„W walentynki dostałam kwiaty, choć nie wiedziałam od kogo. Przecież zmarły mąż nie wysłał mi róż zza grobu”
„Ale nie przestawałam czuć, że ktoś obserwuje mnie z dystansu. Że ktoś zna mnie lepiej, niż powinien. Wyszłam z domu, próbując wrócić do codzienności, lecz każda mijana kwiaciarnia, każdy zapach kwiatów sprawiał, że ściskało mnie w żołądku. Wieczorem zadzwoniła do mnie dawna znajoma Romana. Rozmawiałyśmy rzadko, a jednak jej głos był dziwnie napięty”.

Dom bez Romana wydawał się inny. Było tam zbyt czysto, zbyt idealnie, jakby każdy dźwięk bał się odezwać bez jego zgody. Nauczyłam się tej ciszy i nawet ją oswoiłam, aż do dnia, w którym ktoś zapukał do drzwi z bukietem róż. Wydały mi się piękne, a jednocześnie trochę abstrakcyjne. Stałam z nimi w rękach, czując wdzięczność pomieszaną z niepokojem, bo wiedziałam jedno — nikt nie miał już powodu, by mi je wysyłać.
Postawiłam je na stole
Po śmierci Romana moje dni zaczęły wyglądać tak samo. Wstawałam wcześnie, choć nie musiałam. Parzyłam kawę w dwóch filiżankach, po czym jedną odstawiałam z powrotem do szafki, udając przed samą sobą, że to tylko roztargnienie. Sprzątałam mieszkanie dokładniej niż kiedykolwiek wcześniej, jakby porządek miał zająć miejsce po nim. Cisza była stała, przewidywalna, niemal wygodna. Przestałam się jej bać.
Tamtego dnia nie zapowiadało się nic wyjątkowego. Stałam przy oknie, obserwując ludzi na chodniku, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Krótki, zdecydowany. Otworzyłam bez pośpiechu.
— Kwiaty dla pani Alicji — powiedział młody chłopak, podając mi duży bukiet czerwonych róż.
— Musiała zajść pomyłka — odpowiedziałam automatycznie. — Nikogo się nie spodziewam.
— Sprawdziłem adres. Wszystko się zgadza. — Uśmiechnął się niepewnie. — Proszę podpisać.
Podpisałam, choć ręka lekko mi drżała. Zamknęłam drzwi i przez dłuższą chwilę stałam w przedpokoju, trzymając bukiet jak coś obcego. Róże pachniały intensywnie, zbyt intensywnie jak na to mieszkanie, w którym od miesięcy nie było żadnych zapachów poza kawą i detergentem do podłóg. Postawiłam je na stole. Były świeże, starannie dobrane. Bez bileciku. Bez jednego słowa wyjaśnienia.
— Roman? — powiedziałam półgłosem, zaraz sama się karcąc za tę myśl.
Nie, on nie mógł. A nawet gdyby mógł, nigdy nie wysyłał kwiatów bez okazji. Zawsze powtarzał, że gesty muszą mieć sens, inaczej są tylko pustą dekoracją. Usiadłam naprzeciwko bukietu. Czułam coś pomiędzy wzruszeniem a irytacją. Ktoś wszedł w moją ciszę bez zaproszenia. Ktoś uznał, że ma do tego prawo. Próbowałam odtworzyć w głowie listę osób, które jeszcze o mnie pamiętały. Rodzina była daleko, znajomi ostrożni, jakby bali się powiedzieć coś nieodpowiedniego.
Tego dnia nie wyrzuciłam róż. Przestawiałam je z miejsca na miejsce, aż w końcu zostały na stole, dokładnie tam, gdzie Roman zawsze odkładał klucze. Patrzyłam na nie do wieczora, czując, że to nie jest koniec tej historii, tylko jej początek — choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się mylę.
Ktoś zna mnie lepiej
Róże stały w wazonie również następnego dnia. Obudziłam się wcześniej niż zwykle i pierwsze, co zobaczyłam po wyjściu z sypialni, to ich ciemne główki pochylone w stronę okna. Wyglądały, jakby wiedziały coś, czego ja jeszcze nie rozumiałam. Zaparzyłam kawę i dopiero wtedy dotarło do mnie, że ktoś celowo wtargnął w moją żałobę. Nie z troski. Z potrzeby.
Zadzwoniłam do kwiaciarni. Głos kobiety po drugiej stronie był uprzejmy, niemal obojętny.
— Bukiet został zamówiony z wyprzedzeniem. Opłacony. Z wyraźną prośbą o brak bileciku — wyjaśniła.
– Czy osoba zamawiająca zostawiła nazwisko? — zapytałam, choć już wiedziałam, że odpowiedź mnie nie uspokoi.
— Niestety nie. Tylko numer telefonu, ale zgodnie z zasadami nie mogę go podać.
