„W walentynki chciałem uklęknąć przy świecach, a zostałem sam w chłodnym mieszkaniu. Zamiast amorów był zimny prysznic”
„Przypominałem sobie nasze pierwsze miesiące, rozmowy do późna, plany bez konkretów. Odsuwałem myśl, że od dawna nie snujemy ich razem. Walentynkowy wieczór miał być odpowiedzią na wszystkie wątpliwości. Wystarczyło, żeby poszło zgodnie z planem”.

Te walentynki miały być dla mnie granicą, po której wszystko wreszcie się uspokoi. Całymi miesiącami mówiłem sobie, że napięcie między nami to tylko zmęczenie i codzienność, która chwilowo przygniata. Tego wieczoru chciałem udowodnić Karinie, że potrafię dać jej bezpieczeństwo i przyszłość. Nie zauważyłem, jak bardzo rozmijaliśmy się w tym, czym dla nas była miłość.
Planowałem idealny wieczór
Od rana chodziłem po mieszkaniu z poczuciem, że każdy drobiazg ma dziś znaczenie. Przestawiłem stół bliżej okna, choć i tak za nim była tylko ciemność, poprawiałem obrus, który uparcie układał się krzywo. W kieszeni marynarki czułem niewielkie pudełko, cięższe, niż powinno. Ten ciężar nakręcał mnie bardziej niż kawa wypita w pośpiechu.
Walczyłem z myślą, że to tylko jeden wieczór. Wmawiałem sobie, że właśnie takie chwile zmieniają wszystko. Przecież od miesięcy powtarzałem, że stabilizacja to dowód miłości. Wspólne rachunki, plany na przyszłość, klucze do tego samego mieszkania. To miało wystarczyć.
Karina miała wrócić później. Napisała krótką wiadomość, że utknęła w pracy. Odpisałem, że nie ma pośpiechu, choć zerkałem na zegarek częściej, niż chciałem się przyznać. Każda minuta przeciągała się w coś gęstego i niepokojącego. Zauważyłem, że już od dawna nie dopytuję, co u niej słychać. Czekałem, aż sama zacznie mówić.
Zapaliłem pierwsze świece, żeby sprawdzić, czy stoją równo. Płomienie drżały lekko, jakby też nie były pewne, czy to dobry moment. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że kiedyś Karina śmiałaby się z mojej skrupulatności. Teraz częściej milczała, obserwowała mnie uważnie, jakby próbowała zrozumieć, kim się stałem.
– To tylko stres – powiedziałem sam do siebie, nalewając wody do garnka. – Każdy ma gorszy okres.
Powtarzałem to zdanie jak zaklęcie. Przypominałem sobie nasze pierwsze miesiące, rozmowy do późna, plany bez konkretów. Odsuwałem myśl, że od dawna nie snujemy ich razem. Wieczór miał być odpowiedzią na wszystkie wątpliwości. Wystarczyło, żeby tylko poszło zgodnie z planem.
To zepsuło dobry nastrój
Karina weszła do mieszkania bez zwyczajowego pytania, czy już jestem w domu. Zdjęła płaszcz powoli, jakby każdy ruch wymagał decyzji. Zauważyłem, że nie spojrzała ani na stół, ani na świece. Jej wzrok zatrzymał się na kaloryferze pod oknem.
– Jest jakoś zimno – powiedziała po chwili i dotknęła go dłonią. – Znowu coś nie działa?
Wzruszyłem ramionami, udając spokój, którego wcale nie czułem. O awarii wiedziałem od popołudnia, ale odkładałem telefon do administracji, licząc, że samo ruszy.
– To pewnie chwilowe. Zaraz się nagrzeje – rzuciłem zbyt szybko.
Karina westchnęła i oparła się o framugę drzwi. Ten dźwięk był cichy, ale zabrzmiał jak wyrzut. Zaczęła krążyć po mieszkaniu, poprawiając rękawy swetra, jakby próbowała zatrzymać ciepło, które i tak uciekało.
– Wojtek, my tu mieszkamy. To nie pierwszy raz – powiedziała spokojnie, ale w tym spokoju było zmęczenie. – Zawsze odkładasz takie rzeczy.
Poczułem ukłucie irytacji. Przecież nie chciałem kłótni. Nie dziś. Podszedłem do niej, próbując obrócić wszystko w żart.
– Zobacz, jak jest romantycznie. Jak w starym filmie.
Nie uśmiechnęła się. Zamiast tego usiadła na krześle i objęła się ramionami.
– Dla mnie dom to miejsce, w którym jest ciepło – odpowiedziała. – Nie tylko od święta.
Te słowa zawisły między nami. Chciałem powiedzieć, że przesadza, że przecież się staram, że wszystko mam pod kontrolą. Zamiast tego zapytałem, czy jest głodna. Skinęła głową, ale bez przekonania. Jedliśmy w ciszy przerywanej tylko dźwiękiem sztućców. Zauważyłem, że nie pyta o mój dzień. Ja też nie zapytałem o jej. Każde z nas siedziało zatopione we własnych myślach, udając, że to chwilowe. Coraz wyraźniej czułem, że dla mnie „wspólny dom” znaczył coś zupełnie innego niż dla niej.
Nie było ciepła między nami
Po kolacji wstałem bez słowa i zgasiłem górne światło. W mieszkaniu zrobił się półmrok, płomienie świec nagle nabrały znaczenia, jakby miały przejąć rolę czegoś, co zawiodło. Karina uniosła wzrok, zaskoczona, ale nie powiedziała nic. Usiadła głębiej na krześle i wsunęła dłonie pod uda.
– Myślałem, że tak będzie… przyjemniej – odezwałem się, chociaż zabrzmiało to jak usprawiedliwienie.
– Przyjemniej jest, kiedy nie trzeba marznąć – odpowiedziała po chwili.
Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałem. Patrzyłem na nią i próbowałem odczytać, co właściwie ma na myśli. Cisza rozciągała się między nami, przerywana tylko cichym trzaskiem knotów. Świece rzucały cienie na ściany, które sprawiały, że mieszkanie wyglądało na tymczasowe, jakbyśmy byli tu tylko przejazdem.
– Jesteś zdenerwowana – stwierdziłem, chcąc nadać temu prostą nazwę. – To przez zimno i pracę?
Karina pokręciła głową. Wstała i podeszła do okna, dotykając szyby opuszkami palców.
– Zawsze znajdujesz powód, który da się naprawić – powiedziała cicho. – A ja mam wrażenie, że od dawna mówimy o czymś innym.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wolałem myśleć, że milczy, bo nie chce psuć wieczoru. Że jeśli dam jej chwilę, wszystko wróci na swoje miejsce. Widziałem jednak, jak napięte ma ramiona, jak unika mojego spojrzenia. Świece, które miały nas do siebie zbliżyć, tylko podkreślały dystans. Podszedłem bliżej, ale się nie odwróciła. Poczułem nagły lęk, że jeśli teraz nie zrobię tego, co zaplanowałem, stracę okazję. Wmawiałem sobie, że potrzebuje jasnego sygnału, konkretu. Stabilizacji. Nie przyszło mi do głowy, że dla niej ten plan mógł być kolejną klatką.
Wybrałem nieodpowiedni moment
Serce zaczęło mi bić szybciej, gdy sięgnąłem do kieszeni marynarki. Pudełko było tam, gdzie powinno, jak kotwica, której trzymałem się od tygodni. Karina nadal stała przy oknie. Jej sylwetka w świetle świec wydawała się obca, jakby należała do kogoś, kogo dopiero poznaję.
– Karina – odezwałem się i sam zdziwiłem się, jak poważnie to zabrzmiało.
Odwróciła się powoli. W jej spojrzeniu nie było zaskoczenia, raczej ostrożność, która natychmiast mnie zaniepokoiła. Uklęknąłem, choć podłoga była lodowata, a kolano zaprotestowało bólem. W tamtej chwili uznałem to za drobny koszt.
– Chcę, żebyśmy wreszcie przestali się mijać – powiedziałem szybko, zanim zdążyłem się rozmyślić. – Żebyśmy mieli coś pewnego. Ja… chcę z tobą całego życia, nie tylko kolejnych miesięcy.
Otworzyłem pudełko. Światło świec odbiło się od pierścionka, tworząc krótki błysk, który w mojej głowie miał znaczyć „teraz wszystko się zmieni”. Cisza jednak trwała zbyt długo. Karina zrobiła krok w tył, jakby musiała zwiększyć dystans, żeby zaczerpnąć powietrza.
– Wojtek… – zaczęła i urwała. – Nie mogę.
Wstałem odruchowo, chowając pudełko, jakby mogło mnie ochronić przed tym, co miało paść dalej.
– Ja od dawna noszę w sobie inną decyzję – powiedziała w końcu. – To nie jest kwestia momentu. Ani zimna. My po prostu… nie jesteśmy w tym samym miejscu.
Słuchałem, ale słowa docierały do mnie z opóźnieniem. Mówiła o zmęczeniu, o poczuciu, że planuję za nas oboje, że stabilizacja nie była dla niej dowodem miłości, tylko próbą zatrzymania czegoś, co już nie działało. Awaria ogrzewania była tylko sygnałem, którego nie dało się zignorować.
– Przepraszam – dodała cicho. – Nie chcę tak dalej żyć.
Kiedy wychodziła, nie próbowałem jej zatrzymać. Zostałem w mieszkaniu, wśród świec, które dogasały jedna po drugiej. Zrozumiałem, że pierścionek w kieszeni nie był symbolem przyszłości, tylko dowodem na to, jak długo jej nie słuchałem.
Zrozumiałem swój błąd
Jej kroki ucichły na klatce schodowej i zostałem sam. Przez chwilę stałem bez ruchu, jakbym czekał, aż wróci i powie, że to był zły sen albo nieporozumienie. Nic takiego się nie wydarzyło. Cisza była gęsta i bezlitosna. Zdjąłem marynarkę i odłożyłem ją na krzesło, a razem z nią cały plan, który nosiłem w głowie od miesięcy.
Zgasiłem świece jedną po drugiej. Każda zgaszona zostawiała po sobie cienką smugę dymu i jeszcze więcej chłodu. Dopiero wtedy naprawdę poczułem zimno w mieszkaniu. Kaloryfer pozostał martwy, tak jak coś między nami, czego przez długi czas nie chciałem nazwać. Usiadłem na kanapie i pozwoliłem myślom wrócić do drobnych sygnałów: jej krótszych odpowiedzi, unikanych rozmów, spojrzeń, które nie szukały już moich.
Pierścionek wciąż miałem w kieszeni. Wyjąłem go i położyłem na stole. Wyglądał obco, jak przedmiot z innego życia. Zrozumiałem, że nie straciłem Kariny tego wieczoru. Straciłem ją dużo wcześniej, tylko byłem zbyt skupiony na własnym wyobrażeniu stabilności, by to zauważyć. Pomyliłem przyzwyczajenie z bliskością, plan z uczuciem.
Tamtej nocy nie próbowałem niczego naprawiać. Domknąłem okna, okryłem się kocem i pozwoliłem, by to, co się skończyło, wreszcie miało swój koniec. Została we mnie gorzka, ale jasna świadomość, że miłości nie da się zabezpieczyć gestem ani decyzją podjętą w pojedynkę.
Wojciech, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Latami czekałam na pierścionek zaręczynowy, ale bez skutku. Gdy tylko kupiłam mieszkanie, facet padł przede mną na kolana”
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”
- „W walentynki facet oświadczył mi się przed tłumem. Czułam się jak w filmie, aż odkryłam, dlaczego dał mi pierścionek”

