„W walentynki mąż poszedł na łatwiznę i kupił mi bukiet róż z dyskontu. To wcale nie był dowód miłości”
„Zrobiło mi się głupio. Jakbym była kimś, kto czeka na minimum i jeszcze za nie dziękuje. Poczułam coś, co trudno było nazwać – mieszaninę smutku i wstydu. Tak niewiele wystarczyło, żebym uwierzyła, że wszystko jest w porządku”.

Walentynki nigdy nie były dla mnie świętem serduszek i obowiązkowych gestów. Zawsze myślałam o nich raczej jak o teście uważności, drobnym sprawdzianie intencji. Nie potrzebowałam fajerwerków, tylko znaku, że Paweł wciąż mnie widzi. Że wybiera, a nie tylko trwa. Nasza codzienność była spokojna i wygodna. Czekałam na coś, co przypomni mi, kim dla siebie byliśmy.
Mąż wręczył m kwiaty
Paweł wszedł do mieszkania szybciej niż zwykle. Kurtkę rzucił na krzesło, buty zsunął bez patrzenia, a potem nagle stanął przede mną z bukietem róż.
– Proszę – powiedział krótko, z lekkim uśmiechem, który bardziej przypominał ulgę niż radość.
Przez sekundę poczułam coś na kształt spokoju. Ten impuls, który każe oddychać lżej, bo jednak pamiętał. Bo jednak są kwiaty. Automatycznie wyciągnęłam ręce.
– Dziękuję – odpowiedziałam zbyt szybko, zanim zdążyłam się zastanowić, czy naprawdę chcę to powiedzieć.
Róże były czerwone, jeszcze świeże. Ale opakowane w szeleszczącą folię z marketu, taką samą, jaką widywałam przy kasach od lat. Żadnej kartki. Żadnego słowa więcej. Paweł już mnie mijał, już kierował się do kuchni.
– Ciężki dzień? – zapytałam, bardziej z obowiązku niż z ciekawości.
– Jak zawsze – rzucił przez ramię. – Ale jest ogarnięte.
Ogarnięte. To słowo ostatnio pasowało do wszystkiego. Do pracy, do zakupów, do naszego związku. Postawiłam kwiaty na stole i przez chwilę tylko na nie patrzyłam. Szukałam w nich czegoś więcej niż koloru. Jakiegoś śladu myśli, impulsu, potrzeby. Kiedyś potrafił wrócić z jednym tulipanem kupionym na rogu ulicy, bo „akurat o mnie pomyślał”. Teraz stałam nad bukietem, który wyglądał, jakby był ostatnim punktem na liście.
Paweł krzątał się w kuchni, otwierał szafki, zamykał je z cichym stukiem. Między nami był jakiś dystans. Usiadłam przy stole, poprawiłam folię przy łodygach, jakby to mogło coś zmienić.
– Ładne, prawda? – powiedział po chwili, zerkając na kwiaty.
Skinęłam głową. Ładne. Tylko tyle. W środku zaczynał się rodzić niepokój. Mówiłam sobie, że przesadzam. Że liczy się gest. A jednak coś we mnie szeptało, że to nie był gest dla mnie. Raczej gest, który trzeba było wykonać, bo są walentynki.
Kupił je na ostatnią chwilę
Zauważyłam go zupełnie przypadkiem. Paweł wrócił do przedpokoju po telefon, który zostawił w kurtce. Kiedy ją podniósł, coś białego wysunęło się z kieszeni i opadło na podłogę. Cienki świstek, lekko zgięty.
– Zostawiłeś – powiedziałam, podnosząc paragon odruchowo, bez myślenia.
– A, to nic – machnął ręką. – Wyrzuć.
Spojrzałam tylko na górę, tak automatycznie, jak się patrzy na godzinę w telefonie. I wtedy mój wzrok się zatrzymał. Godzina zakupu. Kilkanaście minut przed zamknięciem marketu.
Przez moment nic się nie stało. Stałam z tym paragonem w dłoni, jakby był zwykłym papierem. Przecież to nie ma znaczenia, próbowałam się uspokoić. Mógł nie mieć czasu. Przecież kwiaty są.
Ale myśli już ruszyły, jedna za drugą, bez pytania o pozwolenie. Ostatnia chwila. Ostatni moment. Jakby przypomniał sobie tuż przed wyjściem, że czegoś brakuje. Jakby to było zadanie, które trzeba odhaczyć, zanim dzień się skończy.
– Co tam tak patrzysz? – zapytał, nalewając sobie wody.
– Nic – odpowiedziałam za szybko. Złożyłam paragon i położyłam go na blacie, jakby mógł mnie zdradzić samą swoją obecnością.
Usiadłam przy stole. Róże nadal stały przede mną. Jeszcze godzinę temu były dowodem, że się stara. Teraz zaczęły wyglądać jak prezent na siłę. Przypomniałam sobie inne drobiazgi. Wiadomości odpisywane jednym zdaniem. Wspólne wyjścia planowane tylko wtedy, gdy ktoś zapytał. Rozmowy zaczynane, bo zapadała niezręczna cisza.
Zrobiło mi się głupio. Jakbym była kimś, kto czeka na minimum i jeszcze za nie dziękuje. Poczułam coś, co trudno było nazwać – mieszaninę smutku i wstydu. Tak niewiele wystarczyło, żebym uwierzyła, że wszystko jest w porządku.
Paweł mówił coś o kolacji, o tym, co jutro w pracy. Słuchałam jednym uchem. Wpatrywałam się w paragon, który teraz leżał między nami. Mały kawałek papieru, a ważył więcej niż wszystkie jego zapewnienia z ostatnich miesięcy.
Coś się wypaliło
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, a jednak miałam wrażenie, że dzieli nas coś więcej niż blat i bukiet róż stojący pośrodku. Paweł jadł w milczeniu, jakby dzień naprawdę się skończył i nie było już nic do dodania. Ja przesuwałam widelcem po talerzu, czując, jak w środku narasta napięcie.
Chciałam zapytać. O to, czy w ogóle o mnie pomyślał wcześniej niż w drodze do kasy. W głowie układałam zdania, każde zaczynało się spokojnie, rozsądnie. Żadne nie chciało przejść przez gardło.
Paweł unikał mojego wzroku. Kiedy już na mnie spojrzał, było w tym coś czujnego, jakby wyczuwał, że coś wisi w powietrzu. Odsunął talerz, wytarł dłonie w serwetkę.
– Wszystko ok? – zapytał.
Skinęłam głową. Ten ruch był łatwiejszy niż mówienie prawdy. Bałam się, że jeśli zacznę, nie będę umiała przestać. A jeszcze bardziej bałam się, że usłyszę odpowiedzi, których nie chcę.
Wpatrywałam się w róże. Każdy płatek był idealny, a jednak obcy. Jakby nie miały ze mną nic wspólnego. Przypomniałam sobie, jak kiedyś potrafiliśmy rozmawiać godzinami, o rzeczach ważnych i zupełnie błahych. Teraz każde słowo ważyło za dużo.
– Może gdzieś się jutro wybierzemy? – zapytałam w końcu, uciekając w bezpieczny temat.
– Nie wiem jeszcze – odpowiedział. – Zobaczymy.
Zobaczymy. Kolejne słowo, które niczego nie obiecywało. Paweł wstał i zaczął sprzątać, jakby uciekał ode mnie. Patrzyłam na jego plecy i czułam, że jeśli teraz nie powiem nic, ta cisza zostanie z nami na dłużej. Że nie da się jej już rozbroić kolejnym „wszystko ok”.
Pokłóciliśmy się
Nie planowałam tego momentu. Po prostu wstałam od stołu, jakby ciało wiedziało szybciej niż głowa. Wzięłam paragon z blatu, ten sam, który wcześniej próbowałam zignorować, i obróciłam go w palcach.
Paweł odwrócił się w moją stronę. Zatrzymał się w pół ruchu, z mokrym talerzem w dłoniach. Już wtedy wiedział. Po jego twarzy przemknęło coś na kształt zmęczenia, zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
– Znalazłam to – odezwałam się spokojnie, aż sama się zdziwiłam własnym tonem. – Czemu kupiłeś mi kwiaty w dyskoncie?
Westchnął cicho i odstawił talerz do zlewu. Oparł się o blat, skrzyżował ręce. Nie zaprzeczał. To bolało najbardziej.
Tłumaczył się rzeczowo. Że dużo pracy. Że dzień mu uciekł. Że przecież pamiętał. Słuchałam tych słów, układały się logicznie, były poprawne, niemal bezbłędne. A jednak każde z nich odbijało się ode mnie jak od ściany. Był kalendarz, był obowiązek, była świadomość, że tak trzeba, ale nie było w tym wielkich uczuć. Czułam, jak narasta we mnie złość, ale nie ta gwałtowna. Raczej ciężka, lepka. Taka, która pojawia się, gdy ktoś długo udaje, że nie widzi problemu.
– Powiedz mi jedną rzecz – zaczęłam cicho. – Kiedy je kupiłeś, pomyślałeś o mnie czy o dacie w kalendarzu?
Paweł uniósł brwi, jakby pytanie było niesprawiedliwe. Przez chwilę szukał słów, cofnął się o krok, potem znów podszedł do blatu.
– Lena, naprawdę robisz z tego problem? – zapytał. – Przecież są kwiaty. Chciałaś, żebym pamiętał. Pamiętałem.
– Pamiętałeś czy zdążyłeś? – dopytałam.
Zamilkł. Oparł dłonie o blat i spuścił wzrok.
– Po prostu… – zaczął i przerwał. – No wiesz. Tak wypadało.
Te dwa słowa zawisły między nami. Nie wypowiedziane złośliwie, bez złych intencji. Właśnie dlatego zabolały najbardziej.
– Czyli to było „wypadało” – powtórzyłam wolno. – Nie „chciałem”. Nie „pomyślałem”. Tylko „wypadało”.
– Nie przekręcaj – odpowiedział szybko. – To nie znaczy, że mi nie zależy.
– A co to znaczy? – zapytałam. – Bo ja czuję, że moje bycie ważną sprowadziło się do odhaczenia punktu. Jak rachunek do zapłacenia przed terminem.
Paweł podniósł na mnie wzrok. W jego oczach pojawiło się zniecierpliwienie pomieszane z bezradnością.
– Zawsze ci coś nie pasuje. Robię, co trzeba, a ty i tak jesteś niezadowolona.
– Właśnie o to chodzi – powiedziałam ciszej. – Ty robisz to, co trzeba. A ja czekam na odruch z miłości.
Zapadła cisza. Paweł nie odpowiedział od razu. Patrzyłam na niego i nagle dotarło do mnie, że on naprawdę nie rozumie, dlaczego to mnie boli. Że w jego świecie gest został wykonany poprawnie. Wtedy po raz pierwszy dopuściłam myśl, że może od dawna rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach. On o działaniach, ja o intencjach. On o spokoju, ja o bliskości. Paweł spojrzał na mnie pytająco, jakby czekał, aż powiem, że już wystarczy. Że wszystko wraca na swoje miejsce. A ja poczułam, że to miejsce już nie istnieje.
Było mi przykro
Paweł poszedł do drugiego pokoju. Zostałam w kuchni sama. Światło nad stołem było zbyt jasne, jakby bezlitośnie podkreślało każdy szczegół. Róże stały dokładnie tam, gdzie je postawiłam, ale wyglądały inaczej niż wcześniej. Jakby straciły sens w jednej chwili.
Dotknęłam płatków, ostrożnie, bez przekonania. Jeszcze rano czekałam na ten bukiet jak na dowód, że coś między nami wciąż jest. Teraz widziałam w nim tylko pośpiech i strach przed oceną.
Usiadłam i pozwoliłam sobie na myśli, których wcześniej unikałam. Ile razy zgadzałam się na pół gestu, bo bałam się pustki? Ile razy tłumaczyłam jego brak inicjatywy zmęczeniem, codziennością, dorosłością? Nagle wszystko ułożyło się w bolesną całość.
Lena, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wstydzę się świętować Dzień Singla. Mam 40 lat i ciągle jestem sama jak palec, bo wybrzydzam”
- „W walentynki dostałam od ukochanego piżmowe perfumy. Miałam pachnieć jak zmarła żona mojego faceta”
- „W walentynki mąż oznajmił mi swoje zaskakujące plany na wiosnę. Mogę zapomnieć o wspólnej Wielkanocy”

