Remont miał być nowym otwarciem. Kiedy kupowaliśmy to mieszkanie, wydawało się nam, że najgorsze już za nami. Ostatnie dwa lata były dla nas trudne – sporo kłótni, cichych dni, obustronnego zmęczenia. Marta często mówiła, że potrzebujemy zmiany otoczenia, żeby znów poczuć, że coś budujemy. Zgodziłem się. Sprzedaliśmy nasze stare, ciasne M3 i wzięliśmy kredyt na większe lokum w spokojniejszej dzielnicy. Wymagało generalnego remontu, ale oboje czuliśmy, że to właśnie to. Nasz projekt.
WIDEO…
Początki były całkiem obiecujące
Razem zrywaliśmy stare tapety, planowaliśmy układ pomieszczeń, wybieraliśmy kolory farb. Byliśmy zgodni co do tego, że tym razem zrobimy wszystko porządnie, ale bez szaleństw. Nasz budżet był napięty, a kredyt i tak ciążył mi na karku.
– Zobacz, kochanie, te kafelki w promocji są świetne – mówiła Marta, pokazując mi zdjęcia w telefonie. – Będą idealnie pasować do łazienki, a zaoszczędzimy przynajmniej tysiąc złotych.
– Super – odpowiadałem, ciesząc się, że myślimy podobnie.
Jednak z czasem kurz, gruz i ciągłe życie na kartonach zaczęły dawać się nam we znaki. Ekipa remontowa się spóźniała, koszty nieoczekiwanie rosły, a każda kolejna decyzja stawała się polem do kłótni. Zamiast nas zbliżyć, remont tylko wyostrzył nasze dawne urazy. Marta zaczęła narzekać, że za mało się angażuję, ja z kolei czułem się przytłoczony jej wiecznymi zmianami zdania i rosnącymi oczekiwaniami.
Żona była podekscytowana
Wszystko zaczęło się psuć na etapie kuchni. Ustaliliśmy, że zamówimy proste meble z popularnej sieciówki, a blaty będą z laminatu imitującego drewno. To było najrozsądniejsze wyjście. Jednak pewnego wieczoru Marta wróciła z pracy z błyskiem w oku.
– Adam, wiesz co? Znalazłam kogoś, kto zrobi nam kuchnię na wymiar. I to za grosze! – oznajmiła, zdejmując płaszcz.
Spojrzałem na nią sceptycznie, odrywając wzrok od laptopa, na którym po raz kolejny przeliczałem nasze finanse.
– Kogoś? Kogo? Przecież stolarze mają terminy na za rok, a ci wolni kasują jak za zboże.
– Znajomy znajomego... – machnęła ręką. – Nieważne. Ważne, że będzie o wiele lepiej, a zapłacimy niewiele więcej niż za te z sieciówki.
– Niewiele więcej, czyli ile? – dopytywałem, czując niepokój.
– Nie martw się, wszystko ogarnęłam. Znalazłam dodatkową pracę po godzinach, dorobię i będzie super. A blaty... słuchaj, blaty zrobimy marmurowe. Będą piękne, trwałe, na lata.
Marmurowe blaty? Zaśmiałem się nerwowo. To brzmiało jak absurd. Marmur kosztował majątek, a my ledwo wiązaliśmy koniec z końcem przez ten remont.
– Marta, przestań. Nie stać nas na marmur. Laminat jest w porządku, ustaliliśmy to.
– Ale ja już wpłaciłam zaliczkę! – wybuchnęła, a jej twarz przybrała wyraz, którego tak nienawidziłem – mieszankę uporu i poczucia krzywdy. – Powiedziałam ci, dorobię. Nie musisz się o nic martwić. Przecież to ma być nasz dom marzeń, a nie jakaś tania prowizorka!
Od tego wieczoru atmosfera w domu stała się jeszcze gęstsza. Marta zaczęła znikać na całe popołudnia i wieczory. Tłumaczyła, że jeździ po marketach budowlanych, szuka okazji na wyprzedażach, spotyka się z podwykonawcami. Kiedy wracała, często przynosiła ze sobą próbki ekskluzywnych tapet, kafelków czy drogich farb, na które rzekomo udało jej się „upolować” niesamowite zniżki.
Zacząłem być podejrzliwy
Początkowo starałem się jej ufać. Może faktycznie miała żyłkę do negocjacji i potrafiła znaleźć coś, czego ja bym nie zauważył. Ale z czasem jej tłumaczenia stawały się coraz mniej wiarygodne. Pewnego dnia weszła do mieszkania z nową, mosiężną baterią umywalkową. Widziałem podobną w luksusowym katalogu wnętrzarskim – kosztowała tyle, co nasza miesięczna rata kredytu.
– Wyprzedaż ekspozycji – rzuciła szybko, unikając mojego wzroku, kiedy zapytałem o cenę.
Zacząłem się zastanawiać. Nawet jeśli dorabiała, skąd miała na to wszystko pieniądze? Jej dodatkowa praca, o której wspominała, polegała rzekomo na korekcie tekstów dla jakiejś agencji. Ile można na tym zarobić w kilka wieczorów w tygodniu? Na pewno nie tyle, żeby kupować marmurowe blaty i mosiężną armaturę.
Moje wątpliwości rosły, ale bałem się zapytać wprost. Bałem się kolejnej kłótni, kolejnych wyrzutów, że jej nie wspieram, że wszystko psuję. Zamiast tego zacząłem uważniej ją obserwować. Zauważyłem, że często wyciszała telefon, a gdy ktoś dzwonił, wychodziła do drugiego pokoju. Kiedyś przypadkiem spojrzałem na jej ekran, gdy nadeszła wiadomość. Nadawca był zapisany jako „P.”.
– Kto to P.? – zapytałem, starając się brzmieć naturalnie.
– P.? – zająknęła się. – A, to... Patrycja z pracy. Pyta o ten projekt, co robimy.
Jej głos drżał. Wiedziałem, że kłamie. Nie było żadnej Patrycji.
Byłem coraz bliżej prawdy
Przełom nastąpił w sobotę rano. Marta pojechała rzekomo po odbiór jakichś specjalnych listew przypodłogowych, które zamówiła z drugiego końca miasta. Zostałem sam w mieszkaniu, pełnym kurzu i rozgrzebanych kartonów. Postanowiłem wziąć się za rozpakowywanie rzeczy z naszej starej sypialni. W jednym z pudeł, między starymi swetrami a nienoszonymi butami, znalazłem małe, eleganckie pudełeczko. Nie było moje.
Otworzyłem je. W środku leżał złoty wisiorek. Dość drogi na pierwszy rzut oka. Obok leżał mały liścik, napisany odręcznie, starannym pismem.
„Na nowe, piękne początki. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. P.”
Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Znałem to pismo. Znałem tego P. To był Piotr. Były chłopak Marty. Ten sam, z którym rozstała się tuż przed tym, jak się poznaliśmy, bo rzekomo „mieli inne priorytety”. Piotr był zamożny, miał własną firmę i zawsze obracał się w lepszym towarzystwie. Często wyczuwałem, że Marta czuła się przy mnie nieco... rozczarowana standardem życia, jaki mogłem jej zapewnić.
Zebrałem myśli. Marmurowe blaty. Mosiężna bateria. Tajemnicza dodatkowa praca. „Wyprzedaże ekspozycji”. Wszystko ułożyło się w logiczną, bolesną całość. Nie było żadnych superokazji. Nie było dodatkowej pracy. Był Piotr.
Żona mnie okłamywała
Kiedy Marta wróciła, nie czekałem. Siedziałem przy prowizorycznym stole w kuchni, a przed sobą położyłem pudełeczko z wisiorkiem i liścikiem. Spojrzała na mnie, potem na stół. Zbladła.
– Co to jest? – zapytałem cicho. Nie miałem siły krzyczeć.
Milczała przez dłuższą chwilę. W końcu usiadła naprzeciwko mnie, chowając twarz w dłoniach.
– Adam... to nie tak, jak myślisz.
– A jak myślę, Marto? Myślę, że twój były chłopak sponsoruje nasz remont, bo ciebie nie zadowalały laminowane blaty. Myślę, że okłamujesz mnie od tygodni. Mylę się?
Podniosła głowę. W jej oczach nie było łez, tylko dziwna mieszanka wstydu i złości.
– On tylko mi pomógł! – wybuchnęła. – Chciałam, żebyśmy mieli ładnie! Żeby to mieszkanie było wreszcie takie, o jakim marzyłam. Ty byś mi tego nie zapewnił, Adam. Liczysz każdy grosz, wiecznie narzekasz...
– Więc wolałaś wziąć pieniądze od niego? Od swojego byłego?
– To była tylko pożyczka! – krzyknęła, choć wiedziałem, że to kłamstwo. – On ma pieniądze, to dla niego nic nie znaczy. A my... my wreszcie byśmy mieli coś pięknego.
– My? – zaśmiałem się gorzko. – Czy ty siebie słyszysz? Zbudowałaś nasz „dom marzeń” za pieniądze faceta, z którym rzekomo nic cię już nie łączy. Kiedy się z nim spotykałaś? Kiedy mówiłaś, że szukasz promocji w markiecie?
Odwróciła wzrok. Nie musiała nic mówić.
Pozostał tylko kurz
Siedzieliśmy tak w milczeniu, otoczeni zapachem świeżej farby i pyłem z gładzi. Mieszkanie, które miało być naszym nowym początkiem, nagle wydało mi się obce, zimne i fałszywe. Marmurowe blaty, które miały przyjechać za kilka dni, budziły we mnie tylko obrzydzenie.
– Zwrócisz mu te pieniądze – powiedziałem w końcu, wstając od stołu.
– Z czego? Przecież wiesz, że nie mam z czego!
– To weź kredyt. Sprzedaj ten wisiorek. Nie obchodzi mnie to. Ale nie pozwolę, żeby mój dom był finansowany przez twojego byłego.
Odwróciłem się i poszedłem do pokoju, w którym stało moje rozkładane łóżko polowe. Zamknąłem za sobą drzwi. Słyszałem, jak Marta szlocha w kuchni, ale nie czułem już nic poza obezwładniającym zmęczeniem.
Remont nadal trwa. Ekipa przychodzi codziennie. Marmurowe blaty zostały zamontowane. Są piękne, zimne i przypominają mi o wszystkim, co straciliśmy. Marta śpi na kanapie w salonie, ja w małym pokoju. Mijamy się w korytarzu jak obcy ludzie. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy potrafię jej wybaczyć to kłamstwo, to poczucie, że nie byłem wystarczająco dobry, by zapewnić jej życie, jakiego pragnęła. Wiem tylko, że każdy krok na naszej nowej, dębowej podłodze dudni echem rozczarowania.
Adam, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka obiecała mi opiekę, więc przepisałam na nią dom. Dziś jem samotne kolacje, a ona pobiera ode mnie czynsz”
- „Dla narzeczonego dom w spadku po mojej babci był ruderą. Ja chciałam zrobić remont, on zrównać go z ziemią”
- „Liczyłam, że po przeprowadzce do nowego domu zaczniemy żyć po swojemu. Teściowa zostawiła sobie jednak furtkę”