Reklama

Czternasty lutego zawsze wydawał mi się dniem, który bezlitośnie przypomina o brakach. W tym roku jednak coś we mnie pękło. Stałam w kolejce w kwiaciarni z myślą, że przecież nikt nie zabrania mi sprawić sobie radości. Dlaczego mam się dopasowywać do innych i na siłę szukać drugiej połówki? Wyszłam z bukietem czerwonych róż i pudełkiem czekoladek, czując jednocześnie dumę i lekkie ukłucie w sercu.

Zawahałam się

Wyszłam z kwiaciarni i od razu poczułam, że ludzie patrzą. A może tylko mi się tak wydawało. Papierowa torba szeleściła przy każdym kroku, a czerwone główki róż kiwały się lekko, jakby same były ciekawskie. Zatrzymałam się na moment przy witrynie sklepu z butami i zobaczyłam swoje odbicie. Sama z kwiatami. Uśmiechnęłam się krzywo.

— Dla kogo te róże? — zapytała mnie wczoraj koleżanka z pracy, gdy wspomniałam, że mam plany na wieczór.

Dla mnie — odpowiedziałam wtedy szybko, zbyt szybko.

Uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. To milczenie wróciło do mnie teraz jak echo. W domu zdjęłam płaszcz, postawiłam kwiaty w wazonie, który od dawna stał pusty. Nalałam wody, poprawiłam łodygi. Zawsze robiłam to starannie, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko ich świeżość. Czekoladki położyłam na stole obok zapalonej lampki. Cisza była gęsta, ale nieprzytłaczająca. Raczej ostrożna.

Telefon zawibrował. Wiadomość od mamy: „Pamiętasz, jaki dziś dzień?”.

„Pamiętam” — odpisałam.

Po chwili przyszedł kolejny esemes: „Nie smutno ci samej?”. Zawahałam się. Spojrzałam na róże, na błyszczące opakowanie czekoladek.

„Uczę się, że nie musi być” — napisałam w końcu.

Usiadłam na kanapie i pozwoliłam, by myśli same się układały. Przypomniałam sobie poprzednie walentynki: nerwowe czekanie, czy ktoś zadzwoni, czy pamięta. Rozczarowanie, którego nie umiałam nazwać. Teraz nikt niczego ode mnie nie oczekiwał. I to było dziwnie… lżejsze.

— Naprawdę to wystarczy? — powiedziałam na głos, choć nikt nie odpowiadał.

Sięgnęłam po jedną czekoladkę. Smak była intensywny, znajomy. Jakby mówił: „Jesteś tu. To się liczy”. Złapałam się na tym, że oddycham spokojniej. Może samotność nie zawsze oznacza brak. Może czasem jest przestrzenią, w której można się wreszcie usłyszeć.

Uśmiechnęłam się pod nosem

Kiedy zegar na kuchence pokazał dziewiętnastą, poczułam lekkie ukłucie niepokoju. Nie dlatego, że na coś czekałam. Raczej z przyzwyczajenia. O tej porze kiedyś zawsze sprawdzałam telefon, poprawiałam włosy, zastanawiałam się, czy powiedziałam coś nie tak. Teraz telefon leżał ekranem do dołu, a ja świadomie go nie dotykałam.

Usłyszałam dzwonek dopiero po kilku minutach. Drgnęłam, choć obiecywałam sobie, że nie będę. Spojrzałam na wyświetlacz i serce zareagowało szybciej niż rozsądek. Dawid.

— Hej — odezwał się, jakbyśmy rozstali się wczoraj, a nie kilka miesięcy temu.

— Hej — odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam.

— Pomyślałem, że… no wiesz. Dziś taki dzień.

Usiadłam przy stole, patrząc na róże. Jedna z nich lekko opadła na bok.

— Tak, wiem, jaki dziś dzień — powiedziałam.

Może wyszlibyśmy gdzieś? Tak po prostu. Bez zobowiązań.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Dawid zawsze lubił zostawiać sobie otwarte drzwi.

— Jest już trochę późno — odparłam.

— To nie problem. Mogę podjechać.

Przez chwilę milczałam. W głowie przewinęły się obrazy: moje czekanie, jego spóźnienia, rozmowy urwane w pół zdania. I ten wieczny niedosyt, którego nie umiałam wytłumaczyć nawet sobie.

— Wiesz co — zaczęłam powoli. — Dziś mam inne plany.

— Jakie? — zapytał, wyraźnie zaskoczony.

— Zostaję w domu.

Zapadła cisza.

— Sama?

— Tak. I jest mi z tym dobrze.

Nie odpowiedział od razu. Usłyszałam tylko jego oddech.

— Nie sądziłem — mruknął w końcu.

— Ja też nie — przyznałam i to była prawda.

Rozłączyłam się, zanim zdążył zaproponować „innym razem”. Odłożyłam telefon i poczułam coś na kształt ulgi. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar, którego istnienia nie byłam świadoma.
Podeszłam do okna. Na ulicy mijały się pary, ktoś się śmiał, ktoś kogoś ciągnął za rękę. A ja stałam sama, z kubkiem herbaty w dłoniach, i pierwszy raz od dawna nie czułam, że coś mnie omija.
Może samotność nie była karą. Może była decyzją.

Telefon znów zawibrował

Po rozmowie z Dawidem długo siedziałam bez ruchu. Nie z żalu, a z niedowierzania. Zawsze wydawało mi się, że takie decyzje muszą boleć, że po odłożeniu telefonu przychodzi fala wątpliwości. A tymczasem w mieszkaniu było cicho i ta cisza nie domagała się niczego więcej. Włączyłam małą lampkę w salonie. Jej ciepłe światło rozlało się po ścianach, zatrzymując na wazonie z różami. Jedna z nich zaczęła gubić płatki. Zebrałam je ostrożnie i położyłam na talerzyku, jakby były czymś ważnym.

Kiedy to się stało? — zapytałam sama siebie.

Przypomniałam sobie wieczory, kiedy godziłam się na półśrodki. Na rozmowy prowadzone jednym uchem, na obietnice bez daty. Na uczucie, że zawsze jestem „prawie”, ale nigdy do końca. Wtedy samotność wydawała się straszniejsza niż bycie z kimkolwiek. Teraz po raz pierwszy zobaczyłam to wyraźnie.

Telefon znów zawibrował. Tym razem to była Ola, moja przyjaciółka.

„I jak? Przetrwałaś ten dzień?”.

„Nie tylko przetrwałam” — odpisałam po chwili.

„To brzmi podejrzanie dobrze”.

„Bo jest inaczej niż zwykle”.

Zadzwoniła.

Serio kupiłaś sobie kwiaty? — zapytała z lekkim śmiechem.

— Serio. I wiesz co? Nikt mi ich nie wypomni.

— To chyba luksus — stwierdziła.

Zamyśliłam się.

— Chyba pierwszy raz czuję, że nie muszę się tłumaczyć z tego, że jestem sama.

Po rozmowie włączyłam muzykę, taką, której nikt nigdy nie lubił oprócz mnie. Pozwoliłam sobie na drobne rzeczy: długi prysznic, wygodny sweter, drugą czekoladkę bez wyrzutów sumienia. Każdy gest był jak małe potwierdzenie, że mam do tego prawo. Usiadłam na łóżku i spojrzałam na zegarek. Walentynki powoli dobiegały końca. Zamiast ulgi, że „to już”, poczułam coś w rodzaju spokoju. Jakby ten dzień coś we mnie poukładał.

— Może właśnie tak powinien się zacząć nowy rozdział — powiedziałam cicho.

Nikogo się nie spodziewałam

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Przez rolety sączyło się blade światło, a w mieszkaniu unosił się delikatny zapach róż. Przez moment nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego czuję się tak… stabilnie. Bez napięcia w karku, bez tego pierwszego porannego pytania: „Czy coś zrobiłam nie tak?”.

Usiadłam na łóżku i spojrzałam na telefon. Żadnych nowych wiadomości. I ku własnemu zaskoczeniu nie poczułam rozczarowania. Raczej ulgę. Jakby noc coś domknęła, a poranek tylko to potwierdził. W kuchni nastawiłam wodę na herbatę. Stałam boso na zimnych płytkach i patrzyłam, jak para unosi się znad kubka. Proste czynności nagle nabrały znaczenia. Nikt mnie nie poganiał, nikt nie czekał, aż się wyrobię. Ten czas był mój.

— Dziwne — mruknęłam pod nosem. — Zawsze bałam się takich poranków.

Zadzwonił domofon. Zmarszczyłam brwi. Nikogo się nie spodziewałam. Po chwili usłyszałam głos sąsiadki z dołu.

— To ja, Helena. Zostawiłaś wczoraj paczkę pod drzwiami.

Rzeczywiście. Wczoraj, wracając z kwiaciarni, pomyliłam torby. Otworzyłam drzwi, a Helena spojrzała na róże stojące w przedpokoju.

— Ładne — powiedziała krótko. — Ktoś o pani pamiętał.

— Tak — odpowiedziałam po chwili. — Ja.
Skinęła głową, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź na świecie. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Ten drobny moment, ta obca akceptacja, poruszyły mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Wróciłam do kuchni, usiadłam przy stole i sięgnęłam po notes, który od miesięcy leżał nietknięty. Zaczęłam pisać. Bez planu, bez sensu. O sobie. O tym, czego nie chcę już więcej. I o tym, na co być może kiedyś się otworzę. Nie wiedziałam jeszcze, co przyniosą kolejne dni. Wiedziałam tylko jedno: pierwszy raz od dawna nie czekałam, aż ktoś mnie wybierze. I ta myśl została ze mną na długo po tym, jak herbata wystygła.

Zjadłam ostatnią czekoladkę

Wieczorem znów zapaliłam lampkę w salonie. Ten sam kąt światła, ten sam wazon z różami, choć kilka płatków leżało już na dnie. Patrzyłam na nie bez smutku. Wiedziałam, że nie muszą być wieczne, żeby miały znaczenie. Telefon leżał obok, milczący. I tym razem nawet nie przyszło mi do głowy, by go sprawdzać. Usiadłam wygodnie, otuliłam się kocem i pomyślałam, że przez lata myliłam samotność z porażką. A ona okazała się przestrzenią. Miejscem, w którym wreszcie mogłam stanąć prosto, bez udawania, bez czekania na czyjś ruch.

Nie obiecywałam sobie, że już zawsze będzie łatwo. Wiedziałam, że jeszcze zatęsknię, że czasem wrócą stare schematy. Ale coś się zmieniło. Już nie bałam się pustego miejsca obok. Zrozumiałam, że zanim zaproszę tam kogoś innego, muszę umieć usiąść tam sama. Zjadłam ostatnią czekoladkę powoli, bez pośpiechu. Smak była inny niż wczoraj. Bardziej wyraźny. Jakby należał tylko do mnie. I wtedy dotarło do mnie, że to nie były samotne walentynki. To były pierwsze, które naprawdę przeżyłam po swojemu.

Magda, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama