Reklama

Cisza w naszym małżeństwie była tak dobrze oswojona, że przestałam ją zauważać. Myślałam, że to znak stabilności, nie braku. Walentynki miały być drobnym przypomnieniem, że wciąż jesteśmy blisko, nawet jeśli rzadko to okazujemy. W ostatnich miesiącach Tomasz coraz częściej był zamyślony, ale tłumaczyłam to zmęczeniem i codziennością. Wierzyłam, że kryzysy się przechodzi, a nie omija.

Walentynki bez serca

Tego wieczoru nakryłam stół bez przesady, ale starannie. Dwie świece, talerze wyjęte z górnej półki, ta jedna serwetka, którą zachowałam „na okazję”. Tomasz wszedł do kuchni później niż zwykle. Zdjął buty, odwiesił płaszcz i nawet nie spojrzał w stronę stołu.

– Zrobiłaś kolację walentynkową? – zapytał tonem, jakby chodziło o zwykły dzień.

Skinęłam głową. Usiadł, jadł w ciszy. Słyszałam tylko stukanie sztućców i tykanie zegara, które nagle zaczęło mnie drażnić. Chciałam coś powiedzieć, zażartować, zaczepić go jak dawniej, ale w gardle miałam sucho.

– Karolina… – odezwał się w końcu, odkładając widelec. – Musimy porozmawiać.

Serce zabiło mi szybciej, choć próbowałam zachować spokój. Takie zdania nigdy nie zapowiadały niczego dobrego.

– O czym? – zapytałam, udając obojętność.

Spojrzał na mnie uważnie, bez emocji. Jakby ćwiczył tę rozmowę wcześniej, może nawet wielokrotnie.

Na wiosnę chcę zacząć nowe życie – powiedział powoli. – I nie widzę w nim ciebie.

Poczułam, jak dłonie zaczynają mi drżeć. Złapałam się brzegu stołu, jakbym potrzebowała oparcia.

– Co to znaczy? – wyszeptałam.

– Chcę się rozwieść. To nie jest decyzja podjęta wczoraj. Myślę o tym od dawna.

Słowa spadały jedno po drugim, spokojne, wyważone. Nie było w nich złości ani wahania. Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, że mój mąż siedzi gdzieś bardzo daleko, a przede mną jest ktoś obcy.

– Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś? – zapytałam, czując, jak głos mi się łamie.

Wzruszył ramionami.

– Nie było dobrego momentu. Teraz jest.

Walentynki. Dzień, w którym miałam nadzieję na drobny gest, spojrzenie, może jedno ciepłe słowo. Zamiast tego dostałam plan na przyszłość, w której nie było dla mnie miejsca. Jak to możliwe, że ja wciąż myślałam o „nas”, a on już dawno był gdzie indziej?

Nie będzie Wielkanocy

Słowo „rozwód” krążyło po mieszkaniu jeszcze długo po tamtej rozmowie, ale to nie ono bolało najbardziej. Najbardziej zabolała Wielkanoc. Tomasz wspomniał o niej kilka dni później, zupełnie mimochodem, jakby mówił o pogodzie.

– Nie planujmy świąt – rzucił, stojąc w progu sypialni. – To nie ma sensu.

Podniosłam na niego wzrok znad telefonu. Przez chwilę nie rozumiałam, o czym mówi.

– Jak to „nie planujmy”? – zapytałam. – Przecież zawsze jeździliśmy do moich rodziców.

– W tym roku nie – odpowiedział krótko. – To by było nieszczere. Udawanie, że jeszcze jesteśmy razem.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż walentynkowa rozmowa. Rozwód był pojęciem abstrakcyjnym, czymś, co miało wydarzyć się „kiedyś”. Wielkanoc była konkretna. Pachniała domem, ciastem, rozmowami przy stole. Była dowodem, że wciąż jesteśmy rodziną.

– A co mam powiedzieć rodzicom? – zapytałam cicho.

– Powiedz prawdę – odparł, jakby to było najprostsze rozwiązanie.

Prawda nagle stała się ciężarem, którego nie potrafiłam unieść. Wstydziłam się jej, choć nie wiedziałam dlaczego. Chodziłam po mieszkaniu, dotykając przedmiotów, które jeszcze niedawno były „nasze”. Teraz wszystko wydawało się tymczasowe. Między nami zapadła cisza. Tomasz wracał późno, wychodził wcześnie. Czasem słyszałam, jak rozmawia przez telefon w innym pokoju, a kiedy wchodziłam, rozmowa się kończyła. Nie pytałam. Bałam się odpowiedzi.

Zrozumiałam wtedy, że zostałam wykluczona z planów, z przyszłości, z jego myśli. Święta, które miały nas scalać, stały się symbolem końca. Patrzyłam w kalendarz na zaznaczoną datę Wielkanocy i po raz pierwszy dotarło do mnie, że nadchodzące miesiące będą puste.

Przyznałam się siostrze

Do Lidii pojechałam bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi w domowych kapciach, zaskoczona moim widokiem. Wpuściła mnie do środka, postawiła czajnik i usiadła naprzeciwko, przyglądając mi się uważnie.

– Co się stało? – zapytała w końcu. – Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia.

Opowiedziałam jej wszystko, urywanymi zdaniami, jakby każde kolejne słowo było trudniejsze od poprzedniego. Lidia słuchała w milczeniu, marszcząc brwi.

– Mówiłam ci, że on jest chwiejny – stwierdziła, gdy skończyłam. – Zawsze był. Ty za bardzo go kochałaś.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałam.

– I co z tego – zaprotestowałam. – Byliśmy razem. Tak to widziałam.

– Ty tak to widziałaś – poprawiła mnie spokojnie. – On najwyraźniej nie.

Poczułam, jak narasta we mnie złość. Chciałam, żeby mnie przytuliła, powiedziała, że to nie moja wina. Zamiast tego dostałam analizę, chłodną i rzeczową.

– Może gdybyś wcześniej postawiła granice… – zaczęła.

– Przestań – przerwałam jej ostro. – Nie chcę teraz słuchać, co mogłam zrobić lepiej.

Zapadła cisza. Lidia westchnęła i spuściła wzrok.

– Ja tylko chcę cię uchronić przed kolejnym rozczarowaniem – powiedziała ciszej.

Siedziałam na jej kanapie i nagle poczułam się samotniejsza niż wcześniej. Rozdarta między chęcią obrony Tomasza a gniewem, który narastał we mnie z każdą minutą. W drodze do domu myślałam o tym, czy naprawdę coś przegapiłam. Czy był moment, w którym mogłam zatrzymać to wszystko. A może po prostu za bardzo wierzyłam, że miłość wystarczy.

Ta szczerość mnie zabolała

Rozmawialiśmy w niedzielne popołudnie, przy stole w kuchni. Tomasz sam zaproponował tę rozmowę, jakby chciał coś „domknąć”. Usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę bawił się krawędzią obrusa.

– Chcę, żebyś wiedziała, że to nie jest nagła decyzja – powiedział w końcu. – Ja nie kocham cię już od dawna.

– Od kiedy? – zapytałam cicho.

Zastanowił się, jakby liczył w myślach.

– Od zeszłego lata. Może wcześniej. Sam nie wiem dokładnie.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie było krzyku ani łez. Przed oczami stanęły mi wspólne wakacje, wieczory, rozmowy, które brałam za normalność. Wszystko nagle wydało się jednostronne.

– A ja? – zapytałam. – Ja w tym czasie… żyłam normalnie. Z tobą.

Skinął głową.

– Wiem. I właśnie dlatego to takie trudne.

Nie było w nim poczucia winy. Była ulga. Zrozumiałam to nagle i to zabolało najbardziej. On już przeszedł żałobę po naszym małżeństwie. Ja dopiero zaczynałam. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje obcych ludzi. Wtedy dotarło do mnie, że nie mam już czego ratować. Że całe moje czekanie, nadzieje i tłumaczenia były rozmową z kimś, kto już tego nie chciał. Nie powiedziałam nic więcej.

Mąż się wyprowadził

Zostałam w mieszkaniu sama kilka dni później. Tomasz spakował najpotrzebniejsze rzeczy, bez pośpiechu, bez nerwowych ruchów. Patrzyłam, jak zamyka walizkę, i miałam wrażenie, że oglądam scenę, która wydarzyła się dużo wcześniej, tylko ja nie zostałam o tym poinformowana. Pożegnaliśmy się krótko. Bez obietnic kontaktu, bez zdań, które miałyby coś złagodzić.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, nie poczułam ulgi. Po raz pierwszy od miesięcy nie czekałam, aż wróci, aż coś się zmieni, aż znów będzie „jak dawniej”. Dawniej już nie istniało. Wielkanoc spędziłam u rodziców. Powiedziałam prawdę, drżącym głosem, w kilku zdaniach. Było współczucie, były pytania, była niezręczność. Ale był też stół, przy którym siedziałam jako ktoś inny niż żona Tomasza. Sama myśl o tym bolała, ale jednocześnie porządkowała świat.

Zrozumiałam, że przez długi czas żyłam w oczekiwaniu. Na rozmowę, na gest, na sygnał, że jeszcze warto. Teraz nie musiałam już czekać. Straciłam rolę, w której trwałam latami, ale odzyskałam coś, czego wcześniej nie umiałam nazwać – prawo do własnego życia, nawet jeśli na razie było puste.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama