„W tym roku w ogóle nie czekam na Dzień Babci. Wolę święty spokój niż udawaną wdzięczność raz w roku”
„Przynoszą goździka, sztuczny uśmiech i czekoladki. I wszystko jest niby w porządku. Robimy zdjęcie, wnuki przyklejają się do telefonu, a ja do zlewu, żeby pozmywać po tym święcie. A potem cisza. Jakby mnie nie było”.

Mam dwójkę dzieci i dwoje wnucząt. Jestem wdową od siedmiu lat. Mój Andrzej odszedł niespodziewanie — zasnął i już się nie obudził. Dla mnie wtedy skończyło się coś więcej niż tylko wspólne życie. Skończyło się „my”.
Zawsze byliśmy rodziną. Z tych ciepłych, gwarno-nerwowych, gdzie dzieci biegają między stołem a kanapą, a na święta nie da się usiąść, bo tylu ludzi w domu. A potem... dzieci dorosły. Andrzej odszedł. A ja zostałam jak mebel — używany, ale tylko wtedy, kiedy potrzeba.
Już nie czekam
Czasem łapię się na tym, że wspominam, jak nosiłam wnuki na rękach, jak gotowałam rosół, kiedy Iwonie pękała głowa po nieprzespanej nocy z małymi. Jak odbierałam Lenę z przedszkola, bo Adam nie zdążył z pracy. Jak dźwigałam siatki, bo „ty przecież i tak masz czas”. Miałam. Mam go mnóstwo. Za dużo.
Dziś moje dzieci dzwonią do mnie głównie wtedy, kiedy czegoś chcą. Przetransportować coś, podlewać kwiaty w ich mieszkaniu na urlopie, przypilnować wnuki. A kontakt? Zwykły, ludzki kontakt? Taki bezinteresowny? Raz w roku. W Dzień Babci.
Wtedy przynoszą goździka, sztuczny uśmiech i czekoladki. I wszystko jest niby w porządku. Robimy zdjęcie, wnuki przyklejają się do telefonu, a ja do zlewu, żeby pozmywać po tym święcie. A potem cisza. Jakby mnie nie było.
W tym roku... nie. W tym roku nie czekam na Dzień Babci. W tym roku wybieram święty spokój zamiast udawanej wdzięczności. I jeśli mam się z tego tłumaczyć, to tylko przed Andrzejem. Ale on by zrozumiał.
Wpadali tylko na chwilę
– Mamo, Kamil i Lena wpadną tylko na chwilę – powiedziała Iwona, rzucając to jak informację o pogodzie. – Mają angielski, potem Lena leci na taniec. Dobrze, że chociaż się pokażą, bo z tymi nastolatkami to wiesz, różnie.
– Aha… – skinęłam głową, choć poczułam, jak coś się we mnie kurczy. – To może chociaż herbaty się napiją?
– Nie wiem, mamo. Może. Tylko nie przesadź z jedzeniem, okej? Bo potem Lena narzeka, że się źle czuje po twoich kotletach.
Przytaknęłam, choć w środku już wszystko we mnie wrzało. Po co mam gotować, skoro „na chwilę”? Po co szykować te ciasteczka, co to Lena kiedyś tak lubiła, skoro teraz wszystko jej „nie podchodzi”? Ale zrobiłam. Z przyzwyczajenia. Z głupiej nadziei.
Wpadli punktualnie. Lena rzuciła mi buziaka w powietrze, Kamil powiedział „hej babciu” i zanurkował w telefon. Siedzieli dokładnie 28 minut. Zegarek w kuchni tykał.
– No, to my lecimy.
– Dzięki – wymamrotała Lena. Nawet nie spojrzała.
Zamknęłam drzwi, zdjęłam fartuch i usiadłam z herbatą przy stole. Cisza w mieszkaniu dźwięczała mi w uszach. Długo patrzyłam na kubek.
– Nie chcę już tych teatrzyków – powiedziałam sama do siebie. – Nie potrzebuję kwiatka raz w roku. Tylko rozmowy. Tylko ciepłego słowa. Czasem. Tak po prostu.
Popatrzyłam na telefon. Nie zadzwonił. Jak zwykle.
Ignorowali mnie
Telefon zadzwonił kilka dni później. Na wyświetlaczu – „Adam”. Serce zabiło mi mocniej. Może coś się zmieni? Może syn po prostu chce porozmawiać?
– Cześć, mamo – powiedział. – Słuchaj, nie dam rady wpaść w ten weekend. Straszny młyn w robocie. Ale odezwę się, dobra?
– Adam… – przerwałam. – Może ja bym do ciebie przyjechała? Dawno się nie widzieliśmy.
Zapadła cisza. Słyszałam, jak szuka wymówki.
– Mamo, no teraz to kiepsko… Mamy remont w łazience, graciarnia totalna. Poza tym Iza chora, dzieciaki też coś łapią. Oddzwonię, dobrze? Jak się ogarniemy.
Nie oddzwonił. Siedziałam potem długo w fotelu, patrząc na zdjęcie stojące na komodzie – cała nasza czwórka sprzed lat, jeszcze z Andrzejem. Święta. Uśmiechy. Gwar. Ciasto. Iwona narzekająca na makowiec, którego i tak zjadła pół blachy. Teraz? Teraz to tylko wspomnienia.
Westchnęłam, podciągając koc na kolanach.
– Wiesz, Andrzej… – powiedziałam cicho w stronę zdjęcia. – Kiedyś było inaczej. Zawsze się zjeżdżali, śmialiśmy się, dzieciaki ganiały po salonie. A teraz co? Jak nie wyślą SMS-a raz na dwa tygodnie, to cud.
Przypomniałam sobie, jak rok temu w Dzień Babci Kamil wyjął słuchawki z uszu tylko na czas zdjęcia. Potem znowu w nich zniknął. Jak Lena patrzyła na zegarek co pięć minut.
– Dość – powiedziałam na głos. – W tym roku nie otwieram drzwi.
Zrobiło mi się przykro
Dom był pełen gwaru. Iwona wpadła jak zwykle bez uprzedzenia, z dziećmi, które od razu rozbiegły się po mieszkaniu. Zostawiła torebkę w przedpokoju i poszła za nimi do salonu. Ja w tym czasie podlewałam kwiaty w kuchni, starając się nie przewracać oczami.
Nie chciałam podsłuchiwać. Naprawdę. Ale drzwi były uchylone, a ich rozmowa z każdym słowem stawała się coraz bardziej wyraźna.
– Tak, przyjedziemy do babci na Dzień Babci, damy kwiatka, zrobicie zdjęcie i wracamy – mówiła Iwona. – Tylko błagam was, bez krzywych min. Zróbmy to szybko.
– Po co w ogóle? – jęknęła Lena. – Babcia zawsze tylko gada, że jest samotna. W kółko to samo.
– No bo jest samotna, Lena – wtrącił się Kamil z wyraźnym znudzeniem. – Ale serio, niech ktoś jej powie, że od tego się nie robi mniej żałosna.
Zamarłam. Woda przelała się przez doniczkę, kapała na podłogę, ale ja stałam jak wmurowana. Tak to wygląda? Tak o mnie mówią? Jak o obowiązku? O starej, smutnej kobiecie, którą trzeba odbębnić raz w roku?
Odstawiłam konewkę. Usiadłam ciężko na krześle. Paliło mnie w gardle, jakby ktoś wypalił tam dziurę. Nie płakałam. Nie było łez. Było tylko zimne, ciężkie milczenie, jakby cały świat właśnie odciął się ode mnie na dobre. Czekałam, żeby sobie w kończu poszli.
Udawałam, że mnie nie ma
Dzień Babci. Budzik zadzwonił o siódmej, jak co dzień. Ale ja nie wstałam. Przekręciłam się na drugi bok, wciągnęłam kołdrę pod brodę i zostałam w łóżku. Pierwszy raz od lat nie zaczęłam tego dnia od szykowania stołu, ciasta, sałatki. Nie wstawiłam rosołu. Nie umyłam okien. Nie przebrałam się nawet z piżamy.
