„W walentynki mąż dał mi perfumy z wyprzedaży, byle mieć to z głowy. Prezent był równie tani jak jego komplementy”
„Śmiałam się, że to święto z katalogu, a nie z życia, choć w środku tliła się cicha nadzieja, że tym razem będzie inaczej. Związek z Kacprem był rozsądny, poukładany, bez porywów serca, ale wierzyłam, że stabilność wystarczy. Gdy podał mi prezent z doczepioną czerwoną metką, poczułam nie złość, lecz wstyd, jakby ktoś właśnie przypomniał mi moje miejsce”.

- Redakcja
Walentynki zawsze udawałam, że są mi obojętne. Śmiałam się, że to święto z katalogu, a nie z życia, choć w środku tliła się cicha nadzieja, że tym razem będzie inaczej. Związek z Kacprem był rozsądny, poukładany, bez porywów serca, ale wierzyłam, że stabilność wystarczy. Gdy podał mi prezent z doczepioną metką „sale”, poczułam nie złość, lecz wstyd, jakby ktoś właśnie przypomniał mi moje miejsce.
Liczy się prezent, nie to, ile kosztował
Siedzieliśmy wtedy przy stole w kuchni. Prezent leżał między nami, a metka „sale” wystawała jak coś, czego nie dało się już odczepić bez zostawienia śladu. Obracałam w palcach papier, próbując dobrać słowa, które nie zabrzmią jak pretensja.
– Mogłeś ją zdjąć – powiedziałam w końcu, ciszej, niż planowałam.
Kacper uniósł wzrok znad telefonu. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby nie rozumiał, o co właściwie chodzi.
– Czepiasz się. Akurat trafiła się okazja, więc kupiłem.
– To nie o cenę chodzi… – zaczęłam, ale on już kręcił głową.
– Julia, naprawdę. Czasem mam wrażenie, że sama sobie szukasz powodów do niezadowolenia. Liczy się prezent, nie to, ile kosztował.
Zamilkłam. W tym jego „liczy się” zawsze brakowało miejsca na to, co czuję. Zamiast tego była kalkulacja, argumenty, wyliczenia. Jakby uczucia też dało się zamknąć w tabelce. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy wcześniej odwołał wspólny wyjazd, bo „teraz nie jest najlepszy moment finansowo”. Jak spontaniczne kolacje zawsze przegrywały z planem oszczędzania. Jak na moje „tęsknię” odpowiadał „przecież widzieliśmy się wczoraj”.
– Czasem chciałabym, żebyś zrobił coś bez liczenia – powiedziałam nagle.
– A ja chciałbym, żebyś doceniała to, co masz – odparł. – Stabilność. Spokój. Bezpieczny związek.
Bezpieczny. To słowo zabrzmiało jak etykieta przyklejona do mnie samej. Bezpieczna, bo niewymagająca. Bo zawsze rozumiejąca. Bo godząca się na chłód, tłumacząc go rozsądkiem. Kacper wstał od stołu, jakby rozmowa była zamknięta.
– Naprawdę robisz problem z niczego – rzucił jeszcze przez ramię.
Zostałam sama z prezentem i myślą, która zaczęła się we mnie wiercić coraz mocniej: czy w naszym związku uczucia zawsze musiały najpierw przejść przez pytanie, czy to się opłaca?
On po prostu taki jest
Z Moniką spotkałam się dwa dni później. Siedziałyśmy w niewielkiej kawiarni, tej samej, do której chodziłyśmy jeszcze na studiach. Zamówiła to, na co miała ochotę, bez sprawdzania ceny. Zawsze mnie to w niej trochę drażniło, a trochę fascynowało.
– No i? – zapytała, gdy tylko usiadłyśmy. – Dostałaś coś na walentynki czy znowu „rozsądne rozwiązanie”?
Westchnęłam i bez słowa położyłam na stole metkę. Spojrzała na nią, potem na mnie, a jej brwi uniosły się gwałtownie.
– On żartuje? – wyrzuciła z siebie. – Julia, powiedz mi, że to żart.
– To tylko metka – zaczęłam automatycznie. – Kacper mówił, że przecież liczy się gest.
– Jaki gest? – przerwała mi ostro. – Gest oszczędzania na własnej dziewczynie?
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Złapałam kubek, choć herbata była już prawie zimna.
– On po prostu taki jest. Praktyczny. Nie lubi przepłacać.
– A ty, ciągle go bronisz. – powiedziała bez wahania. – Wybacz, ale ktoś musi to powiedzieć.
– Monika… – próbowałam ją uciszyć, ale ona tylko machnęła ręką.
– A on? Kiedy ostatnio zrobił coś tylko dlatego, że chciał cię uszczęśliwić?
Nie potrafiłam odpowiedzieć od razu. Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać.
– Może ja po prostu za dużo oczekuję – powiedziałam cicho.
Monika nachyliła się ku mnie.
– Nie. Ty oczekujesz normalności. A on daje ci resztki, ładnie zapakowane.
Wracałam do domu z uczuciem ciężaru w klatce piersiowej. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, że to nie ja jestem problemem. Że może ktoś z zewnątrz widzi więcej, bo ja za długo patrzyłam przez filtr usprawiedliwień.
Gdzie w tym wszystkim miejsce na uczucia?
Nie planowałam tej rozmowy. Wyszła ze mnie sama, wieczorem, kiedy siedzieliśmy na kanapie w ciszy przerywanej dźwiękiem telewizora. Kacper zmieniał kanały, a ja czułam, jak we mnie narasta napięcie, którego nie dało się już zignorować.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam w końcu.
Zatrzymał obraz. Już sam ten gest sprawił, że poczułam się winna, jakbym przeszkadzała w czymś ważnym.
– O czym? – zapytał rzeczowo.
– O nas. O tym, że ja czuję się w tym związku lekceważona – wyrwało mi się, zanim zdążyłam to przemyśleć.
Zmarszczył brwi.
– Przesadzasz. Znowu robisz dramat z jednej sytuacji.
– To nie była jedna sytuacja – odpowiedziałam szybciej, ostrzej. – To było wszystko po kolei. Zawsze liczysz, zawsze oceniasz, zawsze odkładasz emocje na później.
– Ktoś w tym związku musi myśleć rozsądnie.
– A gdzie w tym wszystkim miejsce na uczucia? – powiedziałam cicho.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju.
– Robię wszystko, żeby było nam dobrze. Stabilnie. A ty zachowujesz się, jakbyś była wiecznie niezadowolona.
– Bo czuję się pomijana – odpowiedziałam. – Jakby moje potrzeby były mniej ważne niż twoje kalkulacje.
Zatrzymał się.
– Może po prostu mamy inne podejście do życia – powiedział chłodno. – Ja nie będę się zmieniał tylko dlatego, że ktoś oczekuje gestów bez sensu.
Te słowa coś we mnie złamały. Po raz pierwszy nie próbowałam go przekonać. Zobaczyłam wyraźnie, że od dawna godziłam się na mniej, bo bałam się, że jeśli poproszę o więcej, zostanę sama.
– Rozumiem – powiedziałam w końcu, choć głos mi drżał.
I to „rozumiem” nie było już zgodą. Było początkiem pęknięcia, przez które zaczęła wpadać prawda, od dawna czekająca, aż wreszcie ją zobaczę.
Po prostu przestałam udawać, że mi wystarcza
Prezent schowałam do dolnej szuflady komody. Nie dlatego, że nie chciałam na niego patrzeć, ale dlatego, że zrozumiałam, czym naprawdę był. Symbolem. Nie oszczędności, nie praktyczności, tylko miejsca, jakie zajmowałam w tym związku. Miejsca bezpiecznego, wygodnego, niewymagającego ryzyka ani odwagi. Od tamtej rozmowy przestałam się starać. Nie pytałam już, czy ma czas. Nie tłumaczyłam swoich potrzeb. Nie łapałam się na tym, że próbuję zasłużyć na czułość. Kacper początkowo niczego nie zauważył. Może dlatego, że moja cisza była tańsza niż emocje. Któregoś wieczoru spojrzał na mnie uważniej.
– Jesteś jakaś inna – powiedział. – Coś się stało?
Pokręciłam głową.
– Nie. Po prostu przestałam udawać, że mi wystarcza.
Nie odpowiedział. Jak zwykle zabrakło mu słów tam, gdzie zaczynało się coś niewymiernego. Nie podjęłam decyzji o odejściu. Jeszcze nie. Ale pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że jeśli zostanę, będę musiała zaakceptować miłość z metką „sale”. Zawsze trochę niepełną, zawsze w promocji, nigdy wybieraną bez kalkulacji. Samotność przestała mnie przerażać tak bardzo jak wcześniej. Bo zrozumiałam, że bycie z kimś, kto nie widzi we mnie wartości, też jest formą samotności. Droższą, bo płaci się za nią codziennie – ciszą, tłumieniem siebie i zgodą na mniej. Szuflada pozostała zamknięta. A ja pierwszy raz od dawna poczułam, że to ja zaczynam wybierać.
Julia, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki kochanek zabrał mnie na kolację. Jego wyznanie miłości było zimne poranek w lutym”
- „W tym roku walentynki spędzę sama. Mam bukiet czerwonych róż i pudełko czekoladek, więc mogę świętować”
- „Na walentynki ukochany sprawił mi luksusowy prezent. Kosztował fortunę, ale ja nie chciałam żyć w złotej klatce”