Podziękowałam i odłożyłam słuchawkę. Usiadłam przy stole, dokładnie naprzeciwko kwiatów. Nagle przestały być miłe. Stały się dowodem. Tylko jeszcze nie wiedziałam czego. Zaczęłam myśleć o Romanie inaczej niż dotąd. Przypomniały mi się jego częste wyjazdy, zawsze służbowe, zawsze zbyt nagłe. Wieczory, kiedy odbierał telefon w łazience. Jego nieobecność w drobnych momentach, które kiedyś uznawałam za normalne zmęczenie. Tłumaczyłam go. Zawsze go tłumaczyłam.
— Przesadzasz, Alicja — mówiłam do siebie głośno, żeby ten głos brzmiał pewniej.
Ale nie przestawałam czuć, że ktoś obserwuje mnie z dystansu. Że ktoś zna mnie lepiej, niż powinien. Wyszłam z domu, próbując wrócić do codzienności, lecz każda mijana kwiaciarnia, każdy zapach kwiatów sprawiał, że ściskało mnie w żołądku. Wieczorem zadzwoniła do mnie dawna znajoma Romana. Rozmawiałyśmy rzadko, a jednak jej głos był dziwnie napięty.
— Alicjo… muszę cię o coś zapytać. Czy ty dostałaś ostatnio kwiaty?
Zamilkłam. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że to nie był gest bez znaczenia. I że prawda, która do mnie zmierzała, nie zamierzała się już cofnąć.
Nie domyślałam się
Poprosiłam ją, żeby mówiła. Od razu, bez wstępów. Siedziałam przy stole, ściskając w dłoni ściereczkę, jakbym potrzebowała czegoś, co utrzyma mnie w jednym kawałku.
— Nie wiem, czy powinnam… — zaczęła. — Roman nie chciał, żeby to kiedykolwiek wyszło.
— Co dokładnie? — przerwałam jej. Mój głos był spokojniejszy, niż się spodziewałam.
Zapadła cisza, a potem usłyszałam ciężkie westchnienie.
— On miał jeszcze jedną rodzinę. Od lat. Kobietę… i syna.
Nie krzyknęłam. Nie zaprzeczyłam. Po prostu wpatrywałam się w róże, które nagle straciły kolor. Wszystko we mnie zastygło.
— Jak to… rodzinę? — zapytałam w końcu.
— Wiedziało tylko kilka osób. On bardzo pilnował, żeby te światy się nie zetknęły. Myślałam, że ty wiesz. Albo że się domyślasz.
Nie domyślałam się. Każde jego spóźnienie miało swoje usprawiedliwienie. Każdy wyjazd sens. Każda tajemnica była tylko drobnym pęknięciem, które zaklejałam zaufaniem. Po rozmowie usiadłam na podłodze w salonie. Wspomnienia zaczęły się przestawiać, jak źle opisane zdjęcia w albumie. Jego nieobecności nagle miały twarze. Jego zmęczenie — inne imię. Zrozumiałam, że kochałam człowieka, którego znałam tylko do połowy.
Późnym wieczorem przyszła wiadomość. Krótka. Bez emocji: „To ja wysłałem kwiaty. Nazywam się Jakub. Jestem synem Romana”. Patrzyłam na ekran, czując, jak świat, który znałam, właśnie zmienia swoje granice. I że przede mną stoi jeszcze ktoś, kogo obecność będzie wymagała ode mnie odwagi, na którą nie byłam gotowa.
Zacisnęłam palce na torebce
Odpisałam dopiero następnego dnia. Krótko, bez emocji, jakby chodziło o sprawę urzędową, a nie o życie, które właśnie rozsypało mi się na części. „Nie rozumiem, dlaczego do mnie napisałeś”.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałam. „Bo uważałem, że powinna pani wiedzieć. I… chciałem podziękować”.
To słowo uderzyło mnie najmocniej. Wdzięczność. Za co? Spotkaliśmy się w małej kawiarni na obrzeżach miasta. Wybrałam miejsce, gdzie nikt mnie nie znał. Jakub był wysoki, podobny do Romana w sposób, który trudno było zignorować — ten sam gest poprawiania mankietu, to samo skupienie w spojrzeniu. Poczułam ukłucie, jakby ktoś bez ostrzeżenia otworzył stare zdjęcie.
— Dziękuję, że pani przyszła — powiedział, wstając od stolika.
— Nadal nie wiem, dlaczego tu jestem — odpowiedziałam szczerze.
Usiadł. Przez chwilę obracał filiżankę w dłoniach, jakby zbierał myśli.
— Wiedziałem o pani od zawsze. Ojciec mówił o pani… z szacunkiem. Mówił, że pani jest jego spokojem.
Zacisnęłam palce na torebce. Spokój. To słowo, które przez lata uważałam za fundament naszego małżeństwa, nagle zabrzmiało jak wymówka.
— A ja nie wiedziałam o tobie — powiedziałam cicho.
— Właśnie dlatego wysłałem kwiaty. Nie jako przeprosiny. Raczej… znak, że ta historia się domyka. Dla mnie.
Opowiedział mi o Lidii. O życiu, które Roman prowadził równolegle, starannie oddzielone, jakby należało do innego człowieka. Jakub mówił spokojnie, bez żalu. Ja słuchałam, czując, że każda jego spokojna fraza odbiera mi coś, co uważałam za własne. Kiedy wychodziliśmy, nie było między nami wrogości. Była tylko niezręczność i świadomość, że łączy nas ktoś, kogo oboje znaliśmy inaczej.
— Nie chciałem pani zranić — powiedział na pożegnanie.
Skinęłam głową. Prawda rzadko pyta o pozwolenie.
Byłam prawdą tylko do połowy
Po spotkaniu z Jakubem długo krążyłam po mieście. Nie potrafiłam wrócić od razu do domu, jakby ściany mogły zadać mi pytania, na które nie miałam odpowiedzi. Każda mijana para, każdy starszy mężczyzna niosący zakupy przypominał mi Romana — ale już nie tego, którego opłakiwałam. Raczej kogoś obcego, kto przez lata siedział naprzeciwko mnie przy stole. W domu zdjęłam płaszcz i usiadłam na kanapie. Spojrzałam na półkę ze zdjęciami. My na wakacjach, my w kuchni, my na czyimś weselu. Zawsze razem, zawsze „na serio”. A jednak teraz każde z tych ujęć wydawało się wycięte z większej całości, której nigdy nie widziałam.
— Kim ja byłam? — zapytałam na głos, choć wiedziałam, że nikt nie odpowie.
Przypomniałam sobie sytuacje, które kiedyś wydawały się nieistotne. Jego nagłe milczenie, gdy pytałam o przyszłość. Ostrożność w planowaniu. To, że nigdy nie chciał przeprowadzić się dalej, zmienić pracy, zrobić czegokolwiek, co wymagałoby pełnego zaangażowania. Myślałam, że to rozsądek. Teraz widziałam w tym podział. Wieczorem wyjęłam z szuflady jego notatnik. Ten sam, który zawsze zabierał ze sobą. Kartki były zapisane drobnym pismem, listy spraw, numery telefonów. Dwa kalendarze. Dwie rzeczywistości. A pomiędzy nimi ja — żona, która wierzyła, że jest całością.
Poczułam gniew. Nie gwałtowny, ale ciężki, lepki. Gniew na niego i na siebie. Na swoją ufność, na to, że nie chciałam widzieć. Jednocześnie brakowało mi go tak samo jak wcześniej. Ta sprzeczność bolała najbardziej. Zrozumiałam, że nie byłam ani pomyłką, ani dodatkiem. Byłam prawdą tylko do połowy. A może to on był połową w każdym z naszych światów.
Usiadłam przy stole, tam, gdzie wciąż stał wazon z różami. Już wiedziałam, że nie są symbolem miłości ani zdrady. Były znakiem końca — dla kogoś innego. Dla mnie dopiero początkiem żałoby, która musiała zacząć się od nowa.
Jasność bywa bezlitosna
Zrozumiałam, że moja żałoba była niepełna. Opłakiwałam męża, którego obraz sama sobie dopowiadałam, wygładzałam i zamykałam w bezpiecznych ramach. Teraz musiałam pożegnać także tę wersję przeszłości, która dawała mi poczucie sensu. To bolało bardziej niż sama strata Romana. Nie zadzwoniłam już do Jakuba. Nie dlatego, że miałam mu coś za złe. Po prostu każde kolejne słowo dokładałoby nowy szczegół do układanki, której nie chciałam już składać. Wiedziałam wystarczająco dużo, by zrozumieć, że prawda nie przynosi ulgi — tylko jasność. A jasność bywa bezlitosna.
Wyrzuciłam róże dopiero po kilku dniach. Nie w gniewie. Spokojnie, jak wyrzuca się coś, co spełniło swoją rolę. Zostawiły po sobie zapach, który jeszcze przez chwilę unosił się w mieszkaniu, a potem zniknął. Tak samo jak pewność, że znałam własne życie. Dziś uczę się myśleć o sobie inaczej. Nie jako o oszukanej kobiecie, ale jako o kimś, kto kochał naprawdę — nawet jeśli obiekt tej miłości był niepełny. To nie odbiera wartości moim uczuciom. Odbiera jedynie złudzenia.
Alicja, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Moje małżeństwo dogasało jak ognisko na mrozie, a ja nie miałam zamiaru marznąć. Igor skutecznie ogrzał moje serce”
- „Miałam dość kazań, spakowałam walizki i uciekłam z domu. Powinnam dziękować Bogu za to, co stało się potem”
- „Choć byłam szarą myszką, to na studniówkę zrobiłam się na milion dolarów. Skończyło się wstydem i łzami”

