„W walentynki mąż miał gest i zabrał mnie do lumpeksu. W przyszłym roku będzie świętował Dzień Singla”
„– Żartujesz? – zapytałam ostrożnie. – Nie. Czemu? – zdziwił się. – Przecież lubisz takie rzeczy. Można znaleźć coś naprawdę fajnego i w dobrej cenie”.

Walentynki zawsze budziły we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony nie chciałam przykładać do nich zbyt dużej wagi, z drugiej – gdzieś głęboko tliła się potrzeba bycia zauważoną. Tego ranka obudziłam się z uczuciem lekkiego ucisku w żołądku, jakbym podskórnie wiedziała, że coś się wydarzy. Albo że znowu nie wydarzy się nic.
Nie było wielkich emocji
Paweł wstał pierwszy. Słyszałam, jak w kuchni stawia kubek na blacie, jak odkręca wodę w czajniku. Wszystko w jego porannych ruchach było uporządkowane i spokojne, jakby dzień miał przebiec dokładnie według znanego mu scenariusza. Leżałam jeszcze chwilę w łóżku, wpatrując się w sufit i wsłuchując w te dźwięki, które znałam na pamięć.
Kiedy weszłam do kuchni, Paweł siedział już przy stole, przeglądając coś w telefonie. Na mój widok uniósł wzrok i uśmiechnął się krótko.
– Dzień dobry – powiedział zwyczajnie.
– Dzień dobry – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko.
Postawił przede mną kubek z herbatą. Dokładnie taką, jaką piłam od lat. Bez cukru, z cytryną. Ten gest kiedyś wydawał mi się dowodem bliskości, teraz był raczej znakiem rutyny. Wiedział, co piję, bo piłam to zawsze.
– Masz dziś coś zaplanowane w pracy? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Zwykły dzień – wzruszyłam ramionami. – A ty?
– Też normalnie. Może wyjdę trochę wcześniej.
Zawiesiłam na nim spojrzenie. „Może” zabrzmiało jak obietnica bez treści. Przypomniałam sobie nasze pierwsze wspólne walentynki. Paweł był wtedy spięty i przejęty, wręczył mi drobny prezent z takim zaangażowaniem, jakby działo się coś naprawdę ważnego. Śmialiśmy się wtedy z byle czego.
– Dzisiaj… – zaczęłam i sama się zatrzymałam.
– Co? – spojrzał na mnie pytająco.
– Nic – odpowiedziałam szybko. – Tak mi się wyrwało.
Nie chciałam pytać wprost, czy pamięta. Jeszcze mniej chciałam usłyszeć odpowiedź, która mogłaby rozwiać resztki nadziei. Wstał od stołu, założył kurtkę i podszedł, żeby dać mi buziaka w policzek.
– Miłego dnia – rzucił, jakby wychodził po bułki.
Zostałam sama w kuchni, patrząc na stygnącą herbatę. Próbowałam wmówić sobie, że przesadzam, że to tylko data. A jednak ciało podpowiadało mi coś innego. To ciche napięcie nie brało się znikąd. Ono narastało od miesięcy, tylko dziś wyjątkowo wyraźnie dawało o sobie znać.
Mąż miał dla mnie niespodziankę
Paweł odezwał się dopiero po południu. Wysłał krótką wiadomość, że skończy szybciej i żebym była gotowa na wyjście. Przeczytałam ją kilka razy, jakby między literami mogło kryć się coś więcej. Serce zabiło mi szybciej, zupełnie wbrew rozsądkowi. Przez chwilę pozwoliłam sobie na myśl, że może jednak coś zaplanował.
Kiedy wrócił, był w wyraźnie dobrym humorze. Zdjął buty, rzucił klucze na komodę i spojrzał na mnie z tym swoim zadowolonym uśmiechem, który zwykle zapowiadał, że jest z siebie dumny.
– Ubierz się ciepło – powiedział. – Mam niespodziankę.
– Niespodziankę? – powtórzyłam, starając się, żeby mój głos brzmiał lekko.
– No. Pomyślałem, że wyjdziemy gdzieś razem. Tylko my.
Te słowa wystarczyły, żeby w mojej głowie zaczęły układać się obrazy. Spacer, może kolacja, cokolwiek, co będzie choć odrobinę inne. Założyłam płaszcz i szalik, czując, jak napięcie zmienia się w niecierpliwe oczekiwanie.
Szliśmy kilka minut w milczeniu. Paweł prowadził pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierzamy. Zatrzymał się dopiero przed znajomym szyldem. Duże witryny, w środku gęsto od wieszaków i kolorowych ubrań.
– Lumpeks – powiedział z dumą. – Fajne miejsce, co? Mają dziś nową dostawę. Z okazji walentynek możesz kupić, ile chcesz.
Przez moment nie byłam pewna, czy dobrze słyszę. Spojrzałam na niego, potem na drzwi, jakby miały zaraz same się zamknąć i uwolnić mnie od tej sytuacji.
– Żartujesz? – zapytałam ostrożnie.
– Nie. Czemu? – zdziwił się. – Przecież lubisz takie rzeczy. Można znaleźć coś naprawdę fajnego i w dobrej cenie.
Uśmiechnęłam się. Automatycznie, jakbym ćwiczyła ten ruch od lat. W środku coś jednak pękło. Każde jego słowo było logiczne, rozsądne, dopięte na ostatni guzik. I kompletnie oderwane od tego, czego w tej chwili potrzebowałam.
– No tak – mruknęłam. – Praktycznie.
Paweł już otwierał drzwi, zadowolony z siebie. Nie zauważył, że zostałam pół kroku za nim. Że moje ramiona zesztywniały, a dłonie ścisnęły się w pięści schowane w kieszeniach płaszcza. On naprawdę wierzył, że robi coś miłego. Że to jest jego sposób na okazanie troski.
Weszliśmy do środka. Dziwny zapach ciuchów był uderzający. Paweł rozejrzał się z entuzjazmem.
– Zobacz, ile tu rzeczy. Śmiało wybieraj.
Pokiwałam głową, choć w gardle rosła mi gula. Nie chodziło o miejsce. Chodziło o to, że nawet przez chwilę nie przyszło mu do głowy zapytać, czego ja bym chciała. Walentynki w jego wydaniu były kolejnym dowodem na to, jak bardzo nasze definicje bliskości się rozmijały.
Byłam rozczarowana
W środku było ciepło i duszno. Wieszak stał przy wieszaku, każdy ciężki od ubrań, które nosiły czyjeś życie przede mną. Przesuwałam palcami po materiałach, słuchając jednostajnego szelestu. Paweł natychmiast się ożywił. Chodził szybkim krokiem, zaglądał między półki, jakby był w miejscu, które zna i lubi.
– Popatrz na to – zawołał po chwili, trzymając w rękach sweter w intensywnym kolorze. – Prawie nowy.
– Ładny – odpowiedziałam odruchowo.
Nie zapytał, czy mi się podoba. Liczyło się to, że był w dobrym stanie i w atrakcyjnej cenie. Stałam przy lustrze i patrzyłam na swoje odbicie, które wydawało mi się obce. Zdejmowałam kolejne ubrania z wieszaka, przymierzałam je bez przekonania. Jedno było za ciasne, inne zbyt luźne, jeszcze inne zupełnie nie moje. Jakby żadne nie potrafiło się dopasować, tak jak od dawna nie potrafiłam dopasować się do roli, którą pełniłam w naszym związku.
Paweł podszedł i stanął obok.
– To chyba nie twój fason – rzucił, zerkając na mnie w lustrze. – Ale poszukamy dalej.
– Jasne – odpowiedziałam cicho.
Mówił „poszukamy”, ale tak naprawdę każdy z nas był już w innym miejscu. On skupiony na wieszakach, ja na myślach, które zaczęły się we mnie kotłować. Patrzyłam na te ubrania jak na fragmenty cudzych historii. Każde z nich miało przeszłość, jakieś wspomnienia, które ktoś zostawił za sobą. I nagle dotarło do mnie, jak bardzo przypomina to nas. My też zbieraliśmy to, co było pod ręką, zamiast tworzyć coś nowego.
