„W walentynki marzyłam o romantycznej kolacji we dwoje. Ukochany postawił przede mną gar bigosu i czekał na oklaski”
„Maciek co chwilę zerkał na mnie z oczekiwaniem, a ja nabierałam kolejne kęsy bardziej z obowiązku niż z apetytu. Smak był dobry, ale im dłużej siedziałam przy stole, tym wyraźniej czułam, że nie o to mi chodziło. W głowie układałam zdania, po czym je odrzucałam. Każde wydawało się zbyt ostre albo zbyt niewdzięczne”.

- Redakcja
Czekałam na te walentynki jak na znak, że ktoś w końcu patrzy na świat podobnie jak ja. Kiedy Maciek powiedział, że przygotował coś wyjątkowego, poczułam to znajome ciepło w sercu. Zaczęłam dopowiadać resztę sama – zapach róż, romantyczny nastrój, może jakiś miły drobiazg, może kolacja. Im bliżej było tego dnia, tym bardziej wierzyłam, że tym razem naprawdę będę miała co wspominać.
Byłam podekscytowana jego obietnicą
Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej, zupełnie niewinnie, w środku zwykłego popołudnia. Siedzieliśmy u Maćka w kuchni, a ja mieszałam herbatę, patrząc, jak para osiada na szybie. Zapytałam wtedy półżartem, czy w tym roku walentynki też przejdą bokiem, jak wiele innych drobnych okazji. Maciek nawet nie podniósł wzroku znad blatu, tylko uśmiechnął się pod nosem.
– Spokojnie – powiedział. – W tym roku będzie coś wyjątkowego.
To jedno zdanie wystarczyło. Wyjątkowego. Nie „coś zrobię”, nie „coś ogarniemy”, tylko właśnie to słowo, które obiecywało tak wiele.
Przez kolejne dni ta obietnica rosła we mnie jak zaczyn na ciasto. Wracałam z pracy i wyobrażałam sobie detale. Nie konkretne przedmioty, raczej atmosferę. Ciepłe światło, spokojny wieczór, może stół udekorowany inaczej niż zwykle. Myślałam o zapachach, o ciszy, w której nie trzeba nic tłumaczyć. O tym, że ktoś pomyślał: „To się jej spodoba”.
Złapałam się na tym, że zaczęłam odczytywać tę obietnicę jako coś więcej niż zapowiedź miłego wieczoru. Jakby Maciek nagle nauczył się mojego języka, tego pełnego symboli i drobiazgów. Jakby w końcu zobaczył, że dla mnie liczy się nie tylko to, że ktoś się stara, ale jak i po co.
– Nie nastawiaj się za bardzo – mówiłam sama do siebie, gasząc światło przed snem.
Ale zaraz potem wracała myśl: przecież sam powiedział, że to coś wyjątkowego. Każdego dnia sprawdzałam kalendarz, jakby data miała mi coś jeszcze dopowiedzieć. Czułam wdzięczność zanim cokolwiek się wydarzyło. I radość, która była jeszcze czysta, może nawet naiwna. Wierzyłam, że tym razem nie będę musiała dopasowywać się do czyjejś definicji wystarczająco dobrego wieczoru. Że dostanę coś, co ktoś przygotował z myślą o mnie.
Cała moja radość nagle uleciała
Przyszłam do Maćka wieczorem, z sercem bijącym trochę szybciej niż zwykle. Miałam na sobie sukienkę, którą zakładałam rzadko, bo zawsze wydawała mi się zbyt „odświętna” na nasze codzienne spotkania. W dłoni ściskałam małą torbę z drobiazgiem dla niego. Kiedy zapukałam, drzwi otworzyły się niemal od razu.
– No, wchodź – powiedział z wyraźną dumą w głosie.
Pierwsze, co zobaczyłam, to stół. A właściwie to, co stało na jego środku. Duży, ciężki garnek. Przykryty pokrywką, spod której unosiła się para. Zapach był intensywny, znajomy, domowy. Zatrzymałam się w pół kroku, jakbym nie była pewna, czy to na pewno właściwe mieszkanie.
– Usiądź, zaraz nakładam – dodał Maciek, zupełnie naturalnie, jakby wszystko było dokładnie tak, jak powinno.
Przez chwilę nie potrafiłam się odezwać. W głowie zrobiło się pusto, a jednocześnie za głośno. Spojrzałam na świeczkę wciśniętą gdzieś z boku stołu, jakby postawioną w ostatniej chwili, i na serwetki, które pamiętałam z codziennych obiadów. Garnek stał dumnie pośrodku, zajmując całą przestrzeń.
– To… bigos? – zapytałam cicho, bardziej dla upewnienia się niż z ciekawości.
– A jak! – odpowiedział z entuzjazmem. – Robiłem dwa dni. Kapusta kiszona i świeża, wszystko jak trzeba. Wiesz, ile z tym roboty?
Pokiwałam głową, czując rezygnację. Usiadłam na krześle, prostując plecy, jakby dobre maniery mogły mnie ochronić przed własnym rozczarowaniem. Wiedziałam, że nie powinnam czuć tego, co czułam. Przecież się postarał. Przecież to wymagało czasu. Przecież to było „coś”.
Między nami zapadła cisza, ciężka i lepka. Maciek nakładał bigos na talerze z koncentracją, jakby wykonywał ważny rytuał. Ja patrzyłam na parujący talerz przed sobą i próbowałam znaleźć w sobie wdzięczność, którą jeszcze kilka godzin wcześniej czułam bez wysiłku.
– No, próbuj – powiedział w końcu. – Specjalnie dla ciebie.
Uśmiechnęłam się, ale ten uśmiech był bardziej z grzeczności niż z radości. Wstydziłam się własnych myśli. Tego, że zamiast ciepła czuję pustkę. Że zamiast poczucia bycia ważną, mam wrażenie, że nie bardzo pasuję do tego miejsca.
Inaczej to sobie wyobrażałam
Przez kilka minut jedliśmy w milczeniu. Maciek co chwilę zerkał na mnie z oczekiwaniem, a ja nabierałam kolejne kęsy bardziej z obowiązku niż z apetytu. Smak był dobry, nawet bardzo, ale im dłużej siedziałam przy stole, tym wyraźniej czułam, że nie o to mi chodziło. W głowie układałam zdania, po czym je odrzucałam. Każde wydawało się zbyt ostre albo zbyt niewdzięczne.
– Fajnie, że tyle pracy w to włożyłeś – zaczęłam w końcu, ostrożnie, jakby jedno źle dobrane słowo mogło rozsypać wszystko. – Naprawdę to doceniam.
Maciek uniósł brwi, jakby czekał na ciąg dalszy.
– Tylko… – zawahałam się i spuściłam wzrok na talerz. – Chyba inaczej to sobie wyobrażałam.
W powietrzu coś drgnęło. Odłożył łyżkę i oparł się o krzesło.
– Inaczej, czyli jak? – zapytał, a w jego głosie pojawiła się czujność.
Przełknęłam ślinę. Chciałam mówić o uczuciach, nie o potrawie. O potrzebie bycia zauważoną, nie o menu.
– Bardziej… nastrojowo – powiedziałam w końcu. – Tak, żebym poczuła, że to jest naprawdę nasze święto, a nie po prostu…
– Po prostu co? – przerwał mi.
– Po prostu kolacja – dokończyłam cicho.
Maciek pokręcił głową, a na jego twarzy pojawiło się napięcie.
– Dorota, ja się naprawdę napracowałem – powiedział twardo. – Dwa dni stania w kuchni. To nie jest zwykła kolacja.
Poczułam ukłucie winy. Właśnie tego się bałam. Że rozmowa zejdzie na wysiłek, na godziny, na ilość pracy, a nie na to, co było między nami.
– Ja nie mówię, że nie – próbowałam jeszcze. – Tylko że dla mnie ważne są też inne rzeczy. Gest, pomysł…
– Czyli co, bigos to za mało? – zapytał, a jego głos stał się chłodniejszy.
– To nie o bigos chodzi – odpowiedziałam szybko. – Tylko o to, co on znaczy i dla kogo.
Zapadła cisza. Maciek patrzył na mnie z wyraźną urazą, jakby właśnie dowiedział się, że coś, z czego był dumny, nie robi na nikim wrażenia. Zrozumiałam, że każde kolejne zdanie może tylko pogorszyć sytuację. A jednak czułam, że jeśli teraz zamilknę, zostawię między nami coś niewypowiedzianego, ciężkiego jak ten garnek na stole.
Czułam się niezrozumiana
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a garnek między nami wyglądał jak dowód w sprawie, w której żadne z nas nie chciało uczestniczyć, a jednak oboje już byliśmy w nią wciągnięci.
– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – odezwał się Maciek po chwili. – Że ty nawet nie widzisz, ile to mnie kosztowało.
Podniosłam na niego wzrok. W jego twarzy było coś więcej niż złość. Była duma, którą ktoś właśnie podeptał.
– Widzę – odpowiedziałam spokojnie. – Tylko że ja nie mierzę miłości godzinami spędzonymi w kuchni.
– A ja tak – rzucił. – Dla mnie to jest konkret. Robisz coś, poświęcasz czas. To znaczy, że ci zależy.
Zrozumiałam wtedy, że mówimy o tym samym słowie, ale nadajemy mu zupełnie inne znaczenie. Dla niego miłość była wysiłkiem, czymś namacalnym, co można postawić na stole i powiedzieć: proszę, zrobiłem. Dla mnie była uważnością, próbą wejścia w czyjś świat, nawet jeśli samemu nie do końca się go rozumie.
– Ja potrzebuję czuć, że ktoś o mnie myśli – powiedziałam ciszej. – Że wie, jaka jestem, czego chcę i co lubię.
Maciek westchnął ciężko i odsunął talerz.
– Czyli znowu wychodzi na to, że robię za mało.
To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Bo nie chodziło o „za mało”. Chodziło o to, że on w ogóle nie pomyślał o mnie. Że kompletnie mnie nie znał, mimo że byliśmy razem już tak długo.
Poczułam, jak narasta we mnie dziwna mieszanina poczucia winy i jasności. Jakby coś się porządkowało, choć wcale nie przynosiło ulgi. Zrozumiałam, że on naprawdę czuje się skrzywdzony. I że ja naprawdę czuję się niezrozumiana. A pomiędzy tymi dwoma uczuciami nie było mostu.
Walentynkowy nastrój rozsypał się całkowicie. Świeczka dopaliła się do końca, a my siedzieliśmy w półmroku, każde ze swoją definicją miłości, trzymając się jej kurczowo, jakby ustępstwo miało oznaczać utratę siebie.
Oboje mieliśmy swoje racje
Wstałam od stołu pierwsza, nie dlatego, że chciałam wyjść, tylko dlatego, że zabrakło mi powietrza. Podeszłam do okna i oparłam czoło o chłodną szybę. Na zewnątrz ludzie wracali do domów, niektórzy trzymali się za ręce, inni szli obok siebie w milczeniu. Pomyślałam, że my też tak stoimy. Obok siebie.
– Wiesz… – zaczęłam, nie odwracając się. – Zrozumiałam właśnie coś, czego wcześniej nie umiałam nazwać.
– Słucham – odpowiedział Maciek, ale w jego głosie było już zmęczenie, nie ciekawość.
– Że ja ciągle cię usprawiedliwiam i tłumaczę sobie twoje gesty – powiedziałam powoli. – A ty zakładasz, że one powinny wystarczyć same z siebie.
Odwróciłam się. Patrzył na mnie uważnie, jakby próbował zdecydować, czy to atak, czy jeszcze rozmowa.
– To nie jest tak, że ja nie doceniam tego bigosu – dodałam. – Chodzi o to, że to nie dla mnie.
Zmarszczył brwi.
– Ale to jest wszystko, co mogłem dać – odpowiedział cicho. – I to boli najbardziej.
I wtedy to do mnie dotarło z całą ostrością. Że moje rozczarowanie rani go tak samo, jak jego duma rani mnie. Że on czuje się odrzucony, a ja niewidzialna. I że żadne z nas nie kłamie. Po prostu mówimy z zupełnie innej perspektywy. Poczułam, że coś się kończy. Oczekiwanie, napięcie, ta walka, żeby udowodnić, że mam prawo czuć inaczej.
– To nie jest walka o to, kto ma rację – powiedziałam już spokojniej. – Tylko o to, czy potrafimy się spotkać w połowie drogi.
Maciek milczał długo. Za długo.
– A jeśli ja nie umiem inaczej? – zapytał w końcu.
To pytanie zawisło między nami cięższe niż wszystko wcześniej. Bo nagle przestało chodzić o jeden wieczór. Zrozumiałam, że jeśli on zrobi krok w moją stronę, będzie czuł, że zdradza siebie. A jeśli ja cofnę się w jego stronę, stracę coś bardzo ważnego. I właśnie wtedy pojęłam, że to nie bigos był problemem. Problem był w nas.
Marzyłam o czymś innym
Wyszłam od Maćka późno, z uczuciem ciężaru, którego nie dało się zrzucić jednym głębokim oddechem. Na klatce schodowej pachniało obiadem z czyjegoś mieszkania i przez chwilę pomyślałam, że ten zapach będzie mi się już zawsze kojarzył z tamtym wieczorem. Z tym, czego nie umieliśmy sobie dać.
Nie było dramatycznego pożegnania. Żadnych wielkich słów ani obietnic. Maciek odprowadził mnie do drzwi, zapytał, czy dam znać, gdy dotrę do domu. Skinęłam głową. Był troskliwy, jak zawsze. I właśnie to bolało najbardziej.
Idąc przez miasto, myślałam o tym, jak łatwo pomylić solidność z bliskością. Jak można robić coś „dobrze”, a jednocześnie zupełnie nie trafić. Bigos był sycący, ciepły, przygotowany z wysiłkiem i dumą. Tylko że ja marzyłam o czymś innym.
Zrozumiałam, że miłość czasem nie kończy się przez krzyk ani zdradę. Czasem kończy się w ciszy, przy stole, na którym stoi coś, co dla jednej osoby jest dowodem uczucia, a dla drugiej symbolem niedopasowania. I że można kogoś bardzo szanować, a jednocześnie wiedzieć, że to nie jest to miejsce, w którym chce się zostać.
Nie podjęłam wtedy żadnej decyzji. Ale po raz pierwszy pozwoliłam sobie pomyśleć, że odpowiedzią też bywa odejście. Nawet jeśli wszystko wygląda solidnie. Nawet jeśli pachnie domem.
Dorota, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka zaczęła wpadać częściej na obiady, ale ja wyczułam fortel. Przy rosole zacierała ręce na myśl o mojej kasie”
- „Romantyczne ferie w Zakopanem to była porażka. Ukochany kręcił już od pierwszego dnia, aż wyszło szydło z worka”
- „Nie stać mnie było, żeby zabrać dzieci na ferie. Okazało się, że chcą mojej obecności, a nie luksusowych wyjazdów”

