„W walentynki kochanek zabrał mnie na kolację. Jego wyznanie miłości było zimne poranek w lutym”
„Czekałam przy stoliku pod oknem, tym samym, przy którym zawsze siadał, kiedy mówił, że ma tylko chwilę. Restauracja była udekorowana drobnymi serduszkami, a na sąsiednich stolikach stały świeczki. Wszyscy wyglądali na obecnych całym sobą, tylko ja czułam się jak gość we własnym życiu. Kiedy wszedł, uśmiechnął się tak, jakby odgrywał znaną rolę”.

Czternasty lutego miał być zwyczajnym dniem, a stał się momentem, w którym coś we mnie pękło. Słowa, które usłyszałam, brzmiały jak wyznanie z byle kartki: poprawne, ciepłe, a jednak obce. Patrzyłam na jego twarz i czułam, że między tym, co mówi, a tym, jak żyje, rozciąga się bolesna cisza. To wszystko wydawało się wyuczone, konieczne, bo tego wymagała sytuacja. I właśnie wtedy zrozumiałam, że jego miłość potrafi być głośna tylko w słowach.
Rozejrzałam się po sali
Czekałam przy stoliku pod oknem, tym samym, przy którym zawsze siadał, kiedy mówił, że ma tylko chwilę. Restauracja była udekorowana drobnymi serduszkami, a na sąsiednich stolikach stały świeczki. Wszyscy wyglądali na obecnych całym sobą, tylko ja czułam się jak gość we własnym życiu. Kiedy wszedł, uśmiechnął się tak, jakby odgrywał znaną rolę.
— Przepraszam, że się spóźniłem — powiedział, pochylając się, by mnie pocałować w policzek. — Wiesz, jak jest.
Wiedziałam. Zawsze wiedziałam. Usiadł naprzeciwko i zaczął opowiadać o drodze, o korkach, o tym, że dzień był długi. Słuchałam, kiwając głową, a w środku rosło we mnie napięcie.
— Mam dla ciebie coś — dodał nagle, wyciągając z kieszeni niewielką kartkę.
Była czerwona, z wytłoczonym napisem. Walentynkowa. Otworzyłam ją powoli, jakby tempo mogło zmienić sens słów.
— Kocham cię — powiedział równocześnie, patrząc mi prosto w oczy. Uniósł brew, czekając na reakcję. A ja poczułam, że coś we mnie stygnie.
— Od kiedy? — zapytałam ciszej, niż planowałam.
Zaśmiał się krótko, nerwowo.
— Przecież wiesz. Zawsze. Po prostu… rzadko to mówię.
— Rzadko też jesteś — odpowiedziałam, odkładając kartkę na stół. — Rzadko dzwonisz. Rzadko pytasz, jak się czuję.
Zmarszczył czoło, jakbym właśnie zepsuła mu scenariusz.
— Nie przesadzaj. Przecież tu jestem. To się liczy.
Rozejrzałam się po sali. Parom podawano desery, ktoś ścisnął czyjąś dłoń. U nas między talerzami leżało wyznanie, które nie miało żadnego ciężaru.
— Właśnie o to chodzi — westchnęłam. — Jesteś tylko tu. Nigdy dalej.
Milczał przez chwilę, bawiąc się serwetką.
— Nie komplikuj — rzucił w końcu. — To ma być miły wieczór.
Uśmiechnęłam się smutno, bo zrozumiałam, że dla niego miłość to słowo, które wyciąga się w odpowiednim momencie, a nie decyzja, którą się podejmuje.
Zatrzymałam się
Po kolacji wyszliśmy razem, choć każde z nas w innym kierunku. Zatrzymał się przy drzwiach, poprawił płaszcz i spojrzał na mnie z tym samym wyrazem twarzy, który zawsze miał, gdy coś było „niewygodne”.
— Odwiozę cię? — zapytał, jakby to była propozycja bez znaczenia.
— Nie trzeba — odpowiedziałam od razu. — Przejdę się.
Skinął głową z wyraźną ulgą. To też znałam. Krótki uścisk, szybkie „odezwę się” i już odchodził, odbierając telefon, zanim zdążył zrobić kilka kroków. Stałam chwilę na chodniku, obserwując, jak znika za rogiem. Wtedy poczułam, że jego „kocham” zostało przy stoliku, między resztkami deseru. Szłam powoli, nie czując zimna. W głowie wracały sceny z ostatnich miesięcy. Wiadomości odpisywane po godzinach. Spotkania planowane w ostatniej chwili. Moje pytania, na które odpowiadał półsłówkami.
Telefon zawibrował.
„Wszystko w porządku?” — napisał.
Zatrzymałam się.
„Nie wiem” — odpisałam po chwili. – „Chyba pierwszy raz naprawdę się nad nami zastanawiam”.
Odpowiedź przyszła szybko: „Teraz? W takie święto? Przesadzasz”.
Uśmiechnęłam się gorzko. Zawsze przesadzałam, kiedy chciałam czegoś więcej niż fragmentu jego czasu. Wieczorem siedziałam na kanapie, wpatrzona w kartkę walentynkową. Proste słowa, żadnego podpisu. Jakby bał się zostawić po sobie ślad. Przypomniałam sobie rozmowę sprzed tygodnia.
— Kiedyś będzie inaczej — mówił wtedy, nalewając herbatę. — Teraz po prostu nie mogę.
— Ale chcesz? — zapytałam.
Zawahał się wtedy dokładnie tak, jak dziś w restauracji.
— To skomplikowane.
Teraz zrozumiałam, że „kiedyś” nie ma daty, a „skomplikowane” to wygodne schronienie. Jego uczucia istniały tylko wtedy, gdy niczego od niego nie wymagały. Telefon znów zawibrował.
„Jesteś już w domu?” — zapytał.
Długo patrzyłam na ekran, zanim odpisałam: „Tak. Sama”. I pierwszy raz to słowo nie zabolało tak bardzo, jak myślałam.
Zadzwonił dopiero przed snem
Następne dni mijały wolniej, jakby ktoś celowo rozciągał czas. Nie pisał przez cały poranek, co było nowością. Zazwyczaj już przed ósmą dostawałam krótkie „dzień dobry”, suchy znak obecności. Tego dnia telefon milczał, a ja łapałam się na tym, że co kilka minut sprawdzam ekran, choć obiecałam sobie tego nie robić. Po południu nie wytrzymałam.
„Wszystko okej?”— napisałam.
Odpisał po godzinie.
„Tak. Dużo spraw. Wieczorem zadzwonię”.
Wieczór nadszedł, a telefon znów pozostał cichy. Zaparzyłam herbatę, usiadłam przy stole i pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, którą od dawna odpychałam. Może on naprawdę wierzył, że to wystarcza. Że bycie „gdzieś obok” jest tym samym co bycie razem. Zadzwonił dopiero przed snem.
— Hej — rzucił lekko. — Jak dzień?
— Cichy — odpowiedziałam.
Zaśmiał się.
— Zawsze wszystko bierzesz do siebie.
— A ty zawsze odkładasz mnie na później — weszłam mu w słowo.
Zapadła cisza. Słyszałam jego oddech, jakby szukał odpowiedniego tonu.
— Nie zaczynaj znowu — powiedział w końcu. — Przecież wiesz, że to nie jest takie proste.
— Wiem też, że miłość nie polega na znikaniu — odpowiedziałam spokojnie, sama zdziwiona własnym głosem.
— Teraz dramatyzujesz — westchnął. — Kocham cię. Czego jeszcze chcesz?
Zamknęłam oczy.
— Żebyś był — powiedziałam. — Nie w słowach. W decyzjach.
Milczał dłużej niż zwykle.
— Nie naciskaj — rzucił w końcu. — Możesz to zepsuć.
To zdanie zawisło między nami jak ostrzeżenie. Zrozumiałam, że według niego to ja byłam ryzykiem, nie jego brak zaangażowania. Pożegnaliśmy się chłodno. Odłożyłam telefon i poczułam zmęczenie, jakby ta rozmowa odebrała mi resztki sił. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile razy tłumaczyłam go przed samą sobą. I o tym, że jego miłość zawsze kończyła się tam, gdzie zaczynały się moje potrzeby.
To było najgorsze
Spotkaliśmy się tydzień później, w neutralnym miejscu, jakbyśmy oboje bali się nadać temu spotkaniu znaczenie. Kawiarnia była cicha, niemal pusta. Usiadł naprzeciwko mnie i od razu zaczął mówić, jakby cisza mogła go oskarżyć:
— Nie rozumiem, co się z tobą stało — rzucił. — Zawsze byłaś spokojniejsza.
— Zawsze byłam cierpliwsza — poprawiłam go. — To nie to samo.
Popatrzył na mnie z lekkim rozdrażnieniem.
— Przecież nic się nie zmieniło.
Właśnie to było najgorsze. Nic się nie zmieniło, mimo że ja zmieniałam się od środka od miesięcy. Zbierałam w sobie niedopowiedziane zdania, odwołane spotkania i obietnice bez ciągu dalszego.
— Powiedz mi szczerze — zaczęłam. — Gdzie ja jestem w twoim życiu?
Zaskoczyłam go tym pytaniem. Przesunął filiżankę, unikał wzroku.
— Jesteś ważna — odpowiedział w końcu. — Wiesz o tym.
— Ważna kiedy? — dopytałam. — Gdy masz wolną chwilę?
Uniósł głos, choć w kawiarni było cicho:
— Znowu robisz problem. Nie mogę teraz wszystkiego przewracać do góry nogami.
— A ja nie mogę dłużej stać w miejscu — powiedziałam spokojnie.
Zamilkł. Widziałam, jak w jego głowie ścierają się dwie myśli: zatrzymać mnie czy pozwolić odejść bez wysiłku. W końcu westchnął.
— Daj mi czas.
Pokiwałam głową.
— Zawsze go miałeś. Ja już nie mam.
Wyszłam, zanim zdążył coś dodać. Na zewnątrz było jasno, zaskakująco jasno jak na dzień, który miał coś zakończyć. Szłam przed siebie, czując lęk, ale i ulgę. Po raz pierwszy postawiłam granicę, której nie potrafił przekroczyć ani słowami, ani gestem.
Nie próbował mnie zatrzymać
Wieczorem nie napisał. I choć czekałam, zrozumiałam, że to milczenie jest odpowiedzią. Ostatni raz odezwał się po trzech dniach. Krótko, jak zawsze, jakby sprawdzał, czy drzwi wciąż są uchylone.
„Myślałem o tobie” — napisał.
Patrzyłam na ekran długo, bez pośpiechu. Kiedyś takie zdanie wystarczyłoby, żebym zapomniała o wszystkim innym. Teraz widziałam w nim tylko echo, nie ruch. Dowód myśli, za którą nie idzie żaden krok.
„Ja też” — odpisałam. — „I właśnie dlatego muszę to zamknąć”.
Nie dopytywał. Nie zadzwonił. Nie próbował mnie zatrzymać. Jego cisza była konsekwentna, niemal uczciwa. Zrozumiałam, że jego miłość naprawdę kończyła się na słowach. A może nawet one były tylko przyzwyczajeniem. Pierwsze dni bez niego były dziwnie puste. Brakowało mi nie jego, lecz oczekiwania. Tego ciągłego czuwania, czy się odezwie, czy znajdzie dla mnie chwilę. Gdy to zniknęło, zostało miejsce. Ciche, ale moje. W walentynki rok później nie dostałam kartki. Dostałam spokój. I świadomość, że jeśli ktoś kiedyś powie mi „kocham”, to będzie musiał umieć to unieść czynami. Inaczej słowa znów byłyby tylko cieniem.
Anna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam z mężem do sanatorium i to był błąd. Zamiast korzystać z życia, musiałam wysłuchiwać jego narzekań”
- „Chciałam z wnukami zrobić faworki, a one mają w nosie tradycje. Nawet w ferie wszystko jest ważniejsze niż czas z babcią”
- „Dzieci pojechały na zimowisko, ja do sanatorium, a mąż miał robić remont. Czułam, że wcale nie kładł gresu w łazience”

