od wczoraj.

Usiadłam na brzegu kanapy i objęłam się ramionami. Zmęczenie opadło na mnie nagle, ciężkie jak mokry płaszcz. Na ulicy, mijając wystawy z czerwonymi wstążkami, myślałam, że po prostu się przytulimy, nawet bez słów. Od tygodni słów było między nami coraz mniej. Daniel odpowiadał półzdaniami, uciekał wzrokiem, kiedy próbowałam złapać jego uwagę.

Przypomniałam sobie poranki sprzed miesięcy, kiedy wstawał wcześniej, żeby zrobić mi herbatę przed dyżurem.

Uważaj na siebie – mówił wtedy, całując mnie w czoło.

Teraz stałam sama w kurtce, nie mając siły jej zdjąć. Zajrzałam do skrzynki z bezpiecznikami, potem do łazienki. Nic. „Awaria ogrzewania”, pomyślałam. Zwykła rzecz. A jednak serce ścisnęło mi się dziwnie, jakby to zimno było zapowiedzią czegoś więcej.

Wyjęłam telefon z kieszeni. Na ekranie nie było żadnych nowych wiadomości. Ostatnia od Daniela była krótka i sprzed dwóch dni: „Będę późno”. Od tamtej pory nie zapytał nawet, jak się czuję. Wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni, próbując zignorować narastające przeczucie. Powtarzałam sobie, że przesadzam. Że to tylko zmęczenie. Że wszystko da się naprawić. A jednak, siedząc w zimnym mieszkaniu, wiedziałam już, że tego poranka problemem nie jest tylko ogrzewanie.

Nie odbierał telefonu

Zdjęłam w końcu kurtkę i narzuciłam na siebie gruby sweter. Potem drugi. Z szafy wyciągnęłam koc, ten sam, pod którym kiedyś oglądaliśmy stare filmy, śmiejąc się bez powodu. Owinęłam się nim szczelnie i usiadłam na kanapie. Palce miałam zesztywniałe z zimna, ale i z napięcia, którego nie potrafiłam już ignorować. Wybrałam numer Daniela. Sygnał. Jeden, drugi, trzeci. Połączenie się urwało.

– Pewnie śpi – mruknęłam do siebie, choć było już jasno.

Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze. Za czwartym razem telefon nawet się nie połączył, jakby został wyciszony. Odłożyłam go na kolana i zapatrzyłam się w ścianę. W głowie zaczęły pojawiać się czarne myśli, których nie chciałam. Przypomniałam sobie ostatnią rozmowę, sprzed tygodnia. Stałam wtedy w przedpokoju w kurtce.

– Może zrobimy coś razem w weekend? – zapytałam ostrożnie.

– Zobaczymy – odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

„Zobaczymy” stało się jego ulubionym słowem. Tak jakby wszystko między nami było prowizoryczne, do odwołania. A ja brałam kolejne dyżury, odkładałam własne potrzeby, bo zawsze wydawało mi się, że jeszcze chwila, że zaraz wróci ten dawny Daniel.

Telefon znów znalazł się w mojej dłoni. Napisałam wiadomość: „Nie działa ogrzewanie. Jesteś w stanie pomóc?”. Skasowałam ją. Zbyt chłodna. Napisałam drugą: „Wróciłam z dyżuru, a tu padło ogrzewanie. Odezwij się”. Wysłałam.

Patrzyłam na ekran, aż zgasł. W mieszkaniu panowała cisza tak gęsta, że słyszałam własny oddech. Zsunęłam się z kanapy na podłogę, opierając plecy o mebel. Koc nie grzał tak, jak kiedyś grzały jego ramiona. Pamiętałam noc sprzed roku, gdy wróciłam przemoczona po pracy. Daniel bez słowa zdjął ze mnie mokry płaszcz, zaprowadził do łazienki, podał ręcznik.

Już dobrze, jestem tutaj – powiedział wtedy.

Teraz nie było nikogo. Każda minuta ciszy zaczynała boleć fizycznie. Sprawdzałam telefon co kilkanaście sekund, jakby uporczywe patrzenie mogło zmusić go do reakcji. Usprawiedliwiałam Daniela w myślach: że może nie ma zasięgu, że coś mu wypadło, że to ja dramatyzuję.

Pod tą warstwą tłumaczeń rosła złość. Nawet jeśli nie mógł przyjechać, mógł odebrać. Mógł napisać jedno zdanie. Cokolwiek. Zamiast tego był tylko zimny ekran i jeszcze chłodniejsze mieszkanie. A ja, skulona pod kocem, zaczynałam rozumieć, że ten telefon nie dzwoni nie bez powodu.

Walentynki mijały bez ciepła

Dopiero kiedy spojrzałam na datę w telefonie, dotarło do mnie, jaki to dzień. Czternasty lutego, walentynki. Przez chwilę parsknęłam krótkim, nerwowym śmiechem. Wczoraj, wychodząc na dyżur, minęłam kwiaciarnię pełną ludzi. Daniel obiecał, że „coś wymyślimy później”. Zawsze później.

Wstałam i podeszłam do okna. Na sąsiednim balkonie wisiały papierowe serca, poruszane lekkim wiatrem. Ktoś na dole śmiał się głośno, ktoś inny zamykał drzwi samochodu. Normalny poranek. Tylko mój świat jakby zatrzymał się w pół kroku.

Wróciłam myślami do początku naszego związku. Do tego, jak Daniel potrafił czekać na mnie po nocnych zmianach, jak mówił, że podziwia moją wytrzymałość. Z czasem przestał pytać, czy dam radę. Przestał pytać w ogóle. A ja uznałam, że to naturalne, że związki cichną. Że jeśli będę mniej wymagać, wszystko się ułoży.

Może ja za dużo wymagam – powiedziałam kiedyś na głos, stojąc w kuchni.

– Nie przesadzaj – odpowiedział wtedy Daniel. I na tym rozmowa się skończyła.

Teraz te słowa wracały do mnie uparcie. Uświadomiłam sobie, jak bardzo podporządkowałam swój rytm jego nastrojom. Odkładałam spotkania, brałam dodatkowe dyżury, żeby nie słyszeć, że jestem nieobecna. A mimo to on oddalał się coraz bardziej.

Telefon leżał na stole. Nadal bez odpowiedzi. Poczułam, jak w gardle narasta mi niepokój, już nie cichy, ale ostry, rwący. Co jeśli coś się stało? Ta myśl pojawiła się nagle i na moment przyćmiła wszystko inne. Znów zadzwoniłam. Bez skutku.

Usiadłam ciężko na krześle i zakryłam twarz dłońmi. Walentynki miały być symbolem bliskości, a ja nigdy nie czułam się tak samotna. W tym zimnym mieszkaniu, wśród przedmiotów, które miały być nasze, dotarło do mnie, że od dawna jestem sama w tej relacji. Tylko nie chciałam tego nazwać.

Strach mieszał się ze złością. Nadzieja jeszcze się tliła, słaba, uporczywa. Nagle przyszła niewygodna myśl. Przecież gdyby chciał odejść, powiedziałby mi. Prawda? A jednak cisza trwała. Z każdą minutą coraz bardziej bałam się odpowiedzi, która w końcu miała nadejść.

Nie chciałam znać prawdy

Usłyszałam dźwięk telefonu w chwili, gdy wstawałam, żeby zaparzyć herbatę. Tak się spieszyłam, że prawie strąciłam kubek z blatu. Serce biło mi jak oszalałe. Na ekranie nie było jednak imienia Daniela. „Magda”. Zawahałam się. Odebrałam dopiero po drugim sygnale.

– Cześć… – zaczęła ostrożnie. – Jesteś w domu?

To jedno pytanie wystarczyło, żebym poczuła, jak coś się we mnie zapada.

– Tak. Wróciłam po dyżurze. Coś się stało? – zapytałam, choć już wiedziałam, że zaraz usłyszę coś, czego nie chcę.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Zbyt długa.

– Słuchaj, widziałam dziś w nocy Daniela, jak pakował się do auta – powiedziała w końcu. – A potem wrzucał zdjęcie… z drogi. Jest nad morzem.

Oparłam się o blat. Nad morzem. W lutym. W walentynki.

Sam? – zapytałam cicho.

Magda westchnęła.

– Nie. Była z nim jakaś kobieta. Trzymała go pod ramię. Wyglądali… jak para.

Nie pamiętam, żebym usiadła, a jednak nagle znalazłam się na krześle. Telefon ślizgał mi się w dłoni.

Jesteś pewna? – wyszeptałam.

– Alicja… On podpisał zdjęcie: „Nowy rozdział”.

Wszystko nagle stało się jasne. Każde nieodebrane połączenie, każda krótka odpowiedź, każde „zobaczymy”. Daniel nie milczał, bo nie mógł. Milczał, bo już mnie nie było w jego świecie. Rozłączyłam się bez słowa. Telefon opadł na stół. Wpatrywałam się w niego, jakby za chwilę miał zaprzeczyć temu, co właśnie usłyszałam. Ale nie zadzwonił. Nie napisał. Nie pojawił się w drzwiach.

Wstałam i podeszłam do okna. Auta faktycznie nie było. Zimno mnie przeszywało, ale nie czułam go już tak wyraźnie. Było inne, głębsze. Uświadomiłam sobie, że zostałam sama nie tylko tej nocy. On odszedł znacznie wcześniej, tylko zapomniał mi o tym powiedzieć. Akurat w walentynki? W dniu, który miał być nasz? Tego poranka straciłam wszystko, czego tak kurczowo się trzymałam. A może to wydarzyło się już wcześniej, tylko tego nie widziałam.

Coś straciłam, ale coś zyskałam

Siedziałam na krześle jeszcze długo po tym, jak rozmowa z Magdą ucichła w mojej głowie. Mieszkanie było nieruchome, jakby wstrzymało oddech razem ze mną. Zegar w kuchni tykał zbyt głośno, odmierzając czas, który nagle przestał mieć znaczenie.

Wstałam i zaczęłam chodzić bez celu z pokoju do pokoju. Dotykałam przedmiotów, które miały być dowodem na to, że byliśmy razem: kubek z wyszczerbionym uchem, jego bluza przewieszona przez oparcie krzesła, zdjęcie w ramce, na którym jeszcze się uśmiechaliśmy. Każda z tych rzeczy wydawała się teraz obca, jakby należała do kogoś innego.

Przypomniałam sobie momenty, w których rezygnowałam z siebie, nawet tego nie zauważając. Kiedy zmieniałam grafiki, żeby jemu pasowało. Kiedy nie dzwoniłam, bo „pewnie jest zmęczony”. Kiedy tłumiłam pytania, bo bałam się odpowiedzi. Wstyd pojawił się nagle, palący i cichy. Jak mogłam tak długo nie widzieć, że miłość nie polega na ciągłym czekaniu?

Usiadłam na podłodze, opierając plecy o łóżko. Zimno wnikało przez ubrania, ale nie miałam siły wstać po kolejny koc. Myślałam o nim i o tej kobiecie nad morzem. Nie czułam już złości. Tylko zmęczenie i żal za czasem, którego nikt mi nie odda. A jednak, gdzieś pod tym wszystkim, pojawiła się myśl tak nieśmiała, że bałam się ją wypowiedzieć nawet w myślach. Może to nie była tylko strata. Może to był koniec czegoś, co od dawna mnie wyniszczało. Może cisza, która teraz mnie otaczała, była pierwszym momentem prawdy.

Spojrzałam przez okno. Światło dnia było już pełne, jasne, zupełnie niepasujące do tego, co działo się we mnie. Wiedziałam, że nic nie cofnie tej nocy. Nagle poczułam, że nie muszę już czekać na jego ruch. Zostałam sama. To bolało, ale ta samotność była inna niż wcześniej. Była uczciwa.

Sama sobie poradzę

Kiedy zadzwoniłam po serwis, mówiłam spokojnie, jakby to dotyczyło kogoś innego. Technik obiecał, że przyjedzie po południu. Odłożyłam słuchawkę i wstałam z podłogi. Otworzyłam na chwilę okno, choć do środka wpadł jeszcze zimniejszy podmuch. Chciałam poczuć, że oddycham naprawdę, nie przez strach.

Telefon Daniela wciąż milczał. Nagle zrozumiałam, że już na niego nie czekam. Nie dlatego, że przestało boleć, ale dlatego, że wszystko stało się jasne. Nie było rozmowy, która mogłaby coś naprawić. Nie było wyjaśnienia, które zmieniłoby fakt, że odszedł bez odwagi, zostawiając mnie w chłodzie, dosłownie i w przenośni.

Spakowałam jego rzeczy do jednej torby. Bez pośpiechu, bez łez. Każdy gest był prosty, niemal techniczny. Kiedy postawiłam torbę przy drzwiach, poczułam zmęczenie, ale też coś na kształt ulgi. Jakby ciężar, który nosiłam miesiącami, w końcu przestał należeć do mnie.

Usiadłam przy stole z kubkiem gorącej herbaty. Ciepło rozchodziło się powoli, ostrożnie, dokładnie tak jak we mnie. Ten dyżur naprawdę był ostatni. Nie tylko w pracy, ale w życiu, w którym ciągle dopasowywałam się do cudzej ciszy. Nie wiedziałam, co będzie dalej, ale wiedziałam, czego już nie chcę. A to wystarczyło na ten poranek.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama