Reklama

Pamiętam ten poranek z taką precyzją, jakby to było wczoraj. 14 lutego obudził mnie zapach kawy. Jerzy, jak to miał w zwyczaju, wstał wcześniej, żeby pobiegać. Był chodzącą definicją samodoskonalenia. Kiedy weszłam do kuchni, na blacie czekał już croissant i liścik: „Bądź gotowa o 19”.

Byliśmy szczęśliwi

Moje serce zabiło mocniej. Byliśmy razem od trzech lat. Trzy lata idealnych wakacji na Mykonos, wspólnych kolacji ze znajomymi i urządzania naszego mieszkania. Wszystko było perfekcyjne. A przynajmniej tak wyglądało na zdjęciach.

Od dwóch dni wiedziałam. Dwie kreski na teście pojawiły się tak szybko i wyraźnie, że niemal krzyknęły mi w twarz. Moja pierwsza reakcja? Panika. Ale potem przyszła fala ciepła. Mieliśmy po trzydzieści parę lat, stabilną sytuację, kochaliśmy się. Przynajmniej tak sobie wmawiałam, głaszcząc się po jeszcze płaskim brzuchu.

Wyjęłam z szuflady małe pudełko przewiązane wstążką. W środku były białe, dziergane buciki. Nie chciałam mówić tego przy śniadaniu, w biegu. Chciałam, żeby to była chwila magiczna. Wyobrażałam sobie łzy wzruszenia w jego oczach, to, jak bierze mnie w ramiona i mówi, że to najlepszy prezent walentynkowy, jaki mógł dostać.

Kwestia dzieci nie była do końca ustalona. Nigdy nie powiedzieliśmy twardego „nie”. Jerzy rzucał czasem: „Może kiedyś, jak już zbudujemy imperium”. Albo: „Dzieci to duży projekt, Iwonka. Projekty trzeba planować”. Traktowałam to jako zgodę, tylko odroczoną w czasie. Przecież „kiedyś” musiało w końcu nadejść, prawda?

Wierzyłam, że ciąża będzie katalizatorem. Że gdy postawię go przed faktem dokonanym, ta jego biznesowa skorupa pęknie i wyjdzie z niej czuły ojciec. Nie wiedziałam, że pod skorupą nie ma nic poza kalkulacją.

Miał dobry nastrój

Restauracja była obłędna. Jerzy zamówił butelkę wina, nie pytając mnie o zdanie.

– Dla ciebie tylko kieliszek, kochanie, wiem, że jutro wcześnie wstajesz – uśmiechnął się, nalewając mi wina.

Musiałam odmówić, ale nie chciałam psuć niespodzianki już teraz.

– Może później – powiedziałam, odsuwając kieliszek. – Na razie woda.

Był w świetnym nastroju. Opowiadał o nowym kliencie, o premii, o tym, że planuje zmienić samochód na nowszy model. Słuchałam go, kiwając głową, ale w środku wszystko we mnie dygotało. Moja dłoń błądziła w torebce, dotykając pudełka z bucikami.

– Wyglądasz pięknie – powiedział nagle, przerywając monolog o leasingu. – Ta sukienka idealnie podkreśla twoją talię. Powinnaś częściej chodzić na siłownię, efekty są spektakularne.

To był komplement, ale zabrzmiał jakoś… zgrzytliwie. Jakby chwalił dobrze wykonaną rzeźbę, a nie kobietę, którą kocha.

– Jerzy… – zaczęłam, czując, że głos mi drży. – Mam dla ciebie prezent.

– O? Myślałem, że umówiliśmy się bez prezentów, tylko kolacja. Ale znam cię, ty zawsze musisz coś wymyślić – zaśmiał się protekcjonalnie.

Nie spodziewał się

Sięgnął po telefon, który zawibrował na stole.

– Czekaj, tylko odpiszę Markowi. To ważne.

– Jerzy, proszę. Odłóż telefon.

Spojrzał na mnie zdziwiony moim tonem. Byłam stanowcza jak nigdy. Powoli odłożył smartfona ekranem do dołu.

– Okej. Zamieniam się w słuch. Co to za wielka tajemnica?

Wyciągnęłam małe, błękitne pudełko i postawiłam je między talerzem z carpaccio a wazonem z różą. Moje serce biło tak głośno, że bałam się, iż zagłuszy pianistę.

– Otwórz – szepnęłam.

Jerzy sięgnął po pudełko. Rozwiązał wstążkę. Uchylił wieczko. Patrzyłam na jego twarz, czekając na ten błysk. Na uśmiech. Na cokolwiek ludzkiego. Ale jego twarz nie drgnęła. Zastygła w maskę. Patrzył na te małe buciki przez dobre dziesięć sekund, które dla mnie trwały jak dekada. Potem powoli zamknął pudełko i odstawił je na bok, jakby w środku był martwy owad, a nie symbol naszego dziecka.

– Iwona – powiedział. Jego głos był cichy, spokojny i lodowaty. – Czy ty jesteś w ciąży?

– Tak! – wykrzyknęłam szeptem, z oczami pełnymi łez, próbując ratować atmosferę uśmiechem. – Będziemy rodzicami. To czwarty tydzień.

Zapadła cisza

Kelner podszedł, by dolać wody, ale Jerzy odesłał go jednym, ostrym gestem dłoni, nawet na niego nie patrząc. Wziął głęboki oddech.

– Zrobiłaś to celowo.

Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Oskarżał mnie o złapanie go na dziecko? Mnie?

– Jak możesz tak mówić? Kochamy się, jesteśmy razem od lat…

– Jesteśmy razem, bo tak było wygodnie – powiedział to tonem, jakim omawia się nieudany kontrakt. – Pasowaliśmy do siebie. Mieliśmy plan. Kariera, podróże, wolność. Dziecko nie było w umowie.

Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, rozmazując makijaż, nad którym pracowałam godzinę.

– To jest nasze dziecko. To się dzieje. Nie możemy tego cofnąć.

– Ty nie możesz – poprawił mnie.

– Co?

– Nie chcę tego. Nie piszę się na pieluchy, wrzaski i zrujnowane życie towarzyskie. Nie teraz. A właściwie chyba nigdy. Mówiłem ci o tym.

– Mówiłeś „kiedyś”!

– „Kiedyś” to grzeczna forma odmowy. Myślałem, że jesteś wystarczająco bystra, żeby to zrozumieć.

Zostawił mnie

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął portfel i rzucił na stół dwieście złotych.

– To za moje wino i przystawkę. Resztę ureguluj ty. W końcu to twoje święto.

– Nie możesz wyjść… Nie możesz mnie tak zostawić! – Mój głos zaczął się łamać, ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli na nas zerkać.

– Mogę. Właśnie to robię. Wrócę do mieszkania po swoje rzeczy jutro, jak będziesz w pracy. Klucze zostawię u dozorcy. Mieszkanie jest opłacone do końca miesiąca, potem musisz sobie radzić.

– Ale ja cię kocham… – wyszeptałam, czując się najbardziej żałosną istotą na Ziemi.

Pochylił się nade mną, ale nie po to, by mnie pocałować. Zbliżył usta do mojego ucha.

– Ty nie kochasz mnie. Ty kochasz życie, które ci dałem. A właśnie je straciłaś przez własną głupotę.

Odwrócił się i wyszedł. Patrzyłam na jego plecy, na ten idealnie skrojony garnitur, i nie mogłam się ruszyć. Nie wiem, jak zapłaciłam rachunek. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłam trafić kartą do terminala. Kelner patrzył na mnie z litością. Nie zjadłam nic. Wyszłam z restauracji prosto w zimne, lutowe powietrze.

Byłam bezradna

Wokół mnie przechodziły pary. Chłopak niosący gigantycznego misia, dziewczyna z naręczem róż. Wszyscy się śmiali. Wyjęłam telefon. Wybrałam numer do Zosi, mojej przyjaciółki.

– Halo? Iwona? Jak tam kolacja? Zaręczyłaś się?! – krzyknęła do słuchawki.

Wybuchłam płaczem tak głośnym i brzydkim, że jakiś przechodzień zatrzymał się i zapytał, czy potrzebuję pomocy.

– On odszedł. Zostawił mnie. Jestem w ciąży, a on po prostu wyszedł.

Przez następną godzinę siedziałam tam, czekając, aż Zosia po mnie przyjedzie. W głowie miałam karuzelę myśli. Jak opłacę czynsz? Przecież mieszkanie kosztowało krocie, moja pensja bibliotekarki ledwo starczała na „waciki” przy naszym standardzie życia. Gdzie będę mieszkać? Jak powiem rodzicom? Jak wychowam dziecko sama?

Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze gorszego. Jerzy nie był w szoku. Jego reakcja była zbyt chłodna, zbyt opanowana. On musiał myśleć o odejściu już wcześniej. Ciąża była tylko pretekstem, cynglem, który pozwolił mu to zrobić w trybie natychmiastowym, zrzucając winę na mnie.

Miał to zaplanowane

Przyjaciółka zabrała mnie do siebie. Przez dwa dni nie wstawałam z łóżka. W tym czasie Jerzy – tak jak obiecał – opróżnił mieszkanie. Kiedy w końcu tam pojechałam, by zabrać swoje rzeczy, przeżyłam kolejny szok. Zniknęło wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Ekspres do kawy, telewizor, nawet obrazy, które kupowaliśmy razem. Zostawił tylko moje ubrania i rachunki.

Ale najgorsze odkryłam przypadkiem, logując się na wspólne konto na Netflixie, którego zapomniał wylogować na tablecie, który o dziwo zostawił. W historii oglądania były filmy, których nigdy nie widzieliśmy. Komedie romantyczne oglądane w godzinach, kiedy rzekomo miał nadgodziny w agencji.

Zaczęłam grzebać. Nie jestem z tego dumna, ale desperacja robi swoje. Znalazłam stare paragony w szufladzie, którą opróżnił niedokładnie. Kolacje z dwoma daniami w dniach, kiedy ja byłam u rodziców albo w pracy na drugą zmianę. On mnie nie zostawił przez ciążę. On miał już kogoś innego. Ciąża po prostu przyspieszyła jego decyzję i dała mu idealną wymówkę, by wyjść z twarzą „ofiary, która została oszukana na dziecko”.

Stanęłam na nogi

To było rok temu. Dziś patrzę na mojego synka Antosia, który śpi w łóżeczku w moim starym pokoju w domu rodziców. Nie jest łatwo. Finansowo bywa krucho, choć walczę w sądzie o alimenty.

Tamten wieczór był potworny. Był upokorzeniem, którego nikomu nie życzę. Jednak gdy patrzę na to z perspektywy czasu, te miniaturowe buciki nie były prezentem dla Jerzego. Były prezentem od losu dla mnie. Gdyby nie ciąża, pewnie dalej tkwiłabym w tym plastikowym związku, usługując narcyzowi, który zdradzał mnie na boku, i wierząc, że jestem szczęśliwa.

Jerzy myśli, że wygrał. Że uciekł od odpowiedzialności i zachował swoje idealne życie, ale widziałam go ostatnio w galerii handlowej. Szedł z nową kobietą – młodszą, wpatrzoną w niego jak w obrazek. Wyglądał na zmęczonego. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, szybko odwrócił wzrok.

Ja nie odwróciłam. Podniosłam głowę wysoko. Mam coś, czego on nigdy nie będzie miał. Zdolność do kochania kogoś bardziej niż samej siebie. Lepiej płakać na krawężniku w Walentynki, niż zmarnować życie u boku kogoś, kto traktuje cię jak opcję, a nie priorytet.

Iwona, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama