„Gdy w walentynki pękła w mieszkaniu rura, zalałam męża pretensjami. Ten wieczór był najlepszą randką od dnia naszego ślubu”
„Zjedliśmy kolację walentynkową składającą się z suchych krakersów, tuńczyka z puszki i ostatniego jabłka, które wytarliśmy w ręcznik papierowy. Piliśmy sok pomarańczowy z kartonu, bo nie chcieliśmy brudzić szklanek”.

Miało być jak w filmie. Patrzyłam na siebie w lustrze w firmowej toalecie, poprawiając makijaż trzeci raz tego dnia. Czułam ścisk w żołądku, ten sam, który towarzyszył mi od kilku miesięcy, kiedy tylko myślałam o powrocie do domu. Walentynki. Dzień, którego nienawidziłam i który kochałam jednocześnie. Nienawidziłam presji, kochałam obietnicę, którą niósł.
Miało być wspaniale
Koleżanki z biura od rana prześcigały się w opowieściach. Jedna dostała ogromny bukiet róż, który teraz zajmował pół jej biurka, inna szeptem opowiadała o weekendzie w spa. Ja milczałam, uśmiechając się blado. Nie miałam czym się chwalić. Mój mąż Paweł rano tylko mruknął coś pod nosem i wyszedł, nawet nie patrząc w moją stronę. Ale ja miałam plan. Zamierzałam walczyć o nas, nawet jeśli on już dawno złożył broń.
Czułam, że balansujemy na krawędzi. Jeszcze jeden cichy tydzień, jeszcze jedna kłótnia o źle odstawiony kubek i wszystko runie. Dlatego ten wieczór był tak ważny. Miał być przypomnieniem, dlaczego w ogóle wzięliśmy ślub osiem lat temu.
Wyszłam z biura wcześniej. Chciałam przygotować się w domu, zrobić fryzurę, nałożyć balsam z drobinkami złota. Chciałam, żeby Paweł, wchodząc do mieszkania, oniemiał. Żeby zobaczył we mnie kobietę, a nie tylko współlokatorkę, która marudzi o brudne skarpetki. Kiedy weszłam do klatki schodowej naszego bloku, poczułam wilgoć. To stary budynek z lat pięćdziesiątych, z kapryśną instalacją, więc nie zwróciłam na to większej uwagi. Wjechałam na trzecie piętro, otworzyłam drzwi i zamarłam.
Zalało nam mieszkanie
Dźwięk był przerażający. To nie było kapanie. To był szum, jakby w środku mojego salonu ktoś otworzył wodospad. Rzuciłam torebkę na podłogę i wbiegłam do środka. Woda była wszędzie. Moje piękne, dębowe panele, z których byliśmy tak dumni, powoli znikały pod taflą burej cieczy.
– O nie, nie, nie! – krzyczałam, brodząc w wodzie, która natychmiast przemoczyła moje skórzane botki.
Dopadłam do łazienki. Rura doprowadzająca wodę do pralki pękła tuż przy zaworze. Woda tryskała z siłą gejzeru, odbijając się od kafelków i mocząc wszystko w zasięgu wzroku. Próbowałam zakręcić zawór, ale był stary i zardzewiały. Ani drgnął. Wyciągnęłam telefon drżącymi rękami i wybrałam numer do Pawła. Nie odbierał. Oczywiście. Miał ważne spotkanie. Zadzwoniłam do administracji.
– Halo?! Zalewa mnie! Trzecie piętro! – wrzeszczałam do słuchawki.
Kiedy dziesięć minut później, które dla mnie trwały wieczność, do drzwi zapukał dozorca, pan Wiesław, woda sięgała już listew przypodłogowych. Paweł wpadł do mieszkania chwilę po nim, zdyszany, z teczką w ręku.
– Co tu się dzieje? – jego głos był pełen paniki.
– Rura pękła! Nie mogę tego zakręcić! – krzyknęłam, czując, jak łzy bezsilności napływają mi do oczu.
Byłam zrozpaczona
Pan Wiesław zakręcił główny pion w piwnicy. Szum ustał. Nastała cisza, przerywana jedynie mokrym plaśnięciem naszych stóp o podłogę. Dozorca wyszedł z łazienki, kręcąc głową i wycierając ręce w brudną szmatę.
– Pani kochana, to poważna sprawa. Poszło na łączeniu, ale przy samym pionie grzewczym. Musieliśmy odciąć wszystko. Wodę ciepłą, zimną i centralne. Pęknięcie jest głębsze, naruszyło instalację w ścianie.
– Jak to centralne? – zapytał Paweł, patrząc na mokre nogawki swoich spodni.
– No tak to. Do jutra nic nie zrobimy, ekipa musi przyjechać ze sprzętem do kucia. Nie będzie wody i nie będzie ogrzewania w całym pionie, ale u państwa to już w ogóle Syberia, bo tu jest źródło wycieku. Okna radzę pozamykać, bo mróz idzie.
Wyszedł, zostawiając nas w mokrym, śmierdzącym wilgocią mieszkaniu. Był luty. Na zewnątrz minus siedem stopni. W środku woda powoli zaczynała stygnąć na podłodze, a kaloryfery już robiły się letnie. Stałam na środku korytarza. Moja fryzura była zrujnowana od wilgoci i pary. Makijaż spłynął, kiedy ocierałam twarz mokrymi rękami. Nowa sukienka, która wisiała na drzwiach sypialni, ocalała, ale co z tego?
Wszystko zrujnowane
Paweł oparł się o ścianę i zsunął się po niej w dół, nie zważając na to, że siada w kałuży.
– To by było na tyle – powiedział cicho. – Piękne walentynki.
Spojrzałam na niego. Powinnam być wściekła. Powinnam krzyczeć, że to jego wina, bo obiecał wymienić te zawory pół roku temu. Powinnam płakać nad zniszczonym parkietem. Ale widok mojego męża, zazwyczaj tak opanowanego i perfekcyjnego, stojącego w wodzie z miną zbitego psa, sprawił, że zrobiło mi się go żal.
– Przepraszam. Miałem to naprawić. Wiem, że ci zależało na dzisiaj.
Zaczęliśmy sprzątać. Nie było mowy o romantycznej kolacji. Odwołanie rezerwacji zajęło mi trzydzieści sekund, pani w słuchawce nawet nie ukrywała ulgi, że zwolnił się stolik. Przez następne dwie godziny, w milczeniu, zbieraliśmy wodę. Ręczniki, ścierki, gąbki, a nawet moja stara poszewka na kołdrę – wszystko poszło w ruch. Wyciskaliśmy wodę do misek, wylewaliśmy do toalety.
Praca była ciężka i brudna. I zimna. Z każdą minutą temperatura w mieszkaniu spadała. Kiedy w końcu podłoga była tylko wilgotna, a nie zalana, usiedliśmy na kanapie, owinięci w to, co zostało suche. I wtedy zgasło światło.
– Żartujesz sobie?! – krzyknął Paweł w ciemność.
Wpadłam na pomysł
– Pewnie zwarcie od wilgoci – mruknęłam, czując, jak dreszcze przebiegają mi po plecach. – Masz latarkę?
– W samochodzie.
– Mamy świeczki zapachowe.
Po omacku, trzymając się za ręce, żeby nie wejść w mokre plamy, dotarliśmy do szafki w przedpokoju. Zapaliliśmy wszystko, co mieliśmy. Dwa duże słoje z woskiem sojowym, kilka podgrzewaczy i jedną długą świecę, która ostała się z jakiegoś stroika świątecznego.
Salon rozbłysnął ciepłym, migotliwym światłem. Cienie tańczyły na mokrych ścianach. Było przeraźliwie zimno. Termometr na ścianie pokazywał czternaście stopni i wciąż spadał.
– Nie możemy tu zostać – powiedział Paweł, szczękając zębami. – Pojedźmy do moich rodziców. Albo do hotelu.
Spojrzałam na niego. Był brudny, zmęczony, miał podkrążone oczy. Ja wyglądałam pewnie nie lepiej. Wizja pakowania się, jazdy przez miasto, tłumaczenia się recepcjonistce albo słuchania narzekań teściowej nagle wydała mi się nie do zniesienia.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Zostańmy. Mam dość uciekania. Mamy kołdry, mamy koce. Przeżyjemy jedną noc. To jak biwak.
Zrobiliśmy biwak
Paweł spojrzał na mnie, jakbym zwariowała. Ale potem w jego oczach pojawił się błysk, którego nie widziałam od lat.
– Biwak? W środku miasta? Bez prądu i wody?
– A co, boisz się, harcerzyku? – rzuciłam wyzwanie, uśmiechając się lekko.
– Dobra. Ale ty budujesz bazę.
Zbudowaliśmy fortecę na środku salonu. Przynieśliśmy materac z sypialni, przykryliśmy go stertą koców, narzut i kołder. Ubraliśmy się we wszystko, co ciepłe. Ja miałam na sobie leginsy, dresy, dwa swetry i wełniane skarpety. Paweł założył swoją bluzę z kapturem i czapkę zimową. Wyglądaliśmy absurdalnie. Siedzieliśmy w gnieździe z kołder, otoczeni świeczkami. Nie było telewizora, nie było internetu, nie było ucieczki w ekrany. Byliśmy tylko my i cisza.
– Jestem głodny – stwierdził Paweł po chwili.
– W lodówce jest tylko światło… a nie, czekaj, światła też nie ma. Mamy ser, ale nie umyję pomidorów.
– Mam w szafce krakersy. I puszkę tuńczyka.
– Brzmi jak uczta.
Zjedliśmy kolację walentynkową składającą się z suchych krakersów, tuńczyka z puszki i ostatniego jabłka, które wytarliśmy w ręcznik papierowy. Piliśmy sok pomarańczowy z kartonu, bo nie chcieliśmy brudzić szklanek, których i tak nie mielibyśmy jak umyć.
Było romantycznie
Siedząc tak, ramię w ramię, pod stertą koców, zaczęliśmy się śmiać. Najpierw cicho, potem głośniej, aż w końcu tarzaliśmy się ze śmiechu, krztusząc się okruchami krakersów. Śmialiśmy się z absurdu tej sytuacji. Z mojej sukienki, która wisiała bezużytecznie. Z jego planów. Z tego, jak bardzo staraliśmy się być idealni, a skończyliśmy jako bezdomni we własnym domu.
– Wiesz – powiedział nagle Paweł, kiedy uspokoiliśmy oddech. Jego głos spoważniał. – Bałem się wracać dzisiaj do domu.
Zamarłam. Spojrzałam na niego w półmroku. Płomień świecy odbijał się w jego ciemnych oczach.
– Dlaczego?
– Bo czułem, że cokolwiek zrobię, to będzie za mało. Że oczekujesz czegoś, czego nie potrafię ci dać. Tej magii z Instagrama. Że kupię złe kwiaty, że w restauracji będzie za głośno, że będziesz rozczarowana. I że to będzie koniec.
Poczułam ukłucie w sercu. Miał rację. Oczekiwałam fajerwerków, bo myślałam, że one zastąpią nam bliskość.
Zbliżyliśmy się
– Ja też się bałam – przyznałam szeptem. – Myślałam, że już cię nie obchodzę. Że jestem tylko meblem w twoim życiu. Że ta praca jest ważniejsza.
– Praca to ucieczka – przerwał mi. – Uciekałem, bo w domu czułem presję. Ciągle miałem wrażenie, że cię zawodzę.
– Nie zawodzisz mnie – powiedziałam, chwytając jego dłoń. Była zimna, ale uścisk miał mocny. – Po prostu tęskniłam za tobą. Nie za kwiatami czy kolacjami. Za tym, żebyś ze mną rozmawiał. Żebyśmy się śmiali, jak przed chwilą.
W mieszkaniu było już naprawdę lodowato. Para leciała nam z ust przy każdym słowie. Żeby nie zamarznąć, musieliśmy się do siebie przytulić. Nie tak, jak zazwyczaj – plecami do siebie, każdy na swoim brzegu łóżka. Musieliśmy spleść się w jeden wielki kokon.
Opowiedział mi o problemach w firmie, o których milczał, żeby mnie nie martwić. Ja opowiedziałam mu o zazdrości, jaką czułam patrząc na zdjęcia idealnych par w sieci. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bez telefonów, bez zerkania na zegarek. Czas przestał istnieć.
– Wiesz, co jest najśmieszniejsze? – mruknął Paweł, gdy zaczynałam przysypiać.
– Co?
– Że to jest najlepszy wieczór, jaki spędziliśmy razem od lat. A śmierdzimy wilgocią i jemy tuńczyka.
– Masz rację – uśmiechnęłam się w ciemność. – Jest idealnie.
Atmosfera się zmieniła
W tamtej chwili zrozumiałam, jak bardzo się myliłam. Nie potrzebowaliśmy oprawy. Potrzebowaliśmy katastrofy, która zmusiłaby nas do zatrzymania się. Potrzebowaliśmy odcięcia od świata, żeby znowu połączyć się ze sobą. Potrzebowaliśmy zimna, żeby docenić ciepło drugiego człowieka.
Obudziliśmy się rano zesztywniali, ale wyspani jak nigdy. W mieszkaniu było dziewięć stopni. Widok był opłakany – zacieki na ścianach, podniesione panele, bałagan. Ale kiedy Paweł otworzył oczy i spojrzał na mnie spod naciągniętej na czoło czapki, uśmiechnął się szeroko.
– Cześć, żono. Przeżyliśmy.
– Przeżyliśmy – odpowiedziałam, całując go w zmarznięty nos.
Wstałam, żeby pójść do łazienki, zapominając na moment o braku wody. Wróciłam do salonu, gdzie Paweł próbował znaleźć w telefonie numer do ubezpieczalni.
– Wiesz co? – powiedziałam, patrząc na ruinę naszego mieszkania. – Te panele i tak mi się nie podobały. Były za ciemne.
Paweł roześmiał się głośno.
– Zrobimy remont. Razem. Wybierzemy coś jasnego. I wymienimy te zawory na nowe.
Tego dnia zjedliśmy śniadanie na stacji benzynowej, pijąc najgorszą kawę świata, która smakowała jak ambrozja, bo była gorąca. Byliśmy pognieceni, nieświeży i zmęczeni, ale trzymaliśmy się za ręce.
Było wspaniale
Ludzie patrzyli na nas dziwnie, widząc parę w dresach i czapkach, śmiejącą się do rozpuku nad hot-dogami w walentynkowy poranek. Nie wiedzieli, że patrzą na najszczęśliwszych ludzi w mieście.
Awaria rury kosztowała nas sporo nerwów i pieniędzy. Remont trwał trzy tygodnie. Ale tamten wieczór w zimnym, ciemnym salonie dał nam coś bezcennego. Zrozumieliśmy, że miłość to nie czerwone sukienki i drogie restauracje. Miłość to umiejętność bycia razem, kiedy wszystko dookoła się wali, i znajdowanie w tym powodu do śmiechu. To ciepło, które wytwarzamy sami, gdy świat odcina nam ogrzewanie.
Od tamtej pory, co roku w walentynki, zamiast iść do restauracji, kupujemy krakersy, tuńczyka i wyłączamy telefony. Zapalamy świeczki i po prostu rozmawiamy. To nasza nowa tradycja. Nie zamieniłabym jej na żaden bukiet róż.
Renata, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że naprawdę się kochamy. Szkoda, że uznał walentynki za świetny moment, by testować nasz związek”
- „2 tygodnie po rozwodzie natknęłam się na zdjęcie byłego męża. To, co na nim zobaczyłam, wyglądało jak ponury żart”
- „Jedna rozmowa w walentynki wystarczyła, żebym spakowała walizki. Od moich uczuć ważniejsza była zimowa olimpiada”