– Karolina, zobacz – zawołał ponownie. – Ta sukienka byłaby dobra na różne okazje. Uniwersalna.
Uniwersalna. To słowo utkwiło mi w głowie. Nasze rozmowy też stały się uniwersalne, bezpieczne, pozbawione ryzyka. Spojrzałam na sukienkę, potem na Pawła.
– Może – powiedziałam. – Ale nie dziś.
Zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony.
– Jak to?
– Po prostu… nie mam nastroju.
Wzruszył ramionami, jakby to była drobnostka.
– Przecież nic się nie dzieje. To tylko zakupy.
Właśnie. Dla niego to były tylko zakupy. Dla mnie każda minuta spędzona między tymi wieszakami była kolejnym dowodem na to, że mówimy różnymi językami. Oparłam się o ścianę i zamknęłam na chwilę oczy. Poczułam zmęczenie, którego nie dało się zrzucić na długi dzień w pracy.
Musiałam się wyżalić
Po powrocie do domu Paweł zajął się swoimi sprawami, jakby dzień właśnie domknął się w logiczną całość. Zdjął kurtkę, włączył komputer, rzucił mimochodem, że może później coś zjemy. Słuchałam go jednym uchem, a drugim już byłam gdzie indziej. Czułam, że jeśli zostanę sama z tymi myślami, zaczną mnie przygniatać. Napisałam do Magdy krótką wiadomość. Odpisała niemal od razu.
– Dzwoń – napisała. – Brzmisz dziwnie.
Usiadłam na łóżku i wybrałam jej numer. Odebrała po pierwszym sygnale.
– No, opowiadaj. Co się stało? – zapytała bez wstępów.
– Byliśmy dziś w lumpeksie – zaczęłam i sama zdziwiłam się, jak pusto zabrzmiały te słowa.
– I?
– I to miała być walentynkowa niespodzianka.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Krótka, ale znacząca.
– Karolina… – odezwała się w końcu. – A jak ty się z tym czujesz?
To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Przez chwilę nie umiałam odpowiedzieć.
– Głupio – przyznałam w końcu. – I wstyd mi, że jest mi głupio. Przecież to tylko miejsce, prawda?
– Nie chodzi o miejsce – powiedziała spokojnie. – Tylko o to, czy poczułaś się ważna.
Zamknęłam oczy. Obraz Pawła, jego zadowolonej miny, jego pewności, że robi dobrze, przesunął mi się przed oczami.
– Właśnie nie – wyszeptałam. – Czuję się, jakbym od dawna była dodatkiem. Kimś, kogo potrzeby są… opcjonalne.
– Bo są odkładane na później – dokończyła za mnie Magda. – A „później” nigdy nie nadchodzi.
Zawsze była bezpośrednia. Czasem mnie to drażniło, dziś jednak jej słowa trafiały dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej.
– On nie robi tego złośliwie – zaczęłam go bronić, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. – On po prostu inaczej patrzy na świat.
– Rozumiem – odpowiedziała. – Tylko powiedz mi jedno. Ile razy ty próbowałaś patrzeć na świat jego oczami?
Nie musiałam się zastanawiać. Zbyt wiele.
– A ile razy on spróbował spojrzeć twoimi? – dodała ciszej.
To pytanie zawisło między nami. Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy, ale nie płakałam. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że problem jest głębszy, niż chciałam wierzyć.
Byłam coraz bardziej sfrustrowana
Wieczór zapadł niepostrzeżenie. Za oknem światła innych mieszkań układały się w ciepłe prostokąty, jakby wszyscy wokół prowadzili swoje małe, poukładane historie. Paweł wyszedł z pokoju i przeciągnął się z zadowoleniem.
– Fajny dzień, co? – rzucił lekko. – Dawno nigdzie razem nie byliśmy.
Skinęłam głową, choć w środku coś we mnie drżało. Usiadł obok mnie na kanapie, sięgnął po pilota i zaczął przełączać kanały. Zachowywał się swobodnie, jakby wszystko było dokładnie na swoim miejscu. Jakby ta walentynkowa wyprawa była drobnym sukcesem.
– Myślałem, że się ucieszysz – dodał po chwili. – W końcu to praktyczne walentynki. Lepiej nie wydawać pieniądze na głupoty.
– Mhm – mruknęłam.
Patrzyłam na jego profil, na skupioną twarz, na spokój, który mnie coraz bardziej oddalał. Czułam, jak we mnie narasta napięcie, choć na zewnątrz panowała cisza. Taka, która nie koi, tylko męczy. W głowie kłębiły mi się myśli sprzeczne i chaotyczne. Kochałam go. Przynajmniej chciałam wierzyć, że to wciąż miłość. A jednocześnie byłam potwornie zmęczona tłumaczeniem sobie jego obojętności.
Przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, w których rezygnowałam z rozmowy, bo „to nie jest dobry moment”. Wszystkie razy, gdy mówiłam sobie, że nie warto robić problemu. Ta cicha złość rosła latami, karmiona drobnymi rozczarowaniami i niespełnionymi oczekiwaniami.
– Karolina? – spojrzał na mnie. – Coś nie tak?
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Chyba wszystko.
Zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany.
– Przecież nic złego się nie stało.
Właśnie to było najgorsze. Nic spektakularnego, żadnej jednej winy, żadnego konkretnego momentu, na który mogłabym wskazać palcem. Tylko narastające poczucie, że jestem obok, a nie z nim. Że moje emocje są niewygodne, więc lepiej je pominąć.
Przestałam udawać
Usiadłam naprzeciwko niego tak nagle, że aż opuścił pilota na kolana.
– Paweł, musimy porozmawiać – powiedziałam, zanim zdążyłam się wycofać.
– O czym? – zapytał zaskoczony. – Przecież mówiłem, że było miło.
To „miło” było jak policzek.
– Właśnie o tym – odpowiedziałam. – Dla ciebie było miło. Dla mnie to był kolejny dowód, że kompletnie masz gdzieś moje potrzeby.
Westchnął ciężko, jakby rozmowa już go męczyła.
– Karolina, przesadzasz. To były zwykłe zakupy. Nie rozumiem, czemu robisz z tego problem.
– Bo to nie chodzi o zakupy! – głos mi zadrżał, ale nie przerwałam. – Chodzi o to, że od dawna nie starasz się mnie zrozumieć. Że moje emocje traktujesz jak coś zbędnego. Jak fanaberię.
Spojrzał na mnie uważniej, po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę skupiony.
– Uważam, że w związku liczy się rozsądek – powiedział chłodno. – Stabilność. A nie ciągłe oczekiwanie jakichś gestów.
Te słowa zabolały bardziej niż wyprawa do lumpeksu.
– A ja uważam, że bez gestów zostaje tylko bycie współlokatorem – odpowiedziałam cicho. – Ja nie potrzebuję wielkich rzeczy. Potrzebuję poczucia, że jestem ważna. Dla ciebie.
Milczał. Patrzył gdzieś obok, jakby szukał argumentów, ale zamiast nich znalazł mur. Wtedy zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć do wiadomości. On naprawdę uważał, że robi wystarczająco dużo. A ja od dawna żyłam na emocjonalnym minimum.
Wstałam z kanapy. Po prostu poszłam do sypialni. Usiadłam na łóżku i poczułam zmęczenie, które nie było złością ani smutkiem, tylko ulgą. Ulgą, że w końcu powiedziałam to na głos. Walentynki w lumpeksie przestały być dziwną historią do opowiadania znajomym. Stały się symbolem lat, w których usprawiedliwiałam brak bliskości, nazywając go dojrzałością.
Karolina, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zamiast miłości poczułam odór zdrady. Nawet bukiet czerwonych róż nie pomógł go zamaskować”
- „Chciałam dla syna jak najlepiej, a on związał się z samotną matką. W naszej rodzinie nie było miejsca na cudze dziecko”
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”

