„Miałam nietypowe postanowienie noworoczne. Wstydziłam się, ale co miesiąc robiłam jedną konkretną rzecz”
„Nawet nie grałam przed sobą, że to świadomy wybór. Byłam po prostu zmęczona udawaniem, że coś się dzieje. Nikt mnie nie zaprosił, ja też nikogo nie zaprosiłam. Nagle uznałam, że trzeba coś zmienić. Cokolwiek będzie lepsze niż to, co mam teraz”.

Mam na imię Anna, 38 lat i… właściwie na tym mogłabym zakończyć, bo przez większość dni nic więcej się nie dzieje. Pracuję zdalnie w marketingu, nie mam dzieci, nie mam partnera, nie mam nawet z kim pójść na kawę. Większość czasu spędzam w dresach, stukając w klawiaturę, zerkając od czasu do czasu przez okno na szare, wiekowe mury naszej kamienicy. Czasem naprawdę trudno stwierdzić, co bardziej mnie dołuje – pogoda, samotność, czy fakt, że coraz mniej mi się chce próbować coś zmienić.
Ostatniego sylwestra spędziłam, siedząc w kuchni w towarzystwie bąbelków z taniego wina i śledzia w oleju. Nawet nie udawałam przed sobą, że to świadomy wybór. Byłam po prostu zmęczona udawaniem, że coś się dzieje. Nikt mnie nie zaprosił, ja też nikogo nie zaprosiłam – i jakoś tak się potoczyło, jak zwykle.
Zrobiło mi się wtedy strasznie pusto. Przeglądałam zdjęcia znajomych – jeszcze kiedyś byli mi bliscy, a teraz żyli w innymi świecie. Mieli dzieci, psy, zimowiska. Ja usiadłam z notesem w ręku i napisałam tylko jedno postanowienie: co miesiąc spróbuję poznać jedną nową osobę, prawdziwą. Bez filtrów, bez udawania, bez nadziei, że to „coś więcej”. Może znajdę przyjaciela. Może tylko pogadam z kimś raz w tramwaju. Cokolwiek będzie lepsze niż to, co mam teraz, czyli nic.
Zaczęło się od tramwaju
To był śnieżny poniedziałek. Luty. Jeden z tych dni, kiedy wszystko się klei – od rękawiczek do torebki, po myśli do czaszki. Spóźniłam się na autobus, więc wlazłam do zatłoczonego tramwaju, który ruszył, zanim zdążyłam złapać porządnie poręcz. Zatoczyłam się i niemal wylądowałam na kolanach jakiejś starszej pani.
– Oj, niech się pani nie przejmuje, ja też już dawno nie jestem stabilna na nogach – zażartowała kobieta z szerokim uśmiechem, poprawiając moherowy beret na głowie.
Była jak wyjęta z innej epoki – elegancki płaszcz, delikatne perfumy i ten charakterystyczny sposób mówienia: trochę teatralny, trochę serdeczny. Usiadłam obok niej i zanim się zorientowałam, prowadziłyśmy rozmowę, jakbyśmy znały się od lat.
– Pani wygląda, jakby miała dużo na głowie. To praca czy miłość?
– Praca i… no tak ogólnie. Samotność – wypaliłam, zaskakując samą siebie szczerością.
– Samotność to tylko stan tymczasowy. Tylko trzeba się czasem dać zauważyć, wie pani? Jak ja teraz panią – powiedziała z błyskiem w oku. – Mam na imię Jadwiga, ale proszę mówić Jadzia.
Gdy wysiadała, podała mi złożony papierek. Myślałam, że może zgubiła bilet, ale nie – to był numer telefonu.
– Jakby pani kiedyś chciała napić się herbatki z drugim człowiekiem, a nie przez internet – mrugnęła i zniknęła w śniegu.
Zostałam w tramwaju z kartką w dłoni i irracjonalnym uśmiechem. Nie wiem czemu, ale czułam, że właśnie wykonałam pierwszy krok. Nie wiedziałam jeszcze, że ta Jadzia, cała w fiołkach i etykiecie, będzie jak plaster na coś, czego nawet nie umiałam wcześniej nazwać.
Kułam żelazo, póki gorące
Pomysł na kurs gotowania przyszedł mi do głowy spontanicznie. Może dlatego, że po spotkaniu z panią Jadzią poczułam lekkie uniesienie – coś na kształt „może nie wszystko stracone” albo po prostu miałam dość samotnych kolacji z mikrofali. Tak czy inaczej, w marcu zapisałam się na warsztaty: „Włoska kuchnia domowa”.
Sala była pełna. Głównie kobiety w parach, dwie matki z córkami, jedna para zakochanych, a ja stanęłam obok chłopaka, który wyglądał, jakby przyszedł tu przez pomyłkę.
– Mateusz – rzucił, odgarniając z czoła loki. – Ty też jesteś tu dla makaronu czy bardziej dla ludzi?
– Anka. Dla makaronu. Ludzie to tylko bonus – odpowiedziałam, zaskoczona własnym żartem.
Na początku było zabawnie. Mateusz był wygadany, błyskotliwy, sypał anegdotami jak z rękawa. Pomagał mi posiekać cebulę, zagadywał instruktorkę, śmiał się głośno. Przez chwilę pomyślałam nawet: „może to właśnie to”.
Z każdym kolejnym spotkaniem zaczęłam zauważać coś niepokojącego. Mateusz nie zadał mi ani jednego pytania. Opowiadał. O sobie. O swoim pomyśle na biznes, o tym, jak ludzie nie rozumieją jego „intensywności”, o swoich eks… dużo o byłych partnerkach.
– A ty? Co robisz? – zapytał dopiero na piątych zajęciach, w przerwie przy robieniu tiramisu.
– Pracuję w marketingu, ale nie mam swojego biznesu – rzuciłam sucho.
Uśmiechnął się tylko, jakby nie słyszał. Potem znowu zaczął mówić o sobie. Wróciłam do domu z przepisem na idealną carbonarę i gorzkim posmakiem w ustach. Taki typ – błyskotliwy, ale pusty. Kolejne rozczarowanie. Na siłę nie znajdę więzi. Może czasem trzeba po prostu uznać, że nie wszystko, co błyszczy, jest warte dalszych rozmów.
Na chwilę wróciła mi ta energia
Kwiecień był deszczowy, a ja znowu zaczęłam zamykać się w sobie. Po gotowaniu z Mateuszem wróciłam do starych nawyków: zamawiałam jedzenie, unikałam ludzi, nawet nie oddzwoniłam do pani Jadzi. Trochę ze wstydu, trochę z braku energii. Wszystko wydawało się znowu bez sensu.
Do osiedlowego sklepu chodziłam codziennie. To był taki rytuał. Chociażby po bułki, żeby oderwać się od komputera i udawać, że mam jakiś powód, żeby wyjść z domu. Pracowała tam Sandra – młoda kobieta, zmęczona, wiecznie w dresie, z lekko przygaszonym spojrzeniem. Zawsze mówiła „dzień dobry” i „miłego dnia”, ale jakoś tak… szczerze. Ciepło.
– Też pani nie cierpi, gdy pada na dworze? – zapytała któregoś dnia, zerkając przez szybę na zachlapany chodnik.
Roześmiałam się. Pierwszy raz od tygodnia.
– U mnie jest gorzej. Pada w środku – odparłam.
Sandra spojrzała na mnie uważnie, jakby coś rozpoznała. Coś, co sama czuła. Od tego dnia coś się zmieniło. Zaczęłyśmy rozmawiać przy każdej wizycie. O jej dzieciach, o moich serialach, o tym, jak trudno się zebrać, żeby żyć. W pewnym momencie powiedziała:
– Wie pani co? Przyjdzie pani kiedyś po pracy do mnie na kawę? Mam stary ekspres, ale robi lepsze latte niż niejeden barista.
Zgodziłam się bez wahania. Spotkanie umówiłyśmy na czwartek. Kiedy przyniosłam ciasto i zadzwoniłam domofonem, odebrał ktoś inny – dziecko, potem dźwięki zamieszania. W końcu odezwała się sama Sandra:
– Ania… przepraszam cię, nie dam rady. Mały jest chory, wszystko się wali, ja… odezwę się, dobrze?
Głos miała podłamany. Prawdziwy. Oczywiście się nie odezwała. Wracałam wtedy do domu z pudełkiem sernika w rękach i uczuciem, które dobrze znałam: jestem tylko „miłą panią z osiedla”. Nic więcej. Może to za mało, żeby ktoś chciał się naprawdę zaprzyjaźnić. A może znowu szukałam nie tam, gdzie trzeba.
Uratował mnie sąsiad z parteru
To się wydarzyło w maju. Był deszczowy poranek, klucz nie do końca przekręciłam w zamku, gdy wychodziłam wyrzucić śmieci do zsypu. Jedno nerwowe szarpnięcie i trzask – drzwi zamknięte, a ja bez telefonu, bez kurtki, bez niczego. Stałam na klatce, bosymi stopami w kapciach na zimnych kafelkach, w piżamie i z rozciągniętą bluzą.
Po chwili zeszłam na parter. Jedyna nadzieja to był pan Władek. Ten, który zawsze mijał mnie bez słowa. Wdowiec, jak słyszałam od sąsiadki, emeryt. Wiecznie w kapciach, z gazetą w ręku, z twarzą nieprzeniknioną jak beton. Zadzwoniłam raz. Cisza. Drugi raz. Kroki. Otworzył drzwi tylko trochę.
– Coś się stało? – zapytał sucho.
– Zatrzasnęłam się. Bez telefonu. Przepraszam. Może mogłabym… nie wiem… zadzwonić i poczekać chwilę u pana? – mój głos drżał. Od zimna i zażenowania.
Patrzył na mnie długo. A potem bez słowa otworzył drzwi szerzej i przesunął się na bok. Mieszkanie pachniało herbatą i starymi meblami. W tle grało radio – cicho, klasycznie. Usiadłam na brzegu fotela, jakby każde poruszenie mogło coś zniszczyć.
– Herbata? – spytał. Bez uśmiechu, ale z cichym westchnieniem.
Podał mi filiżankę. Zapasową. Delikatną, cienką, jak z innego wieku. Usiedliśmy w milczeniu. Po chwili powiedział:
– Moja żona zawsze zostawiała klucz pod wycieraczką. Ja nigdy nie mogłem zrozumieć po co. A teraz… no. Czasem by się przydał.
Nie wiem, jak długo tam siedzieliśmy. Pierwszy raz od dawna niczego nie musiałam udowadniać. Ani się uśmiechać, ani mówić coś mądrego. Po prostu tam byłam, on też. Kiedy sąsiadka wróciła z zapasowym kluczem i otworzyła mi drzwi, pan Władek tylko skinął głową.
– Jakby co, wie pani, gdzie zapukać.
Zapamiętałam to zdanie lepiej niż niejeden komplement.
Tym razem trafiłam
Czerwiec minął spokojnie. A może po prostu inaczej patrzyłam na ciszę. Od tamtego dnia na parterze, pan Władek – choć dalej nie wiedziałam, czy mówić mu „pan” czy po imieniu – zaczął mnie zapraszać na herbatę. Nie codziennie. Czasem raz w tygodniu, czasem dwa. Bez zapowiedzi. Wystarczyło, że wracając z zakupów, zobaczyłam uchylone drzwi i jego powolne:
– Ma pani czas? – jakby to była łaska, a nie zaszczyt.
Rozmawialiśmy trochę. O jego żonie – miał ją przez czterdzieści dwa lata. O tym, że nie znosi świąt, bo od jej śmierci wszystko smakuje inaczej. O pomidorach, które w tym roku nie chcą rosnąć, i o tym, że najbardziej lubił, kiedy ona kichała – zawsze po dwa razy. Ja też mówiłam. O pracy. O babci, której nie zdążyłam pożegnać. O pustych ścianach w moim mieszkaniu i o tym dziwnym postanowieniu noworocznym. Gdy mu o tym opowiedziałam, zamyślił się na chwilę.
– To brzmi jak coś, co mogło wplątać w kłopoty – powiedział spokojnie. – Ale dobrze, że mnie w to przypadkiem wciągnęłaś.
Złapałam się na tym, że u niego oddycham głębiej. Nie czuję potrzeby, żeby być „fajna” ani „interesująca”. Po prostu jestem sobą. Z kubkiem herbaty, czasem w ciszy, czasem w dialogu, w którym nikt nie musi mieć racji.
W lipcu przyniosłam mu słoik konfitury.
– Sama robiłaś? – zapytał.
– Nie, ale sama wybrałam – zażartowałam.
Uśmiechnął się tak naprawdę.
To postanowienie mnie zmieniło
Grudzień przyszedł niepostrzeżenie. Znowu śnieg, znowu samotne zakupy w osiedlowym sklepie, znowu migające lampki, które miały cieszyć, a tylko przypominały, ile rzeczy się nie zmieniło. Tym razem coś było inaczej. Nie miałam ochoty uciekać z miasta ani wyłączyć telefonu. Przestałam obsesyjnie analizować, z kim się nie udało. Pani Jadzia przestała odbierać – może zachorowała, może się wyprowadziła. Sandra z osiedlowego sklepu już tylko mówiła „dzień dobry” bez ciepła w oczach. Mateusz wysłał mi w październiku zaproszenie do sieci zawodowej. Nawet nie odpisałam.
Z tych dwunastu znajomości została mi tylko jedna. Pan Władek. Siedzieliśmy razem w Wigilię. On przyniósł śledzie w oleju, ja barszcz w słoiku i uszka z paczki. Było dziwnie i pięknie. Nie wznosiliśmy toastów, nie mówiliśmy sobie nic podniosłego. On opowiedział mi o tej pierwszej Wigilii bez żony – jak siedział przy stole i nie mógł przełknąć ani kęsa.
Ja opowiedziałam o tym, że w tamtym roku wymyśliłam sobie ten projekt „jedna znajomość na miesiąc” jak desperacki plan ratunkowy. Jak koło ratunkowe dla kogoś, kto tonie, ale nie krzyczy, bo w sumie nikt nie słucha.
– Wiesz – powiedział wtedy – może to postanowienie nie było takie złe. Może trzeba było przez to przejść, żeby znaleźć coś, co wcale nie było nowe. A nawet… całkiem blisko.
Spojrzałam wtedy na niego. Siedział w szarym swetrze z kubkiem herbaty. I z tym spojrzeniem – jakby już dawno wiedział, że zostanie w moim życiu. Nie znalazłam miłości, ale znalazłam kogoś, kto codziennie przypomina mi, że nie jestem sama.
Anna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Każdy ma jakieś postanowienia na Nowy Rok. Jedni idą na siłownię, inni zmieniają pracę, a ja marzę, by nie być samotną”
- „Moim postanowieniem na Nowy Rok jest całkowita zmiana życia. Zmienię podejście i faceta, wreszcie będę szczęśliwa”
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”

