Reklama

Kiedy wchodzi się w nowy związek po czyjejś stracie, łatwo uwierzyć, że wszystko, co było wcześniej, zostało już domknięte. Tak sobie to tłumaczyłam, patrząc na Pawła – spokojnego, uważnego, trochę zamkniętego, ale ciepłego w drobnych gestach. Chciałam być dla niego nowym początkiem, a nie przypisem do dawnej historii. Nie wiedziałam jeszcze, jak intensywnie przeszłość potrafi pachnieć.

To były nasze pierwsze walentynki

Odliczałam dni do walentynek z dziecinną niecierpliwością, choć wmawiałam sobie, że to przecież tylko data w kalendarzu. Pierwsze wspólne święto miało jednak wagę obietnicy. Dowodu na to, że jestem kimś więcej niż kobietą „po kimś”.

Paweł przyszedł punktualnie. Zdjął płaszcz, uśmiechnął się lekko i podał mi niewielkie pudełko przewiązane jasną wstążką.

Chciałem, żeby to było coś wyjątkowego – powiedział ciszej niż zwykle.

Papier zaszeleścił nerwowo, kiedy go rozrywałam. Flakon był prosty, elegancki, chłodny w dotyku. Kiedy uniosłam go do światła, poczułam, jak w gardle rośnie wzruszenie.

– Perfumy… Paweł, dziękuję – powiedziałam, a mój głos zabrzmiał miękko, jakby należał do kogoś bardziej pewnego siebie niż ja.

– Piżmowe pasują do ciebie – odparł szybko. – Zawsze myślałem, że taki zapach jest… właściwy.

Nie zastanowiło mnie wtedy to słowo. Właściwy. Byłam zajęta tym, że ktoś wreszcie chciał mnie obdarować czymś osobistym.

Psiknęłam odrobinę na nadgarstek. Zapach był intensywny, ale nie przytłaczający. Ciepły, elegancki. Paweł zamknął na moment oczy i uśmiechnął się tak, jakby przeniósł się gdzieś daleko.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, półżartem.

– Tak… po prostu… ładnie teraz pachniesz – odpowiedział, choć jego twarz zdradzała coś więcej niż zwykłą aprobatę.

Od tamtego dnia perfumy stały się częścią mojej codzienności. Używałam ich do pracy, na kolację, nawet wtedy, gdy zostawałam sama w domu. Paweł reagował na ten zapach zawsze tak samo – był bardziej czuły.

– Lubię, kiedy tak pachniesz – mówił, przytulając mnie mocniej.

Z początku odbierałam to jako komplement. Z czasem jednak zaczęłam się łapać na dziwnym uczuciu, jakbym zakładała nie tylko zapach, ale i czyjeś oczekiwania. Jakby te perfumy nie były zaproszeniem do bliskości, lecz kluczem do wspomnienia, którego nie znałam.

Pewnego wieczoru, stojąc w łazience z flakonem w dłoni, zawahałam się po raz pierwszy. Spojrzałam na swoje odbicie i pomyślałam, że Paweł patrzy na mnie inaczej, gdy pachnę tak, a inaczej, gdy pachnę czymś, co ja lubię. I to był moment, w którym radość po raz pierwszy ustąpiła miejsca niepokojowi.

Coraz więcej mnie niepokoiło

Zaczęłam dostrzegać rzeczy, które wcześniej umykały mi pod płaszczem ekscytacji. Paweł niby był obecny, ale jakby nie do końca ze mną. Czasem łapałam go na tym, że przygląda mi się uważniej, zwłaszcza gdy pachniałam perfumami od niego. Jego spojrzenie było wtedy miękkie, rozczulone, jakby szukał we mnie potwierdzenia czegoś, co już znał.

– Mogłabyś częściej upinać włosy – rzucił któregoś wieczoru, niby mimochodem.

– Dlaczego? – zapytałam, starając się, by zabrzmiało to lekko.

– Tak… lepiej widać twarz – odpowiedział po chwili, a ja nie byłam pewna, czy mówi prawdę, czy tylko jej fragment.

Zaczęłam analizować siebie drobiazg po drobiazgu. Sposób, w jaki się śmieję. To, że gestykuluję, gdy się denerwuję. To, że czasem mówię za dużo. Zastanawiałam się, czy nie powinnam być spokojniejsza, bardziej stonowana. Bardziej… dopasowana.

Paweł coraz częściej używał zdań bez podmiotu.

– Lubię, kiedy kolacje są proste.

– Dobrze, gdy w domu jest cisza.

– Ten zapach zawsze działa uspokajająco.

Nie mówił: „lubię w tobie”. Mówił: „lubię, gdy jest tak”. A ja, zamiast zapytać, co to znaczy, próbowałam się wpasować w te ramy, jakby były jedyną szansą na utrzymanie bliskości.

Najtrudniejsze były momenty ciszy. Siadaliśmy obok siebie na kanapie, a ja czułam, że dzieli nas coś więcej niż odległość kilku centymetrów. Jakby pomiędzy nami była jeszcze jedna osoba. Niewidzialna, ale obecna w każdym jego westchnieniu. Pewnego razu, gdy zapytałam o jego przeszłość, spojrzał na mnie uważnie, z wyraźnym zmęczeniem.

– To zamknięty rozdział, Lena – powiedział stanowczo. – Nie ma sensu do tego wracać.

Skinęłam głową, choć w środku coś we mnie zaprotestowało. Bo jeśli to był zamknięty rozdział, dlaczego czułam się jak bohaterka dopisana na marginesie?

