„W walentynki dostałam bukiet czerwonych róż od byłego. Ucieszyłam się, a później poznałam jego prawdziwe intencje”
„Ułożyłam róże w wazonie i usiadłam naprzeciwko nich, jakby miały mi coś wyjaśnić. Przez chwilę było mi nawet miło. Ktoś o mnie pomyślał. Ktoś uznał, że nadal zasługuję na gest, na uwagę, na pamięć. A potem wróciły obrazy, których tak długo próbowałam się pozbyć”.

- Redakcja
Walentynki zawsze omijałam szerokim łukiem, odkąd nauczyłam się, że czerwone serca potrafią kłamać równie skutecznie jak ludzie. Tego dnia chciałam wrócić szybko do domu, zaparzyć herbatę i przeczekać wieczór w ciszy. Nie spodziewałam się, że pod drzwiami będzie na mnie czekał bukiet róż, który w jednej chwili cofnie mnie do życia, z którego tak bardzo próbowałam się wyrwać.
Róże zrobiły swoje
Zobaczyłam je od razu. Czerwone, świeże, ułożone z przesadną starannością, jakby ktoś bardzo chciał zrobić wrażenie. Przez chwilę stałam na klatce schodowej, nie mogąc się ruszyć, z kluczami zaciśniętymi w dłoni. Serce zaczęło bić szybciej, choć rozsądek krzyczał, żebym nie wyciągała żadnych wniosków.
Podniosłam bukiet. Był ciężki, pachniał intensywnie, niemal nachalnie. Do łodyg przywiązana była mała kartka. Bez podpisu. Jedno zdanie, zapisane znajomym, pochyłym pismem. Wystarczyło jedno spojrzenie, żebym wiedziała, od kogo są te kwiaty. Paweł zawsze pisał w ten sposób, jakby każde słowo było lekkim usprawiedliwieniem.
W mieszkaniu postawiłam róże na stole i usiadłam naprzeciwko nich, jakby miały mi coś wyjaśnić. Przez chwilę było mi nawet miło. Ktoś o mnie pomyślał. Ktoś uznał, że nadal zasługuję na gest, na uwagę, na pamięć. A potem wróciły obrazy, których tak długo próbowałam się pozbyć.
Ostatnia rozmowa. Jego milczenie, moje pytania bez odpowiedzi. Drzwi zamykające się zbyt cicho jak na coś, co bolało tak bardzo. Przypomniałam sobie, jak obiecywałam sobie, że więcej nie dam się wciągnąć w jego chaos, w te nagłe zwroty akcji, w obietnice bez pokrycia. Że następnym razem wybiorę spokój, nawet jeśli będzie oznaczał samotność.
A jednak siedziałam teraz w kuchni i wpatrywałam się w róże, czując, jak gdzieś głęboko we mnie odzywa się stara tęsknota. Dumna część mnie chciała je wyrzucić. Ta słabsza zastanawiała się, czy Paweł wreszcie coś zrozumiał.
Zadzwoniłam do Leny. Nie cytowała mi mądrych sentencji, nie mówiła, co powinnam zrobić. Słuchała, kiedy mówiłam za szybko, myląc fakty z uczuciami. Ostrożnie przypominała mi, ile kosztowało mnie poprzednie podnoszenie się z podłogi. A ja i tak, odkładając telefon, czułam, że te róże już zrobiły swoje.
Nie były tylko kwiatami. Były pytaniem, na które bałam się odpowiedzieć, i nadzieją, której wcale nie chciałam, a jednak pozwoliłam jej zostać.
Zgodziłam się na spotkanie
Nie minęły nawet dwie godziny, gdy telefon zawibrował. Leżał obok mnie na kanapie, jakby specjalnie czekał na ten moment. Spojrzałam na ekran i przez sekundę miałam ochotę go odwrócić, udawać, że nic się nie stało. Imię Pawła świeciło zbyt jasno.
– Cześć… wiem, że to niespodziewane – napisał. – Mam nadzieję, że kwiaty dotarły.
Palce zawisły nad klawiaturą. Tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę, a teraz w głowie miałam pustkę. Odpisałam dopiero po kilku minutach.
– Dotarły. Dzięki.
Krótko. Bez emocji. Przynajmniej w teorii. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
– Chciałem się odezwać już wcześniej. Dużo myślałem. O nas.
To „nas” ukłuło mnie bardziej, niż się spodziewałam. Przez moment pozwoliłam sobie uwierzyć, że może naprawdę coś zrozumiał. Że cisza nie była obojętnością, tylko dojrzewaniem do rozmowy.
– Minęło sporo czasu – odpisałam. – Nie wiem, czy jeszcze jest o czym rozmawiać.
– Jest. Przynajmniej dla mnie – odpowiedział. – Wiem, że zawaliłem. Nie umiałem wtedy inaczej.
Zatrzymałam się na tym zdaniu. Zawsze „wtedy”. Zawsze jakieś okoliczności, które miały go usprawiedliwić. A jednak czułam, jak we mnie coś mięknie.
– A teraz umiesz? – zapytałam wprost.
Przerwa była dłuższa. Zbyt długa jak na kogoś, kto wie, czego chce. Kiedy w końcu odpisał, jego słowa były ostrożne, jakby stąpał po cienkim lodzie.
– Staram się. Nie mówię, że wszystko jest proste. Ale wiem, że nie chcę już uciekać.
Złapałam się na tym, że uśmiecham się do ekranu. Zaraz potem poczułam wstyd. Jak mogłam tak szybko zapomnieć, ile razy już słyszałam podobne zdania?
– Co się zmieniło, Paweł? – napisałam. – Bo dla mnie to ważne.
– Ja się zmieniłem – odpisał. – I wiele rzeczy mi się posypało. Zrozumiałem, co straciłem.
To zdanie zabrzmiało jak wyznanie, ale też jak coś wyuczonego. Nie napisał wprost, co się posypało. Nie wspomniał o Idze, choć wiedziałam, że była częścią jego życia po mnie. Ta luka zaczęła mnie niepokoić.
– Może powinniśmy porozmawiać na żywo – dodał po chwili. – Bez niedomówień.
Patrzyłam na tę propozycję długo. Serce mówiło jedno, rozsądek drugie. W końcu odpisałam, czując, że robię to bardziej dla siebie niż dla niego.
– Dobrze. Spotkajmy się. Ale bez obietnic.
– Wystarczy mi rozmowa – odpowiedział. – Dziękuję, że dajesz mi szansę.
Odłożyłam telefon i poczułam, jak euforia miesza się z niepokojem. Zgodziłam się, choć gdzieś w środku wiedziałam, że to spotkanie może być bardziej pożegnaniem niż nowym początkiem.
Zrobiło mi się go żal
Wybrałam miejsce, które nie miało dla nas historii. Mała kawiarnia przy bocznej ulicy, neutralna, bez wspomnień. Przyszłam kilka minut wcześniej, żeby zdążyć opanować oddech. Kiedy weszłam do środka, od razu go zobaczyłam. Siedział przy stoliku pod ścianą, lekko pochylony, z dłonią nerwowo bawiącą się łyżeczką.
– Cześć – powiedział, wstając zbyt szybko, jakby bał się, że się rozmyślę.
– Cześć – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Paweł wyglądał znajomo, a jednocześnie obco. Uśmiechnął się, ale w jego oczach było coś niespokojnego.
– Dobrze cię widzieć – rzucił w końcu. – Naprawdę.
– Minęło sporo czasu – powiedziałam, bardziej jak stwierdzenie niż zaproszenie do rozmowy.
– Wiem. I… przepraszam. Za wszystko. – Oparł łokcie na stole. – Nie potrafiłem wtedy być taki, jakiego potrzebowałaś.
Skinęłam głową. Czekałam na coś więcej, na konkret. Zamiast tego zaczął mówić szybciej, jakby bał się, że go przerwę.
– Ostatnie miesiące były trudne. Dużo się działo. Praca, decyzje, chaos. Chyba dopiero teraz wszystko do mnie dotarło.
– Co dokładnie? – zapytałam spokojnie.
Zawahał się. Spojrzał w bok, potem znowu na mnie.
– Że pogubiłem się w życiu. Że brałem rzeczy za pewnik.
Znów ani słowa o mnie. Ani o tym, co konkretnie zrobił źle. Słuchałam, a w środku rosło dziwne uczucie. Mieszanina satysfakcji, że mnie szukał, i rozczarowania, że nadal myśli tylko o sobie.
– A ja? – zapytałam wprost. – Gdzie ja w tym wszystkim jestem?
– Ty… – urwał, jakby dopiero teraz sobie o mnie przypomniał. – Zawsze byłaś ważna. Wiesz o tym.
– Słyszę, co mówisz – odpowiedziałam cicho. – Ale pamiętam też, jak łatwo było ci odejść.
Paweł spuścił wzrok.
– Bałem się odpowiedzialności – powiedział po chwili. – Bałem się, że nie dam rady.
Przez moment zrobiło mi się go żal. Ten stary odruch odezwał się we mnie natychmiast. A zaraz potem przyszła złość na samą siebie.
– Spotkaliśmy się, bo chciałam zrozumieć – powiedziałam. – Nie po to, żeby znów wchodzić w coś niejasnego.
– Nie chcę cię ranić – zapewnił szybko. – Chcę spróbować… powoli.
To „powoli” zabrzmiało jak zabezpieczenie. Jak furtka na wypadek, gdyby znów chciał się wycofać. Wyszłam z kawiarni z uczuciem, że dostałam dokładnie tyle, ile się spodziewałam, tylko że wciąż udawałam przed sobą, że to może wystarczyć.
W końcu go przejrzałam
Nie stało się to od razu. Iluzje nie pękają z hukiem, raczej kruszą się powoli, niemal niezauważalnie. Najpierw w jego wiadomościach pojawiły się przerwy. Potem zdania, które brzmiały tak, jakby pisał je w biegu, między jednym życiem a drugim.
– Jestem zmęczony, odezwę się jutro – napisał któregoś wieczoru.
„Jutro” przyszło dwa dni później. Zaczęłam liczyć takie drobiazgi, choć obiecywałam sobie, że tego nie zrobię. Spotkaliśmy się jeszcze raz, bardziej przypadkiem. Szliśmy obok siebie, ale miałam wrażenie, że jego myśli krążą gdzieś daleko.
– Coś jest nie tak – powiedziałam w końcu. – Czuję, jakbyś był tu tylko połową siebie.
– Przesadzasz – odpowiedział szybko. – Po prostu mam teraz dużo na głowie.
– To samego mówiłeś, kiedy odchodziłeś – przypomniałam mu.
Zatrzymał się. Westchnął ciężko, jakby zbierał się na coś, co i tak nie chciało przejść mu przez gardło.
– Iga się wyprowadziła – rzucił nagle. – To wszystko się posypało.
To imię zawisło między nami jak coś, czego nie da się już cofnąć. Poczułam, jak w środku robi mi się zimno.
– Kiedy? – zapytałam.
– Niedawno. Nie było sensu tego ciągnąć.
– A kwiaty? – spytałam cicho. – Też były „niedawno”.
Spojrzał na mnie z mieszaniną winy i ulgi, jakby wreszcie przestał udawać.
– Byłem zagubiony – powiedział. – Potrzebowałem kogoś, kto mnie zna. Potrzebowałem ciebie.
Te słowa zabolały bardziej niż przyznanie się do strachu przed samotnością. Zrozumiałam nagle, że nie wrócił, bo tęsknił. Wrócił, bo nie chciał zostać sam.
– Czyli byłam planem awaryjnym – stwierdziłam.
– Nie mów tak – zaprotestował. – Nie planowałem tego.
– Ale tak ci było wygodnie – dodałam.
Patrzył na mnie, ale nie zaprzeczył. W tej ciszy zobaczyłam całą prawdę. Bukiet róż nie był wyznaniem. Był ostatnią deską ratunku.
– Myślałam, że wracasz z miłości – powiedziałam. – A ty wróciłeś ze strachu przed samotnością.
– Nie chciałem cię skrzywdzić – wyszeptał.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale zrobiłeś to.
Odwróciłam się, zanim zdążył coś dodać. Iluzja runęła, zostawiając po sobie nie krzyk, a ciszę. I to ona bolała najbardziej.
Wybrałam siebie
Zrozumienie przyszło nagle, brutalnie jasno. Nie w formie olśnienia, raczej jak zimna woda wylana prosto na twarz. Stałam sama na chodniku, a bukiet róż, który jeszcze kilka dni wcześniej wydawał mi się obietnicą, nagle stał się ciężarem. Paweł próbował się jeszcze odezwać.
– Nie chciałem, żeby to tak wyszło – powiedział przez telefon. – Może przesadziłem. Może potrzebujemy czasu.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie. – Ty potrzebujesz czasu. Ja potrzebuję spokoju.
– Natalia, nie możesz mnie tak po prostu skreślić.
– Mogę – przerwałam mu. – Bo ja nie skreślam ciebie. Ja wreszcie wybieram siebie.
Zamilkł. Po raz pierwszy nie miał gotowej odpowiedzi, a ja po raz pierwszy nie czekałam, aż ją znajdzie. Rozłączyłam się i poczułam coś, czego nie czułam od dawna – pustkę, ale bez napięcia, bez nadziei, która bolała bardziej niż rozczarowanie.
Wieczorem wyrzuciłam róże. Nie teatralnie, bez łez. Jedna po drugiej wylądowały w koszu, jak dowody w sprawie, którą właśnie zamknęłam. Zrozumiałam, że bycie czyimś schronieniem w czasie burzy nie jest zaszczytem, jeśli po burzy zostajesz sama w ruinach.
Nie było triumfu. Była zgoda. Na to, że nie każdy powrót oznacza miłość, a nie każdy gest jest dowodem zmiany. Zostałam sama, ale po raz pierwszy ta samotność nie brzmiała jak kara. Raczej jak początek czegoś, co nie będzie już zależne od cudzych kryzysów i niespełnionych obietnic. Bez róż, bez Pawła i bez złudzeń.
Natalia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”
- „Cieszyłam się na rodzinne ferie w górach z mężem. 1 SMS w jego telefonie zepsuł mi wyjazd i obrzydził małżeństwo”
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”