Telefon dzwonił już trzy razy. Najpierw Iwona. Potem Adam. Potem znów Iwona. Nie odebrałam. Wiedziałam, że przyjdą. Jak co roku. Z kwiatkiem, ale mnie dziś nie było. Nawet jeśli siedziałam w tym samym fotelu, co zawsze.
Zamknęłam drzwi na dwa zamki. Zasunęłam zasłony. Wzięłam pudełko ze starej szuflady. Kartki. Kolorowe, z błyszczącymi literkami „Babciu, kocham Cię”. Kilka nawet z krzywymi rysunkami — Kamil narysował mnie kiedyś z serduszkiem większym niż głowa. Lena kiedyś napisała: „Jesteś najlepsza, bo pieczesz najlepszy sernik i zawsze się uśmiechasz”. Odręczne literki, trochę koślawe. Jeszcze wtedy przychodzili bez marudzenia. Jeszcze wtedy wierzyłam, że to coś znaczy.
– Jeśli mam być dla nich obowiązkiem – wyszeptałam do siebie – to wolę być nikim.
Byłam uparta
Usłyszałam ich zanim zapukali. Najpierw szuranie butów po wycieraczce, potem śmiech Leny, krótki, nerwowy, jakby ktoś ją łaskotał, a ona nie chciała tego przyznać. Zamarłam w fotelu. Telefon leżał ekranem do dołu. Nawet go nie ruszyłam.
– No, dawaj, pukaj – mruknął Kamil.
– Ty pukaj – odpowiedziała Lena.
W końcu rozległo się stukanie, takie grzeczne, wyliczone, jak w urzędzie.
– Mamo? – głos Iwony był sztucznie wysoki. – Mamo, jesteś?
Zacisnęłam palce na oparciu. Serce waliło, ale ani drgnęłam. Nie dlatego, że chciałam ich ukarać. Tylko… nie miałam już siły udawać, że mnie to cieszy.
Stukanie powtórzyło się mocniej.
– Może coś się stało? – usłyszałam Lenę.
– Nie sądzę – prychnął Kamil. – Pewnie znowu foch.
Te słowa uderzyły mnie w brzuch jak pięść. Znowu foch. Czyli nawet moje milczenie było dla nich kaprysem, a nie bólem.
– Mamo, otwórz, nie wygłupiaj się – Iwona zasyczała. – Przecież przyjechaliśmy.
Stałam cicho jak cień, a w mieszkaniu pachniało tylko herbatą, której nawet nie chciało mi się zaparzyć. Po chwili usłyszałam głos Iwony.
– Zostawiam pod drzwiami, chodźcie – powiedziała chłodno. – Nie będziemy tu stać.
I cisza. Kroki oddalały się po schodach, aż w końcu zniknęły. Dopiero wtedy mój telefon zawibrował. Adam. Patrzyłam na ekran tak długo, aż przestał dzwonić. Po chwili zadzwonił znowu. I jeszcze raz. Odebrałam dopiero za czwartym.
– Mamo… co ty wyprawiasz? – jego głos był zmieszany, jakby sam nie wiedział, czy ma się złościć, czy bać.
Przełknęłam ślinę. Miałam w ustach sucho.
– Adam… – wyszeptałam.
– Iwona mówi, że nie otworzyłaś. Że… że nawet nie odebrałaś. Wszystko okej? Żyjesz?
Uśmiechnęłam się krótko, bez radości.
– Żyję.
– To czemu…?
Popatrzyłam na drzwi. I powiedziałam tylko jedno zdanie:
– Może w przyszłym roku ktoś wpadnie tak po prostu. Nie dlatego, że wypada.
I rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć.
Lucyna, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż miał z Anglii przesyłać kokosy, ale wciąż brakowało na buty dla dzieci. Zza granicy dostałam tylko pozew rozwodowy”
- „Mój mąż się ucieszył, gdy powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Na szczęście wcale nie dopytywał, kto jest ojcem”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”