Zaczęłam mieć wrażenie, że rywalizuję z kimś, kogo nigdy nie poznam. Z czyimś wspomnieniem, idealnym i niezmiennym. I że w tej rywalizacji nie mam żadnych szans, bo nie da się wygrać z przeszłością, która nie popełnia już błędów. Wieczorem, spryskując nadgarstek perfumami, poczułam nagle niechęć. Zapach unosił się w powietrzu, elegancki i obcy. I po raz pierwszy pomyślałam, że może nie ja jestem dla Pawła taka ważna, jak mi się wydawało.

O tym nie pomyślałam

Z Moniką, siostrą Pawła spotkałam się w małej kawiarni niedaleko jej pracy. Znała mnie już na wylot, a ja liczyłam, że przy niej poczuję się lepiej. Przez pierwsze minuty rozmawiałyśmy o rzeczach błahych, aż w końcu, zupełnie bez planu, zaczęłam opowiadać o walentynkach.

– I dał mi perfumy – dodałam, mieszając łyżeczką w herbacie. – Piękne, eleganckie. Inne niż używałam do tej pory.

Monika uniosła brwi.

Mogę powąchać? – zapytała.

Podałam jej nadgarstek. Pochyliła się, wciągnęła powietrze i znieruchomiała na ułamek sekundy. Zbyt krótko, żeby to było oczywiste, ale wystarczająco długo, żebym to zauważyła.

– Co? – zapytałam od razu.

– Nic… po prostu… to bardzo charakterystyczny zapach – odpowiedziała ostrożnie.

– Skąd go znasz? – nacisnęłam.

Zawahała się. Spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś tuż przed podjęciem nieodwracalnej decyzji.

Lena… tak pachniała żona Pawła. To był „jej zapach”.

Poczułam, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk w całym pomieszczeniu. Usta Moniki poruszały się dalej, ale ja słyszałam już tylko własne myśli.

– Jesteś pewna? – wyszeptałam.

– Niestety tak.

Wracałam do domu jak w transie. Każdy szczegół zaczął układać się w spójną, bolesną całość. Jego reakcje. Wzruszenie. Spokój, który pojawiał się tylko wtedy, gdy pachniałam „właściwie”.

W mieszkaniu zdjęłam płaszcz i od razu poszłam do łazienki. Flakon stał na półce, dokładnie tam, gdzie zawsze. Wzięłam go do ręki i powąchałam korek. Ten sam zapach. Już nie elegancki. Już nie romantyczny. Obcy. Zrozumiałam, że ten prezent nigdy nie był naprawdę dla mne. Był próbą cofnięcia czasu. Odtworzenia czegoś, co nie miało prawa wrócić. I po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że w tej relacji nie byłam wyborem. Byłam zastępstwem.

Przyznałam się, że wiem

Nie powiedziałam Pawłowi od razu. Nosiłam tę wiedzę w sobie przez kilka dni, jak ciężki przedmiot w kieszeni płaszcza, którego nie da się wyjąć bez zwracania na siebie uwagi. Chodziłam obok niego ostrożniej, ciszej. Przestałam używać perfum, tłumacząc to sobie brakiem nastroju. Paweł zauważył to szybciej, niż się spodziewałam.

– Nie pachniesz dziś perfumami ode mnie – powiedział pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole.

– Przeszkadza ci to? – zapytałam, podnosząc na niego wzrok.

– Nie… po prostu… – urwał i wzruszył ramionami. – Zauważyłem.

W tym jednym zdaniu było wszystko. Nie zapytał, dlaczego. Nie zapytał, jak się czuję. Zauważył brak zapachu, nie brak mojego uśmiechu.

Któregoś dnia, sprzątając łazienkę, postawiłam flakon perfum na środku półki, jakby celowo. Paweł wszedł, spojrzał i znieruchomiał. Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Wiem – powiedziałam cicho. – Tak pachniała twoja zmarła żona.

Nie zaprzeczył. To było najbardziej bolesne. Żadnego zdziwienia, żadnej próby obrony.

– Lena… ja nie chciałem… – zaczął, ale głos mu się załamał.

– Nie chciałeś czego? – przerwałam. – Żebym się dowiedziała?

Zapadła cisza gęsta od niewypowiedzianych lat. Paweł oparł się o umywalkę i spuścił wzrok.

Ten zapach… on mnie uspokajał – powiedział w końcu. – Przypominał mi, że potrafię jeszcze coś czuć.

Zabolało bardziej, niż gdyby powiedział, że przypomina mu ją.

– A ja? – zapytałam. – Kim ja byłam w tym wszystkim?

Nie odpowiedział. I w tej ciszy zrozumiałam, że perfumy były tylko symbolem. Chodziło o rolę, w którą mnie wpisał. O spokój, którego potrzebował. O znajomość, nie o odkrywanie mnie na nowo. Tej nocy położyłam flakon do szuflady. Nie wyrzuciłam go. Jeszcze nie. Ale wiedziałam, że przestałam grać w grę, której zasad nigdy mi nie wyjaśniono. Po raz pierwszy nie próbowałam być „właściwa”.

Paweł zauważył zmianę szybko. Stał się bardziej nerwowy, jakby stracił punkt odniesienia. Próbował wracać do dawnych gestów, ale ja nie potrafiłam już ich przyjmować bez goryczy. Wiedziałam, że nawet jeśli mnie kochał, to nie w całości. Zawsze obok mnie stał cień jego zmarłej żony. Czy tak będzie zawsze?

Lena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama