„W walentynki czekałam na pierścionek, a ukochany dał mi tulipany z dyskontu. To wystarczyło, żebym spakowała walizki”
„W drodze do domu niosłam bukiet, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo pasuje do wszystkiego, co zawsze dostawałam. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Było miłe i wystarczające dla kogoś, kto nie chce ryzykować. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że być może problem wcale nie tkwi w kwiatach”.

- Redakcja
Zawsze mówiłam, że nie potrzebuję wielkich gestów. Wystarczy mi spokój, poczucie, że jestem czyimś wyborem. A jednak im dłużej byliśmy razem, tym częściej łapałam się na cichym liczeniu dni i wypatrywaniu znaków. Kilka lat wspólnego życia nauczyło mnie cierpliwości, ale też tego, jak bardzo można przyzwyczaić się do czekania. Walentynki miały być tylko kolejnym dniem, a stały się sprawdzianem wszystkiego, co zamiatałam pod dywan.
Liczyłam na niespodziankę
Od rana chodziłam po mieszkaniu jak po obcym miejscu. Te same ściany, te same kubki w szafce, a ja co chwilę sprawdzałam telefon, jakby miał mi coś podpowiedzieć. Paweł wyszedł wcześniej do pracy, rzucił tylko krótkie „pa” i uśmiechnął się w drzwiach. Zwykły uśmiech, nic w nim nie było, a ja i tak próbowałam się go uczepić.
Wybrałam sukienkę, którą lubił. Tę granatową, prostą, niby codzienną, ale jednak wyjątkową. W głowie słyszałam własny głos: nie przesadzaj, to tylko kolacja. A zaraz potem drugi, cichszy: a jeśli to dziś? Kilka tygodni wcześniej zapytałam go niby mimochodem, co sądzi o zaręczynach.
– To poważna sprawa – odpowiedział wtedy, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Wiem – rzuciłam za szybko. – Tak pytam.
Nie dopytałam. Jak zwykle. Teraz każda jego wiadomość z pracy wydawała mi się znacząca. „Będę trochę później”. „Zarezerwowałem stolik”. Serce podskakiwało mi do gardła, po czym opadało, zawstydzone własną naiwnością. Przecież nie mówił nic wprost. To ja dopisywałam resztę.
W lustrze widziałam kobietę po trzydziestce, która niby wszystko ma poukładane, a jednak stoi na granicy czegoś, czego nie umie nazwać. Przypomniał mi się tata. On zawsze był gdzieś obok, nigdy naprawdę blisko. Kiedy przynosiłam dobre oceny, kiwał głową. Kiedy było mi źle, mówił, że przesadzam. Nauczyłam się wtedy, że na uwagę trzeba zasłużyć. Że cierpliwość to zaleta.
– Nie nakręcaj się – powiedziałam sama do siebie, zapinając kolczyki. – Cokolwiek będzie, poradzisz sobie.
Tylko że w środku wszystko już było napięte jak struna. Nie chodziło o pierścionek. Przynajmniej tak sobie powtarzałam. Chodziło o znak, że ktoś wreszcie powie: jestem pewien. Bez „jeszcze”, bez „kiedyś”. Kiedy usłyszałam przekręcany klucz w drzwiach, poczułam, jakby od tego dźwięku zależało za dużo. Zdecydowanie za dużo jak na zwykły wieczór.
Liczyłam na coś więcej
Paweł wszedł do mieszkania z tym swoim spokojem, który kiedyś mnie uspokajał, a tego wieczoru tylko potęgował napięcie. Miał na sobie płaszcz, którego nie znosiłam, i lekki uśmiech, jakby wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być. Przez chwilę stał w przedpokoju, a ja udawałam, że poprawiam torebkę, żeby nie patrzeć mu w ręce.
– Zamkniesz oczy? – zapytał nagle.
Serce uderzyło mi za mocno. Posłuchałam. W sekundzie przeszło mi przez głowę tysiąc obrazów, wszystkie zbyt wyraźne jak na rozsądek.
– Już – powiedział.
Otworzyłam oczy. Bukiet tulipanów. Jeszcze w folii, z marketu.
– Pomyślałem, że się ucieszysz – dodał szybko, jakby bał się ciszy.
Ucieszyłam się, naprawdę. A jednocześnie poczułam żal, choć na zewnątrz tylko się uśmiechnęłam.
– Są piękne – odpowiedziałam i wzięłam je do ręki. Były chłodne, prawdziwe. Zbyt prawdziwe jak na wszystkie moje wyobrażenia.
Paweł wyraźnie odetchnął. Jakby coś zostało właśnie załatwione. Jakby odhaczył zadanie z listy. Zauważyłam to i poczułam ukłucie wstydu, że w ogóle liczyłam na coś więcej.
– Gotowa? – zapytał po chwili. – Stolik nie będzie na nas czekał.
W restauracji mówił dużo. O pracy, o jakimś koledze, o planach na wiosnę, które znów brzmiały jak „zobaczymy”. Słuchałam, kiwałam głową, a tulipany stały obok naszego stolika w wazonie, jak cichy świadek mojej nadziei.
Kilka razy wydawało mi się, że Paweł chce coś powiedzieć. Poprawiał się na krześle, zawieszał głos, po czym zmieniał temat. Za każdym razem serce podchodziło mi do gardła i za każdym razem wracało na miejsce, cięższe. Kiedy kelner zapytał, czy świętujemy coś szczególnego, Paweł spojrzał na mnie pytająco.
– Walentynki – odpowiedziałam szybko.
Uśmiechnął się z ulgą. W drodze do domu niosłam bukiet, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo pasuje do wszystkiego, co zawsze dostawałam. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Było miłe i wystarczające dla kogoś, kto nie chce ryzykować. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może problem nie jest w kwiatach.
Byłam rozczarowana
W domu było zbyt cicho. Postawiłam tulipany w wazonie, nalałam im wody. Paweł poszedł do łazienki, potem usiadł na kanapie i włączył coś w tle. Normalność, którą tak długo budowaliśmy, nagle zaczęła mnie uwierać. Wzięłam telefon i napisałam do Karoliny. Jedno zdanie, bez wyjaśnień.
– Mogę zadzwonić?
Oddzwoniła niemal od razu.
– I jak? – zapytała, zanim zdążyłam się odezwać.
– Dostałam tulipany – powiedziałam i sama usłyszałam, jak płasko to brzmi.
– Kwiaty są ładne – odparła ostrożnie. – Ale to chyba nie o to chodzi, prawda?
Usiadłam na brzegu łóżka.
– Chyba liczyłam na coś, czego nie było – przyznałam. – I czuję się głupio, że w ogóle miałam nadzieję.
Karolina westchnęła.
– A może on się boi? Paweł zawsze wszystko rozkłada na etapy. Może potrzebuje jeszcze czasu.
Czas. To słowo wracało jak refren. Tyle że ja coraz częściej czułam, że żyję między jednym „kiedyś” a drugim.
– A jeśli to nie strach? – zapytałam ciszej. – Jeśli to po prostu brak pewności?
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
– Lidia… – zaczęła. – On z tobą jest. To coś znaczy.
Rozłączyłyśmy się, a ja długo patrzyłam w ekran telefonu. Próbowałam przyjąć jej punkt widzenia, wcisnąć się w wersję, w której to wszystko ma sens. Ale spod spodu wypływały inne wspomnienia. Sytuacje, w których byłam „prawie”. Prawie wystarczająca, prawie pewna. Przypomniał mi się tata, stojący w drzwiach mojego pokoju, kiedy jako nastolatka mówiłam, że coś mnie boli.
– Przejdzie – odpowiadał. – Nie dramatyzuj.
Nauczyłam się wtedy nie pytać wprost. Czytać między wierszami. Zadowalać się tym, co jest, bo przecież mogło być gorzej. Spojrzałam na Pawła. Siedział skupiony na ekranie, jakby ten wieczór był już zamkniętym rozdziałem. Pomyślałam, że jeśli teraz nic nie powiem, jutro obudzę się z tym samym uczuciem. A potem z kolejnym, i jeszcze jednym. I znów będę rozczarowana.
Nie chciałam wiecznie czekać
– Paweł… – zaczęłam, choć głos uwiązł mi w gardle.
Spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewał się niczego więcej po tym dniu.
– Coś się stało?
Usiadłam naprzeciwko niego. Przez moment patrzyliśmy na siebie w milczeniu, a ja szukałam słów, które nie zabrzmią jak wyrzut. Jak zawsze.
– Chciałabym wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza – powiedziałam w końcu. – My. Nie dziś, nie jutro. W ogóle.
Zmarszczył brwi.
– Przecież jest dobrze – odparł. – Po co to komplikować?
To jedno zdanie zabolało bardziej, niż się spodziewałam.
– Dla ciebie może tak – odpowiedziałam spokojnie. – Dla mnie to „dobrze” jest niewystarczające.
Paweł potarł dłonie o kolana. Znałam ten gest. Pojawiał się zawsze, gdy rozmowa wchodziła na niewygodny teren.
– Nie chcę niczego obiecywać, czego nie będę pewien – powiedział po chwili. – To chyba uczciwe.
– A ja nie chcę żyć w ciągłym zawieszeniu – odparłam, czując, jak coś we mnie twardnieje. – Potrzebuję wiedzieć, czy jesteś pewien mnie.
Uniósł wzrok. Był w nim niepokój, ale nie było decyzji.
– Myślałem o tym – przyznał cicho. – Nawet dziś.
Serce mi przyspieszyło.
– I? – zapytałam.
Zawahał się. Zbyt długo.
– Nie byłem gotowy – powiedział w końcu. – To wszystko.
Te słowa zapadły we mnie głęboko, jakby ktoś potwierdził myśl, której bałam się najbardziej.
– Miałeś przy sobie… coś więcej? – zapytałam, choć wiedziałam, że odpowiedź zmieni za dużo.
Pokiwał głową.
– Tak. Ale spanikowałem.
Nie krzyczałam ani nie płakałam. Poczułam tylko dziwną jasność. Jakby nagle wszystko się ułożyło w jeden obraz.
– Czyli to nie kwestia czasu – powiedziałam powoli. – Tylko pewności.
Nie zaprzeczył. Wstałam i podeszłam do stołu, gdzie stały tulipany. Odwróciłam się do niego.
– Ja nie chcę być decyzją odkładaną na potem – powiedziałam. – Zwłaszcza jeśli to „potem” nigdy nie nadejdzie.
Paweł milczał, a to milczenie było odpowiedzią.
W końcu przestałam czekać
Nie wyszłam od razu. Usiadłam jeszcze na chwilę, jakby ciało potrzebowało czasu, żeby dogonić myśli. Paweł patrzył na mnie niepewnie, jakby czekał, że zaraz wszystko odkręcę, aż powiem, że przesadziłam. Przez lata często tak było. Tym razem jednak w środku panowała cisza. Bolesna, ale klarowna.
– Nie robię tego pod wpływem emocji – zaczęłam. – Zwlekałam zbyt długo.
– Lidia, możemy to jeszcze przemyśleć – powiedział szybko. – Przecież nic się nie stało.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Właśnie stało się bardzo dużo, tylko nie dzisiaj. To się działo od dawna.
Wstałam i zaczęłam zbierać rzeczy z półki w przedpokoju. Klucze, szalik, torba. Proste gesty, a jednak ręce lekko mi drżały.
– Nie chcę kolejnych rozmów, po których wszystko wróci do normy – mówiłam dalej. – Nie chcę następnych miesięcy z nadzieją, którą będę musiała sama w sobie podtrzymywać.
Paweł podszedł bliżej.
– Bałem się – powtórzył. – To nie znaczy, że cię nie kocham.
Spojrzałam na niego. Na człowieka, z którym dzieliłam codzienność, a którego decyzji nie mogłam się doczekać.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale ja już nie chcę tak żyć.
Sięgnęłam po płaszcz
Przez moment miałam wrażenie, że cofnięcie się o krok byłoby łatwiejsze niż wyjście za drzwi. Przypomniałam sobie jednak wszystkie chwile, gdy zostawałam, bo „jeszcze nie teraz”.
– Muszę wybrać siebie – powiedziałam cicho.
Nie zatrzymał mnie. Może nie umiał, a może wiedział, że tym razem to naprawdę koniec.
Wyszłam, zamykając za sobą drzwi bez trzasku. Na klatce schodowej oparłam się o ścianę i wzięłam głęboki oddech. Bolało. Ale po raz pierwszy od dawna czułam pewność.
Zabrałam tulipany ze sobą. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że były jedyną rzeczą, którą tego wieczoru dostałam. Postawiłam je w swoim starym pokoju, tym u taty, gdzie wróciłam na kilka dni. Spojrzał na bukiet, potem na mnie, i nic nie powiedział. Jak zawsze. A jednak tym razem jego milczenie nie bolało tak jak kiedyś.
Każdego ranka patrzyłam, jak kwiaty powoli tracą sprężystość. Najpierw jeden płatek, potem drugi. Przestałam je podlewać z taką troską jak na początku. Zrozumiałam, że robiłam dokładnie to samo z tym związkiem – podtrzymywałam coś, co nie mogło już rosnąć.
Były momenty, gdy brakowało mi Pawła. Jego spokoju, przewidywalności, wspólnych poranków. Ale obok tego pojawiała się ulga. Że nie muszę już zgadywać. Że nikt nie odkłada mnie na później.
Karolina powiedziała mi kiedyś, że decyzje rzadko przychodzą z pewnością. Częściej z wyczerpaniem. Dopiero teraz zrozumiałam, co miała na myśli. Nie wiem, czy zrobiłam wszystko idealnie. Wiem tylko, że przestałam czekać.
Tulipany zwiędły całkiem po tygodniu. Wyrzucając je, poczułam ukłucie żalu, ale też spokój. Czasem nie brak miłości kończy relacje. Czasem wystarczy brak decyzji.
Lidia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Cieszyłam się na rodzinne ferie w górach z mężem. 1 SMS w jego telefonie zepsuł mi wyjazd i obrzydził małżeństwo”
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”

