Reklama

Poranek był zwyczajny aż do przesady. Szare światło wpadało przez okno, a telefon leżał obok kubka z wystygłą kawą. Myślałem o Karolinie i o spokoju, który zawsze przy niej udawało mi się znaleźć. Chwilę później w głowie pojawiła się Liliana – intensywna, obecna, domagająca się uwagi. Od miesięcy żyłem pomiędzy tymi dwoma światami, odkładając decyzję na później i tłumacząc się przed samym sobą strachem przed samotnością.

To miała być miła wiadomość

Telefon wziąłem do ręki zupełnie odruchowo, jeszcze zanim zdążyłem porządnie się obudzić. Godzina była zbyt wczesna jak na walentynki, ale właśnie to wydawało mi się wtedy miłe. Krótkie „dzień dobry” nigdy nie było tylko formalnością. Palce same układały słowa, które znałem na pamięć, bo pisałem je już wiele razy.

„Myślę o tobie od samego rana. Chciałbym, żebyś była teraz obok”. Przeczytałem wiadomość raz, potem drugi. Była dokładnie taka, jaka miała być. Ciepła, obiecująca, bezpieczna. Nacisnąłem „wyślij” i odłożyłem telefon, jakby sprawa była zamknięta. Uśmiechnąłem się do własnych myśli i wstałem, żeby zrobić śniadanie.

Sygnał przychodzącej odpowiedzi usłyszałem niemal natychmiast. To mnie nawet nie zdziwiło. Sięgnąłem po telefon z tym samym spokojem, z jakim przed chwilą go odkładałem.

„Adam… o czym ty mówisz?”. Serce zabiło mi szybciej, ale jeszcze przez ułamek sekundy nie zrozumiałem dlaczego. Dopiero kiedy spojrzałem na imię nad wiadomością, poczułem, jak coś we mnie gwałtownie się zapada. Karolina.

Przewinąłem rozmowę w górę, jakbym liczył, że zobaczę tam inne imię, inny numer. Ale linijki były bezlitosne. To nie była pomyłka telefonu, tylko moja. Palce mi zdrętwiały, a w głowie pojawił się szum. Próbowałem szybko wymyślić sensowną odpowiedź, cokolwiek, co zatrzymałoby tę lawinę. Kasowałem kolejne wersje, zanim zdążyłem je wysłać.

„To chyba nie do mnie” – napisała po chwili Karolina. – „Możesz wyjaśnić?”.

Zrobiło mi się duszno, jakby powietrze nagle zgęstniało. Wiedziałem, że każde kolejne słowo tylko pogorszy sytuację, ale milczenie było jeszcze gorsze. Wpatrywałem się w ekran, czując narastający wstyd i strach, którego nie dało się już zracjonalizować. Odwrotu nie było. Jedna wiadomość wystarczyła, żeby mój starannie poukładany poranek rozsypał się w drobny pył.

Od razu się domyśliła

Karolina zadzwoniła szybciej, niż się spodziewałem. Telefon zawibrował na blacie kuchennym, a ja patrzyłem na niego, jakby sam miał zdecydować za mnie. Odebrałem dopiero po trzecim sygnale.

– Adam? – jej głos był spokojny, aż nienaturalnie. – Chcę zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło.

Przełknąłem ślinę. W głowie miałem chaos, ale z ust wydobywały się tylko bezpieczne, puste frazy.

– To… to nie było tak, jak wygląda – zacząłem, choć sam słyszałem, jak fałszywie to brzmi. – To był impuls, taki żart. Poza tym, no myślę o tobie…

Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, która nie uspokaja, tylko odbiera grunt pod nogami.

– Nie pytam o słowa – odpowiedziała w końcu. – Pytam, do kogo one były.

Zawahałem się zbyt długo. W tej jednej pauzie zawarło się wszystko, co próbowałem ukrywać przez ostatnie miesiące. Karolina westchnęła cicho.

– Adam, znam cię. Wiem, kiedy coś ukrywasz. Nie mów, jeśli nie chcesz, ale pamiętaj, że każde milczenie też jest odpowiedzią.

Zacząłem tłumaczyć się chaotycznie, mówiąc o zamieszaniu, o zmęczeniu, o tym, że ostatnio byłem rozkojarzony. Im więcej mówiłem, tym bardziej miałem wrażenie, że kopię dół pod własnymi stopami. Ona nie przerywała. To było najgorsze.

Czy jest ktoś jeszcze? – zapytała wprost.

Nie odpowiedziałem od razu. Wpatrywałem się w kafelki na podłodze, licząc pęknięcia, jakbym w nich mógł znaleźć ratunek.

To nie jest takie proste – powiedziałem w końcu.

– Właśnie, że jest – odparła chłodno. – Albo jesteś ze mną uczciwy, albo przestajemy udawać, że cokolwiek między nami jeszcze istnieje.

Rozłączyła się, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej. Zostałem z telefonem przy uchu i uczuciem, że coś runęło bezpowrotnie. Cisza, która zapadła po rozmowie, była gęsta i ciężka. Wiedziałem już, że nawet jeśli Karolina jeszcze się odezwie, nic nie wróci do poprzedniego stanu. A gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, której bałem się najbardziej: Lila. Ona też musiała to odkryć. To był tylko kwestia czasu.

Wszystko się pomieszało

Nie musiałem długo czekać. Telefon zawibrował, kiedy siedziałem bez ruchu na kanapie, wpatrzony w wyłączony ekran telewizora. Imię Lilki pojawiło się na wyświetlaczu jak wyrzut sumienia, który w końcu znalazł głos.

– Możesz mi wytłumaczyć, co się właśnie wydarzyło? – zaczęła bez wstępów. Jej ton był napięty, drżący, zupełnie inny niż zwykle.

– Skąd wiesz… – urwałem, bo pytanie było bez sensu.

– Nie udawaj – przerwała mi ostro. – Nie napisałeś do mnie rano, zniknąłeś. Potem nagle dostaję wiadomość od kobiety, która pyta, kim jestem i dlaczego piszesz do niej takie rzeczy.

Zamknąłem oczy. Obraz Karoliny, chłodnej i opanowanej, zderzył się w mojej głowie z Lilką, która zawsze reagowała emocjonalnie, natychmiast i bez filtra.

To się wymknęło spod kontroli – powiedziałem cicho. – Nie chciałem, żeby tak wyszło.

– Ale wyszło – rzuciła. – I wiesz co jest najgorsze? Nie sama wiadomość. Tylko to, że każdej z nas mówiłeś coś innego. Każdej obiecywałeś coś, czego nie mogłeś dotrzymać.

Próbowałem się bronić, tłumaczyć, że byłem zagubiony, że nic nie było czarno-białe. Im więcej mówiłem, tym bardziej czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Myślałam, że jestem dla ciebie kimś ważnym – powiedziała ciszej. – A teraz widzę, że byłam tylko jedną z opcji.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać. Bo były prawdziwe. Obie relacje zbudowałem na wygodnych półprawdach, na przemilczeniach, które pozwalały mi czuć się bezpiecznie.

Nie chcę już w tym uczestniczyć – dodała po chwili. – Nie dzwoń. Daj mi spokój.

Połączenie się zakończyło. Zostałem sam, z telefonem w dłoni i narastającym poczuciem winy. Po raz pierwszy zobaczyłem wyraźnie, że to nie one stawiały mi sprzeczne wymagania. To ja próbowałem żyć dwoma życiami naraz.

To była tylko moja wina

Telefon leżał obok mnie nieruchomo, jakby nagle stracił swoje znaczenie. Jeszcze kilka godzin wcześniej był centrum mojego świata, narzędziem do podtrzymywania iluzji, że wszystko mam pod kontrolą. Teraz milczał.

Chodziłem po mieszkaniu bez celu, zatrzymując się przy oknie, potem przy stole, jakbym czegoś szukał. Każdy przedmiot przypominał mi o stabilności, którą dawała Karolina. O porankach bez pośpiechu, planach odkładanych „na później”, wspólnych decyzjach, które podejmowała głównie ona. Z drugiej strony wracały obrazy Liliany – krótkie spotkania, intensywne rozmowy, to poczucie bycia potrzebnym natychmiast, bez czekania.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że żadnej z nich nie dałem prawdy. Karolinie – bo bałem się ją stracić. Lilianie – bo bałem się zostać sam. Wygodnie ustawiłem się pośrodku, przekonując siebie, że jeszcze mam czas, że to się samo jakoś ułoży.

Usiadłem na brzegu łóżka i schowałem twarz w dłoniach. Przypomniałem sobie, jak wiele razy obiecywałem sobie, że „po weekendzie”, „po ważnej rozmowie”, „po świętach” coś zmienię. Ten moment nigdy nie nadchodził, bo brak decyzji też był decyzją. Tylko że podejmowaną kosztem innych.

Sięgnąłem po telefon, ale nie było do kogo zadzwonić. Karolina potrzebowała ciszy, Liliana postawiła granicę. Zostałem sam ze sobą, bez widowni, bez wersji wydarzeń, którą mógłbym jeszcze poprawić. Nie próbowałem się tłumaczyć. Ani im, ani sobie. Zrozumiałem, że nie zawiodła technologia, nie był to pech ani niefortunny zbieg okoliczności. Zawiodłem ja. Moja wygoda, mój lęk i moje odkładanie odpowiedzialności.

Wysłałem jeszcze dwie wiadomości

Wieczorem wyszedłem z mieszkania, choć nie miałem żadnego konkretnego celu. Chciałem tylko przestać siedzieć w miejscu, które jeszcze rano wydawało się bezpieczne. Spacerowałem długo, aż miasto zaczęło pustoszeć, a w głowie wreszcie zrobiło się ciszej.

Wróciłem po kilku godzinach i pierwszy raz od dawna nie sięgnąłem od razu po telefon. Usiadłem przy stole i napisałem dwie wiadomości. Krótkie, bez prób ratowania czegokolwiek. Do Karoliny – że rozumiem jej milczenie i nie będę już prosił o kolejną rozmowę. Do Liliany – że szanuję jej decyzję i nie będę więcej burzył jej spokoju. Nie wysyłałem obietnic, nie tłumaczyłem się. Tylko postawiłem kropkę.

Kiedy nacisnąłem „wyślij”, poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Nie ulgę, nie spokój, ale ciężar, który w końcu był uczciwy. Zostałem sam, ale po raz pierwszy nie było to efektem uniku ani przypadku. To była konsekwencja.

Następnego dnia obudziłem się w ciszy, która już nie paraliżowała. Wiedziałem, że nagle straciłem dwie ważne osoby i że nie da się tego cofnąć. Ale wiedziałem też, że nie chcę już żyć pomiędzy wersjami siebie. Walentynkowy SMS, wysłany za wcześnie i nie tam, gdzie trzeba, odebrał mi iluzję kontroli, ale zostawił coś ważniejszego – prawdę.

Adam, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama