„W walentynki chciałam uciec od samotności, więc kupiłam bilet w jedna stronę. Na dworcu znalazłam powód, by zostać”
„Przebrałam się bez planu, wkładając pierwsze rzeczy, które wpadły mi w ręce. Myśl o zostaniu w domu zaczęła mnie dusić. Wiedziałam, że wieczorem ściany będą jeszcze bliżej, a cisza głośniejsza. Chciałam być gdzieś, gdzie nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Dworzec pojawił się w głowie nagle, zupełnie bez sensu, ale poczułam ulgę, kiedy tylko o nim pomyślałam”.

Walentynki zawsze miały dla mnie zapach czekolady i cudzych oczekiwań. Tego roku pachniały inaczej: jak kurz spod łóżka, w którym coś dawno zapomnianego zaczęło mnie uwierać. Nie płakałam, nie dramatyzowałam. Po prostu czułam się nie na miejscu we własnym życiu — jakby ktoś przesunął meble, a ja potykałam się o każdy z nich. Chciałam zniknąć na kilka godzin, nie tłumaczyć się nikomu, nawet sobie.
Na zewnątrz było chłodno
Obudziłam się za wcześnie, choć nie miałam dokąd iść. Telefon leżał obok, ekran co chwilę rozświetlały powiadomienia: serca, promocje, przypomnienia o „wyjątkowym dniu”. Odwróciłam go ekranem do dołu, jakby to mogło uciszyć świat. Leżałam jeszcze chwilę, wpatrując się w sufit, który pamiętał więcej wspólnych planów, niż ja sama chciałam pamiętać. Jeszcze miesiąc wcześniej to łóżko było miejscem rozmów do późna, a teraz było tylko przestrzenią, w której nie umiałam się ułożyć.
Rozstanie przyszło spokojnie, bez scen, bez dramatycznych słów. Właśnie dlatego bolało bardziej. Nikt nie był winny, a ja nie miałam do kogo kierować żalu. Ulgę czułam tylko teoretycznie — w praktyce została po niej pustka, którą w walentynki widać było wyraźniej niż kiedykolwiek. Wstałam i zaparzyłam herbatę, choć nie miałam ochoty jej pić. W radiu mówili o miłości jak o czymś oczywistym, powszechnym, niemal obowiązkowym. Wyłączyłam je gwałtownie. Spojrzałam na siebie w lustrze w przedpokoju — wyglądałam zwyczajnie, nawet zbyt zwyczajnie jak na dzień, w którym wszyscy mieli być „kimś dla kogoś”.
Przebrałam się bez planu, wkładając pierwsze rzeczy, które wpadły mi w ręce. Myśl o zostaniu w domu zaczęła mnie dusić. Wiedziałam, że wieczorem ściany będą jeszcze bliżej, a cisza głośniejsza. Chciałam być gdzieś, gdzie nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Dworzec pojawił się w głowie nagle, zupełnie bez sensu, ale poczułam ulgę, kiedy tylko o nim pomyślałam. Miejsce przejściowe. Tymczasowe. Nikt tam nie pyta, dlaczego jesteś sama.
Wyszłam z mieszkania, zatrzaskując drzwi zbyt mocno. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę z bukietem w dłoniach. Uśmiechnęła się do mnie szeroko.
— Piękny dzień, prawda?
— Tak — odpowiedziałam odruchowo i od razu poczułam, że kłamię.
Na zewnątrz było chłodno, powietrze szczypało w policzki, ale to akurat było przyjemne. Szłam szybciej niż zwykle, jakbym uciekała przed czymś, co czaiło się za mną. Na przystanku zerknęłam na rozkład jazdy bez zainteresowania kierunkiem. Kiedy przyjechał autobus, wsiadłam bez wahania. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że naprawdę nie mam planu. I po raz pierwszy tego dnia nie uznałam tego za porażkę.
Przedstawił się jako Tymon
Dworzec przyjął mnie obojętnie jak wszystkich. Zapach kawy z automatu mieszał się z chłodem ciągnącym od torów. Ludzie przesuwali się obok siebie, każdy w swoim rytmie, z bagażem w dłoni albo tylko w spojrzeniu. Usiadłam na metalowej ławce, czując pod palcami jej zimno, i po raz pierwszy od rana naprawdę zwolniłam. Tu nikt nie był „na swoim miejscu”. Wszyscy byli tylko w drodze.
Patrzyłam na parę stojącą przy tablicy odjazdów. Ona coś mówiła, on kiwał głową, ale patrzył gdzieś obok. Zastanawiałam się, czy jadą razem, czy każde w swoją stronę, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Kilka metrów dalej starsza kobieta poprawiała komuś szalik, zbyt troskliwie jak na zwykłe pożegnanie. Dworzec był jak zbiór niedokończonych historii, a ja nagle poczułam, że pasuję tu idealnie.
— Też pani ucieka? — usłyszałam obok.
Odwróciłam głowę zaskoczona. Mężczyzna siedział na tej samej ławce, choć wcześniej go nie zauważyłam. Miał na sobie ciemny płaszcz, a jego spojrzenie było uważne, ale nie nachalne. W kąciku ust czaił się cień ironicznego uśmiechu.
— Przed czym? — zapytałam ostrożnie.
— Przed dzisiejszą datą — odpowiedział, wskazując głową na ogromny kalendarz reklamowy nad wejściem.
Parsknęłam krótkim śmiechem, który wyrwał mi się wbrew woli.
— Chyba tak. Dworzec wydawał się bezpieczny.
— Zawsze jest. Nikt tu nie zostaje na długo — powiedział, jakby cytował coś, co dawno temu sam sobie powtarzał.
Przedstawił się jako Tymon. Ja podałam swoje imię bez zastanowienia, choć zwykle byłam ostrożniejsza. Rozmowa zaczęła się niewinnie: o opóźnionych pociągach, o tym, że automaty zawsze połykają drobne. Ale pod tym wszystkim czułam napięcie, jakbyśmy oboje wiedzieli, że to tylko pretekst.
— Dorośli ludzie mają dziś pełno ról — rzucił nagle. — Partnerzy, pracownicy, dzieci swoich rodziców. A ja czasem chciałbym być tylko pasażerem.
Skinęłam głową zbyt szybko.
— Ja też. Bez celu. Bez planu.
Spojrzał na mnie uważniej, a ja poczułam znajome ukłucie — to rzadkie wrażenie, że ktoś naprawdę słucha, nie szukając od razu odpowiedzi. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, przerywanej zapowiedziami odjazdów. Nie była niezręczna. Była jak zawieszenie oddechu. Dworzec przestał być tylko miejscem. Stał się przestrzenią pomiędzy tym, co było, a tym, czego żadne z nas nie potrafiło jeszcze nazwać.
Śmialiśmy się z absurdów dorosłości
Nie pamiętam momentu, w którym rozmowa przestała być „bezpieczna”. To nie było jedno zdanie ani nagłe wyznanie. Raczej powolne osuwanie się z powierzchni w coś głębszego, jakbyśmy oboje zgodzili się na to bez słów. Dworzec wciąż żył swoim rytmem, ale ja miałam wrażenie, że siedzimy w miejscu wyjętym z czasu. Zaczęło się od drobiazgów. Tymon opowiadał o pracy, w której wszystko było „w porządku”, a jednak nic nie było jego. Mówił spokojnie, z dystansem, jakby sam siebie słuchał z boku. Ja przyłapywałam się na tym, że w jego zdaniach słyszę własne myśli, tylko ubrane w inne słowa. Kiedy wspomniał o decyzjach odkładanych latami, poczułam, jak coś we mnie drga.
Nie opowiadałam mu szczegółów. Nie było potrzeby. Wystarczyło kilka półzdań, urwanych myśli. Powiedziałam, że czasem ulga potrafi być bardziej męcząca niż smutek. Spojrzał wtedy na mnie z takim zrozumieniem, że musiałam odwrócić wzrok. Bałam się, że jeśli zatrzymam to spojrzenie dłużej, pęknie coś, co dopiero co zaczęłam sklejać. Ironia była naszym językiem obronnym. Śmialiśmy się z absurdów dorosłości, z poradników, które obiecują spokój w pięciu krokach. Ten śmiech nie był głośny — raczej krótki, urywany, ale niósł ulgę. Pomiędzy jednym a drugim zdaniem pojawiała się jednak cisza cięższa, nasycona niewypowiedzianym.
Zaczęłam mówić więcej, niż planowałam. O tym, że bycie „silną” stało się moją domyślną rolą. Że nikt nie pytał, czy mam jeszcze na to siłę. Słowa wychodziły ze mnie ostrożnie, ale kiedy już się pojawiły, nie chciały wracać. Tymon nie przerywał. Nie poprawiał mnie, tylko słuchał, a ja czułam, jak z każdym zdaniem coś ze mnie opada. W pewnym momencie dotarło do mnie, że ta rozmowa zaczyna znaczyć za dużo. Że rodzi się we mnie cicha nadzieja, choć obiecałam sobie, że dziś nie będę niczego zaczynać. Przestraszyłam się jej. Nadzieja zawsze była dla mnie ryzykowna, zbyt głośna, zbyt wymagająca. A przecież to miała być tylko chwila, tylko rozmowa na ławce.
Kiedy spojrzałam na zegar nad peronem, poczułam nagły ucisk w klatce piersiowej. Czas nie stał w miejscu, nawet jeśli bardzo tego chciałam. Zrozumiałam, że to, co się między nami wydarza, jest kruche właśnie dlatego, że nie ma przyszłości. I może tylko dlatego mogło być tak prawdziwe.
Drzwi się zamknęły
Zapowiedź odjazdu jego pociągu zabrzmiała zbyt głośno, jakby ktoś specjalnie podkręcił głośniki. Tymon zerknął na tablicę, potem na mnie. Przez chwilę żadne z nas się nie ruszało, jakbyśmy oboje liczyli na to, że czas jeszcze się cofnie o kilka minut.
— To już — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do mnie.
Skinęłam głową. Nagle miałam wrażenie, że wszystko, co powiedzieliśmy wcześniej, było próbą przygotowania się na ten moment. Wstałam razem z nim i ruszyliśmy w stronę peronu. Ludzie mijali nas pospiesznie, ciągnąc walizki, a ja zazdrościłam im tej oczywistości celu. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach wagonu. Tymon poprawił pasek torby, ja wsunęłam ręce do kieszeni, żeby nie było widać, jak bardzo mi drżą.
— Dobrze było… nie być dziś samemu — powiedział w końcu.
— Tak — odpowiedziałam. — Dobrze było być zauważoną.
Uśmiechnął się lekko, tym swoim powściągliwym uśmiechem, który niczego nie obiecywał. Przez ułamek sekundy pomyślałam, żeby zapytać o numer, o cokolwiek, co przedłużyłoby tę historię. Ale wiedziałam, że wtedy straciłaby sens. To spotkanie było kompletne właśnie dlatego, że nie próbowało być czymś więcej.
— Uważaj na siebie, Lidia — powiedział, jakby znał mnie dłużej niż kilka godzin.
— Ty też, Tymon.
Drzwi się zamknęły. Pociąg ruszył powoli, a ja stałam, patrząc, jak jego sylwetka znika za szybą. Kiedy skład zniknął z peronu, poczułam ukłucie bólu, ale nie było w nim rozpaczy. Raczej cicha zgoda na stratę, która od początku była wpisana w ten wieczór. Zostałam sama, ale już nie niewidzialna. Zrozumiałam, że nie chodziło o niego. Chodziło o to, że wciąż potrafię rozmawiać, słuchać, czuć. Że rozpad czegoś ważnego nie odebrał mi zdolności bycia w kontakcie z drugim człowiekiem.
Wracając do domu, nie czułam triumfu ani nagłej nadziei. Czułam wdzięczność za krótkie spotkanie, które niczego nie obiecało, a jednak poskładało mnie na tyle, żebym mogła iść dalej sama. I to, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się wystarczające.
Lidia, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa ma się za ekspertkę w sprawach damsko-męskich. Kiepsko jej idzie, skoro nie potrafi upilnować własnego męża”
- „Wnuczka zaczęła wpadać częściej na obiady, ale ja wyczułam fortel. Przy rosole zacierała ręce na myśl o mojej kasie”
- „Brałam nadgodziny, by zarobić na raty kredytu. Nie sądziłam, że mąż celowo zrobił dziurę w naszym budżecie”

